Brać czy się bać?
We wrześniu USA zapewne wytypują Polskę jako najlepsze miejsce do zbudowania – jedynej poza Ameryką – bazy rakiet tworzących tzw. tarczę antyrakietową. Rząd polski stanie przed poważną decyzją o wymiarze naprawdę strategicznym: czy i na jakich warunkach przyjąć gwiaździsty sztandar, który by na stałe powiewał nad kawałkiem polskiego Wybrzeża.
Osobiście jesteśmy za, a nawet prywatnie obiecaliśmy postawić piwo pierwszemu amerykańskiemu żołnierzowi, który przybędzie do stałej bazy USA w Polsce. Ale niełatwo będzie go znaleźć, choć wstępnie adres został wskazany: poligon w Wicku Pomorskim koło Ustki. A już na pewno niełatwo będzie wejść na teren bazy mieszczącej supertajną broń, która dopiero jest w fazie – i to niezbyt zadowalających – prób. Baza przechwytywania rakiet – missile interceptor site – zostanie dobrze ukryta przed oczami ciekawskich, a ogromne podziemne silosy ze wzmocnionego betonu pomieszczą nie tyle żołnierzy, co rakiety dalekiego zasięgu, odpalane automatycznie, jeśli komputery wykryją i rozpoznają rakiety wroga.

W 1993 r. Lech Wałęsa ujawnił swój talent stratega. Ostro przepijając do Borysa Jelcyna, wprowadził rosyjskiego gościa w tak serdeczny nastrój, że ten – wbrew swym doradcom – podpisał zgodę (zresztą szybko cofniętą) na przystąpienie Polski do NATO. Nie tylko rosyjska przychylność, ale i amerykańska gotowość długo stały pod znakiem zapytania. Wreszcie udało się. Polska opinia publiczna przyjęcie nas do NATO powitała z entuzjazmem. Tak samo powitałaby pewnie i amerykańską bazę, na przykład przeniesienie choćby części żołnierzy ze stutysięcznego wówczas garnizonu amerykańskiego w Niemczech.

Co to były za czasy! Bill Clinton przed Zamkiem Królewskim w Warszawie mówił: „Jeszcze Polska nie zginęła”, młodzi ludzie machali amerykańskimi chorągiewkami, a „Polityka” powitała wydarzenie tytułem: „Thank you, Bill”. Potem nadszedł George Bush, przyjęty w Europie niechętnie i bez zdziwienia obserwowaliśmy ogólny wzrost antyamerykanizmu w Europie i w świecie. Potem – interwencja w Iraku, wysłanie tam polskiego kontyngentu, rozczarowanie, że Amerykanie swojej dyplomatycznej serdeczności nie zamieniają na konkretniejsze jej dowody, pytania: Co my z tego mamy?, wreszcie ciągłe zadrażnienia z Rosją. Efekt: chociaż niewiele wiadomo o projektowanej tarczy antyrakietowej w Polsce, to Polacy są już jej w większości przeciwni. Według CBOS liczba oponentów wzrosła z 32 proc. (w styczniu 2006 r.) do 54 proc. Tylko jedna trzecia jest zdecydowanie za bazą w Polsce.

Dlaczego? Wojny się nie spodziewamy ani dziś, ani jutro. Gdybyśmy się jej spodziewali, przydatność bazy nie ulegałaby wątpliwości. Jednak taka baza w warunkach pokojowych na pewno się przyda, choćby ze względów ekonomicznych (budowa – 1,7 mld dol., trzystu żołnierzy na miejscu). Baza na pewno wzmocniłaby sojusz Polski z USA. – Mielibyśmy wtedy wrażenie, że Amerykanie muszą się o Polskę bardziej troszczyć – mówi Andrzej Olechowski, zawsze dbający o stosunki atlantyckie. To między innymi on lansuje (choć z miernym powodzeniem) Stowarzyszenie Euro-Atlantyckie w Warszawie. – Ale kluczowe zdanie należy i powinno należeć do wojska. Polska opinia publiczna tradycyjnie ufa wojskowym – mówi Olechowski.

Wojsko jest za. Chociaż nikt głosu wyraźnie nie zabiera, to znany strateg, do niedawna wiceminister obrony narodowej i wykładowca Akademii Obrony Narodowej, profesor i generał Stanisław Koziej posługuje się prostym i trudnym do zbicia argumentem: tarcza antyrakietowa nie jest żadnym nowym dylematem, lecz logicznym, nieuchronnym etapem (przeklętego) wyścigu zbrojeń. Na lepszy miecz – lepsza tarcza, na broń pancerną – lepsza przeciwpancerna. Dowodzą tego ostatnie konflikty i najnowsze zagrożenia. Na tarczę trzeba spojrzeć nie z perspektywy roku czy dwóch. Planujemy, jak to w wojsku, na 15–20 lat naprzód. – Obrona antyrakietowa należy do świata przyszłości, będą coraz groźniejsze rakiety, musimy się w tę sprawę włączyć, by – jak ostrzegał klasyk Clausewitz – nie stać się niepilnowanym gościńcem, na którym grasują zbójcy. Koziej nie pyta więc „czy”, a „kiedy”, bo już i NATO poważnie podchodzi do problemu i zamówiło „studium wykonalności” obrony przeciwrakietowej. Nawet Unia Europejska przyznaje, że zagrożenie istnieje, choć nie podejmuje na razie żadnego przeciwdziałania. Słowem, generał widzi, że Polska ma trzy opcje – albo od razu brać, co dają Amerykanie, albo zająć się tarczą później w ramach Sojuszu Atlantyckiego, albo wreszcie poczekać na Unię. – Z tym że projekt amerykański jest najbardziej zaawansowany i konkretny, więcej nawet – leży na stole jako jedyny – mówi generał.

Ale, jak mawiano, wojna to sprawa za poważna, by ją zostawiać wojskowym, tak i tarcza jest za poważna, by nie starać się o konsens narodowy. Z ciszą na ten temat w Polsce kontrastuje dyskusja w Czechach (Amerykanie również ich terytorium biorą pod uwagę). Mirek Topolánek, szef prawicowej Obywatelskiej Partii Demokratycznej, która wygrała czerwcowe wybory, jest za, ale ma kłopoty ze sformowaniem rządu. Jiři Paroubek, szef socjaldemokratów, sprzyja pomysłowi, ale wolałby wpierw ogólnokrajowe referendum. Natomiast komuniści (charakterystyczne!), którzy zdobyli aż 25 proc. głosów, występują zdecydowanie przeciw. Ich szef Miroslav Grebeniček mówi wręcz, że „rząd prowadzi tajne negocjacje z obcym mocarstwem, by zbudować obcą bazę wojskową w kraju”, i pyta, czy nie oskarżyć negocjatorów o nadużycie władzy albo i zdradę stanu. Mamy nadzieję, że takie stanowisko odstraszy samych Amerykanów na korzyść Polski. Inaczej jednak niż w Polsce, ambasador USA w Czechach powitał z zadowoleniem debatę publiczną na ten temat, przypomniał sławny artykuł 5 NATO (Jeden za wszystkich, wszyscy za jednego) i dodał, że umieszczenie instalacji w Europie „rozszerzyłoby ochronę na naszych przyjaciół i sojuszników”.

To właśnie podstawowe pytanie, które powinno zawsze interesować wszystkich, a nie tylko specjalistów: Czy Polska jest bezpieczna? Wiadomo, że jako kraj raczej biedny i niezbyt duży – musi polegać na systemie bezpieczeństwa zbiorowego, na sojuszach. Jesteśmy więc członkiem Sojuszu Atlantyckiego z jego artykułem 5; atak na jednego z sojuszników jest atakiem na wszystkich. – Wokół tego sławetnego artykułu zbudowano całą mitologię, jakby chodziło, w razie każdego ataku, o automatyczne zobowiązanie do wszelkiej pomocy ze strony sojuszników. Ale interwencja w Afganistanie unaoczniła, że żadna automatyka nie działa. Na przykład Kanada – z powodu solidarności sojuszniczej – wzięła udział w operacji wojskowej, ale oświadczyła z góry, że jeśli dojdzie tam do poważnych walk, to się z operacji wycofa – mówi Janusz Onyszkiewicz, były minister obrony, stale interesujący się zagadnieniami strategicznymi. Zwraca on uwagę, że dziś art. 5 należy rozumieć realistycznie, to jest tak, że bez woli politycznej w konkretnej sytuacji nie będzie żadnej pomocy. To podstawowa słabość NATO: sojusz okazuje się niezbyt skutecznym instrumentem reagowania, zwłaszcza wobec incydentów i zagrożeń niejasnych, niezbyt określonych, poddających się różnym interpretacjom. Ostrożny sojusznik może przecież powiedzieć: oni przesadzają, nic się jeszcze takiego nie dzieje.

Rząd zdaje sobie sprawę z tej sytuacji. Wiceminister spraw zagranicznych Witold Waszczykowski we wprowadzeniu do niedawnej dyskusji w Fundacji Batorego na temat tarczy powiedział, że „może wystąpić brak elementu bezpieczeństwa” i „musi Polska uzupełnić mechanizmy, które mogą nie działać”. Czy akurat tarcza antyrakietowa uzupełnia te mechanizmy? Nie. Niewiele ma z tym wspólnego. Polska musi mieć nowoczesne, sprawne własne siły wojskowe i to tak znaczące, by przynajmniej rozstrzygać te właśnie sytuacje niejasne, niezbyt określone. A tarcza antyrakietowa? Tarcza będzie umacniać więź instytucjonalną z USA, a zatem zwiększać nasze bezpieczeństwo. – Nasza lepsza pozycja w Stanach Zjednoczonych to korzyść niebagatelna; chodzi jednak o zyski polityczne, a nie wymierne w pieniądzu – mówi Onyszkiewicz.

Olaf Osica, analityk Centrum Europejskiego w Natolinie, wyraża racje przeciwników przyjęcia tarczy w Polsce. Te argumenty warte są poważnego rozważenia. W skrócie wyglądają tak: ta baza to tarcza dla Ameryki, a nie dla Polski i nie przyniesie nam korzyści ani militarnych, ani gospodarczych. Odwrotnie, bez tej tarczy jesteśmy mniej narażeni na ryzyko ataku ze strony wrogów Ameryki, nasza chata z kraja. Pobrzmiewa w tym zawoalowana pretensja o amerykańską „niewdzięczność”, czkawka po Iraku. Nawiasem mówiąc, ciągle nie wiemy, jaką to listę polskich postulatów przedstawił w Waszyngtonie minister Radosław Sikorski zaraz po swej nominacji, a więc dziewięć miesięcy temu; wiemy tylko, że lista była źle przyjęta przez ministra Donalda Rumsfelda, wiemy też, że Polska znajduje się na bardzo dalekich miejscach list krajów, którym USA udzielają pomocy (chodzi tak o listę Pentagonu, jak i Departamentu Stanu).

Wracając do Osicy, mówi on, że Polska weźmie na siebie ryzyko ochrony amerykańskiego sojusznika. Będziemy zabezpieczeni przed atakami ze strony Iranu czy Korei Północnej, natomiast tarcza nie uchroni nas przed ewentualnymi zagrożeniami ze Wschodu, gdyż nie jest we Wschód wymierzona. Nie taki jest jej cel strategiczny.

Rosja jest tarczy przeciwna, uważa, że tarcza narusza równowagę sił i wzmaga wyścig zbrojeń wszędzie na świecie, także w Chinach. Moskwa nie wierzy w to, że ewentualna amerykańska tarcza w Polsce posłuży do obrony przed Iranem czy Koreą Północną. I już przedstawia przyszłą polską zgodę w tradycyjnych ramach antyrosyjskiej polityki Warszawy. Plany te bardzo nas niepokoją, powiedział w maju rosyjski minister obrony Siergiej Iwanow. Szef sztabu rosyjskiej armii Jurij Bałujewski ocenił, że gdyby Amerykanom chodziło o Iran czy inne zagrożenie z Azji, to system obrony rakietowej powinien zostać zlokalizowany w Grecji lub Turcji, a nie w Polsce lub Czechach. Takiej pomyłki nie można tłumaczyć tylko złą znajomością geografii świata – powiedział. W rzeczywistości Bałujewski uważa, iż Stanom Zjednoczonym chodzi wyłącznie o zagrożenie bezpieczeństwa Rosji. „Jest jasne jak słońce, że rakiety, które mają być rozmieszczone na terytorium Polski, będą wymierzone przeciw rosyjskim rakietom dalekiego zasięgu rozlokowanym w obwodach archangielskim, iwanowskim, kostromskim i saratowskim” – pisała niedawno „Niezawisimaja Gazieta”. Gorzej jeszcze. Niedawno gen. Paweł Zołotariow, analityk z Moskwy, zwrócił uwagę, że Ameryka nie ma jeszcze rakiet do tarczy (rzeczywiście, próby idą jak po grudzie, patrz ramka) i za wcześnie mówić o bazach w Polsce, a Warszawa już się wyrywa przed szereg. „Na razie tylko Polska, która nie potrafi siedzieć spokojnie, od czasu do czasu głośno o sobie przypomina...”. To nie całkiem prawda.

Czy tarcza popsuje nasze stosunki z sojusznikami z UE? Większość krajów europejskich istotnie obawia się, że tarcza naruszy równowagę strategiczną między USA, Rosją i Chinami i że nie jest odpowiedzią na współczesne zagrożenia (bo chodzi bardziej o terroryzm i konflikty konwencjonalne). Ale wiele krajów europejskich współpracuje z USA: Wielka Brytania, Dania i Norwegia uczestniczą w budowie systemu ostrzegania i śledzenia lotów rakiet, Niemcy zdają się raczej na NATO, ale nie są przeciwko tarczy (byle nie w Europie). Francja jest przeciw, ale francuskie firmy zaangażowane są w projekty NATO. Rosja jednak rzadko krytykuje partnerów zachodnich za współpracę z Waszyngtonem, natomiast za to samo jeździ po Polsce jak po łysej kobyle. Toteż większość specjalistów jest zdania, że nie ma co akurat przejmować się irytacją Rosji na Polskę z tego powodu.

Szef MON podkreślił w wywiadzie dla rosyjskiego dziennika „Wriemia Nowostiej”, że tarcza antyrakietowa, która ewentualnie powstanie w naszym kraju, miałaby bronić nie tylko Polski, lecz także innych państw NATO. Rozumiemy, że w Rosji do tego projektu podchodzi się bez entuzjazmu, jednak chodzi tylko o niewielką bazę. Jej zadaniem ma być niszczenie rakiet, które mogą zostać wystrzelone przypadkowo, a także niwelowanie zagrożenia ze strony nieprzewidywalnych państw – dodał Radosław Sikorski. Decyzję o uruchomieniu bazy antyrakietowej Polska będzie podejmować suwerennie, ale chciałaby wysłuchać opinii swoich sąsiadów – dodał pojednawczo i podkreślał, że oczekuje, iż Rosja wyjaśni, dlaczego nie podobają jej się plany rozmieszczenia w Polsce amerykańskiej bazy antyrakietowej.

No, ale Rosja już wyjaśniła. I niewątpliwie tarcza będzie przedmiotem irytacji, i to nie tyle na Amerykę, co na Polskę właśnie. Dlatego Warszawa – tak się wydaje – powinna twardo stawiać w rokowaniach sprawę politycznego offsetu. To trudna sprawa. Jak udał się techniczny i finansowy offset za kupno samolotów F16? Jakoś nikt nie chce wyraźnie oceniać, czy Amerykanie wypełnili swoje zobowiązania, czy nie. W każdym razie – w offsecie za bazę Warszawa powinna się domagać wydatnego poszerzenia współpracy wojskowej, zwłaszcza w zakresie kosztownej modernizacji naszej armii i partnerskiego traktowania Polski w misjach zagranicznych. Baza w Polsce wymaga szczególnej ochrony przeciwrakietowej i przeciwlotniczej i ten system powinien być wykorzystany w równym stopniu do ochrony innych celów na terytorium Polski. Piszemy tu: Warszawa powinna się domagać, ale w istocie chodzi o co innego. Warszawa powinna to uzyskać.

Jest i słabszy punkt tego rozumowania. Amerykanie już się zdecydowali, tarcza i tak powstanie. Nie weźmie jej Warszawa, to weźmie kto inny w sąsiedztwie. Jeśli za bardzo będziemy wybrzydzać, to stracimy.

współpraca Jędrzej Winiecki

Ważne w świecie

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj