Erdoğan wybrany prezydentem Turcji już w pierwszej turze

Zarodek klęski
Zaskoczenia nie było. Dotychczasowy premier Turcji, Recep Tayyip Erdoğan, zostanie 12. prezydentem tego kraju, a zarazem pierwszym pochodzącym z bezpośrednich wyborów.
Osman Orsal/Reuters/Forum

Według nieoficjalnych jeszcze wyników Erdoğan wygrał już w pierwszej turze głosowania, zdobywając prawie 52 proc. głosów.

Do tej pory, tradycyjnie, kolejni prezydenci Turcji, z wyjątkiem założyciela republiki Kemala Atatürka, byli strażnikami żyrandoli – prawdziwą władzę dzierżyli premierzy. Erdoğan złamał już jednak w zasadzie wszystkie tureckie tradycje polityczne, więc i ta się nie utrzyma.

Z początku wcale nie chciał startować na to teoretycznie słabe stanowisko. Od lat ciągnie się zapoczątkowane przez niego pisanie nowej konstytucji, bo obecna została nadana narodowi przez generałów po zamachu wojskowym z 1980 r. Plan był następujący: Erdoğan zmienia konstytucję i tworzy silny system prezydencki, po czym sam zostaje prezydentem.

Do przyjęcia nowej konstytucji ciągle brak było jednak wystarczającej większości w parlamencie. Jednocześnie Erdoğana zmobilizował wewnętrzny przepis jego ugrupowania, Partii Sprawiedliwości i Rozwoju (AKP), zakazujący członkom AKP sprawowania tego samego urzędu przez więcej niż trzy kadencje. A Erdoğan został premierem po raz trzeci w 2011 r.

Zadziałała więc odwieczna zasada polityki „nie chcę, ale muszę” i wygląda na to, że to nie koniec czerpania z klasyków. Podczas kampanii Erdoğan twierdził, że konstytucja w zasadzie nie ogranicza władzy prezydenta. Przyznaje mu np. prawo zwoływania i przewodniczenia posiedzeniom rządu. Prezydent elekt już obiecał, że będzie korzystał z tego – dotychczas martwego – przepisu co najmniej raz w miesiącu. Tureccy komentatorzy nie używają jeszcze terminu „falandyzacja prawa”, ale to tylko kwestia czasu.

Te wybory kolejny raz pokazały, jak niebezpiecznym systemem jest demokracja, gdy wymyka się spod kolejnych ograniczeń. Wraz z przejęciem nowego urzędu Erdoğan skupi w swoich rękach pełnię władzy. W parlamencie rządzi posłuszna mu AKP, on sam mianuje zapewne jednego ze swoich poruczników na premiera, a jako prezydent będzie miał kontrolę nad wymiarem sprawiedliwości.

Tę władzę wziął jawnie, przy aprobacie większości społeczeństwa. Przez ponad dekadę swoich rządów milionom Turków zapewnił dobrobyt, o jakim wcześniejsze pokolenie nie mogło nawet pomarzyć. Przywrócił też należne miejsce milczącej większości konserwatywnych, religijnych Turków, którzy przez dekady świeckiej republiki, stworzonej przez Atatürka, byli traktowani jak obywatele drugiej kategorii.

Ten sukces zniszczył Erdoğana. W ciągu ostatnich dwóch, trzech lat ten skuteczny, niegdyś świetnie czujący tłumy polityk stał się bufonem, nieprzyjmującym żadnej krytyki. Poucza, grozi palcem, stał się w swoim mniemaniu nieomylny. U swoich wyborców, po tym, co dla nich zrobił, ma wciąż ogromny kredyt zaufania, ale wszystko ma swoje granice. Jego niedzielny sukces nosi więc w sobie zarodki klęski. Pycha gubi polityków, o czym przekonał się już niejeden z nich. Przyszła, nieunikniona – jak się wydaje – klęska Erdoğana będzie tym większa, że pozostawi on turecki system polityczny w zgliszczach.

Czytaj także

Ważne w świecie

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj