Referendum: prezydent Rumunii zostaje

Kapitan zostaje przy sterze
Rumuński prezydent, były kapitan żeglugi wielkiej i mer Bukaresztu, Traian Băsescu przetrwał zakończone właśnie referendum w sprawie jego odwołania.

Ale nie dlatego, że Rumuni chcieli zostawić go na stanowisku, tylko z powodu zbyt niskiej frekwencji. Żeby referendum było ważne ponad 50 proc. Rumunów powinna oddać głos, a zrobiło to nieco ponad 45 proc.

To przedostatni odcinek serialu pt. Rumunia, który rozpoczął się wiosną bieżącego roku. Ludzie mieli wówczas już za sobą cięcia i obniżki pensji, które w ramach wynegocjowanego z MFW pakietu pomocowego Rumunia zobowiązała się sukcesywnie wprowadzać, i trzeciego od początku roku premiera, który próbował ogarnąć sytuację. Tyle że wraz z premierem Viktorem Pontą, który reprezentuje centrolewicę, przyszło niezadowolenie i wielka niechęć do prawicowego prezydenta. Ponta uważał, że to prezydent winny jest zubożeniu rumuńskiego społeczeństwa, bo zbyt łatwo zgodził się na drakońskie oszczędności wymuszone przez MFW, poza tym ciągle przekracza swoje kompetencje, zachowuje się jak dyktator i nieustannie wtrąca do rządzenia krajem. Powstał więc plan, żeby Băsescu zniknął z pałacu prezydenckiego.

Potem, w kilku poprzednich odcinkach Ponta odsuwał osoby, które nie chciały uczestniczyć albo mogłyby przeszkodzić w jego planie. Poleciały głowy przewodniczących obu izb parlamentu i rzecznika praw obywatelskich. Trybunał konstytucyjny, który kilka razy mu się sprzeciwił, tracił swoje kompetencje, a potem stanowisko miał stracić właśnie prezydent Băsescu. Ponta nawet nie ukrywał, że jeśli tylko miałby większość parlamentarną zmieniłby konstytucję tak, by ograniczyć uprawnienia i przywileje głowy państwa.

Po drodze Pontę zatrzymała Komisja Europejska, która w dorocznym raporcie na temat postępów w dostosowywaniu się kraju do Unii Europejskiej nie zostawiła na Rumunii suchej nitki. Komisja zagroziła, że jeśli Rumuni nie wrócą na demokratyczne tory Bukareszt zamknie sobie drogę do i tak już coraz mniejszych pieniędzy z funduszy spójności i do kolejnych pożyczek MFW. Sygnał ostrzegawczy zadziałał i na początek rząd zobowiązał się do powołania rzecznika i do respektowania orzeczeń trybunału konstytucyjnego.

Ale w rumuńskim serialu nic nie jest czarnobiałe. I nie jest tak, że ktoś jest tylko dobrym, a ktoś inny tylko złym bohaterem. Băsescu już raz, w czasie swojej pierwszej pięcioletniej kadencji miał być odwołany. Było to jednak przed kryzysem, w 2007 r., Băsescu cieszył się jeszcze sporą popularnością, a Rumuni nie kojarzyli go głównie z cięciami i zaciskaniem pasa, więc zagłosowali za pozostawieniem go w pałacu. Teraz są biedniejsi i coraz bardziej zniechęceni, więc w ogóle nie poszli do urn, ale ci którzy to zrobili oddali głos przeciwko prezydentowi.

Ale czym różni się prezydent, który nawołuje do niegłosowania w referendum, czyli świętego prawa obywateli od premiera, który jednym dekretem próbuje zmienić przepisy i lekką ręką odwołuje niewygodnych dla niego urzędników. Ponta korzysta więc z niedemokratycznych metod i idzie po trupach do wyznaczonego wcześniej sobie celu, i trudno go oczywiście bronić, ale jego przeciwnikiem nie jest czysty i niewinny prezydent.

Ostatni odcinek serialu to jesienne wybory do parlamentu. Jeśli patia Ponty zdobędzie większość, a on sam będzie miał przedłużony mandat to kto wie czy za kilka miesięcy wojna między nim a prezydentem nie zacznie się od nowa.

Czytaj także

Ważne w świecie

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną