Przejdź do treści
Reklama
Reklama
Świat

Putin u Xi. Rosja mocniej uzależnia się od Chin. Zna swoje miejsce w szeregu i korzysta

Władimir Putin i Xi Jinping, Pekin, 20 maja 2026 r. Władimir Putin i Xi Jinping, Pekin, 20 maja 2026 r. Alexander Kazakov / Zuma Press / Forum
Chińczycy rozwinęli przed rosyjską delegacją te same czerwone dywany, po których chwilę wcześniej stąpał Donald Trump. Dzieci znów podskakiwały z kwiatkami i flagami. Ale nie chodziło jedynie o łechtanie ego Putina.

Pogłębia się uzależnienie Rosji od Chin. Taki morał płynie z dwóch dni, które w Pekinie spędził Władimir Putin. Co nie znaczy, że rosyjski prezydent nie wspinał się na palce, by wyglądać na równego z Xi Jinpingiem. Nie chodzi o to, że Chińczyk jest wyższy (faktycznie jest, o ok. 10 cm), ale o próby wzbudzenia wrażenia, że putinowska Rosja i komunistyczne Chiny to podobne potencjały. Te się coraz mocniej rozjeżdżają i powiększających się różnic nie było w stanie zasłonić nawet 47-stronicowe (w wersji rosyjskiej) wspólne oświadczenie.

Czytaj też: Przyczajony Xi, niestabilny Trump. Chiny uważają, że Zachód ma „słabe kości”

Różnice widać w retoryce

Xi z Putinem deklarują w nim wysiłki na rzecz współpracy na wszelkich możliwych polach. Od walki ze światem jednobiegunowym, w którym warunki dyktują Stany Zjednoczone, przez projekty energetyczne, po wspieranie organizacji m.in. 14. Festiwalu Kultury Rosyjskiej w Chinach, 17. Festiwalu Kultury Chińskiej w Rosji, 4. Rosyjsko-Chińskiego Forum Bibliotecznego, cyklu rosyjskich festiwali z okazji Chińskiego Nowego Roku, festiwalu Pożegnanie Zimy w Pekinie oraz 16. Międzynarodowych Rosyjsko-Chińskich Targów Kultury i Sztuki.

Różnice widać w retoryce. Putin mówi o „bezprecedensowych stosunkach”. Po termin ten sięga od kilku spotkań z chińskim przywódcą. Natomiast Xi konsekwentnie nie podziela entuzjazmu sąsiada. Stosunki ze „starym przyjacielem” określa jako „niezłomne”. Co wskazuje – co by to nie znaczyło – że z chińskiej perspektywy związki z Rosją nie są tak ważne jak dla Rosji relacje z Chinami. Bo to Chiny utrzymują Rosję. Od początku wojny w Ukrainie kupiły surowce energetyczne za ponad 300 mld dol. Mniej więcej tyle warte są rezerwy, które rosyjski bank centralny zdeponował w zachodnich, przede wszystkim europejskich bankach, a które zamrożono po wybuchu wojny.

Bez pieniędzy z tych zakupów nie udawałoby się putinizmowi stabilizować gospodarki, finansować machiny wojennej i zarządzać nastrojami obywateli. Tu się coś jednak zacięło, bo ostatnio nastroje wahnęły się w kierunku niepochlebnym dla Putina. W Rosji robi się drożej. Pensje nie rosną. Ukraińcy mają dziś daleko latające drony i rakiety. Wojnę odczuwa wiele miejscowości, gdzie wcześniej nie było widać jej skutków. Tak jest m.in. w Moskwie. Jak się to wszystko razem pododaje, to robi się całkiem spore wyzwanie.

Drony, miód i kraby

Jego naturę ilustrują dwa zdarzenia, o których zrobiło się głośno przy okazji wizyty. Oba są dość kłopotliwe dla ekipy z Kremla. To, po pierwsze, skierowana do Xi Jinpinga prośba mieszkańców Irkucka, by zbudował im nową szkołę. Próbowali wyprosić ją u lokalnych władz i u samego Putina. Szkoły, jak nie było, tak nie ma. Okoliczność druga to chińsko-rosyjska wystawa gospodarcza w Harbinie. Wicepremiera Rosji i człowieka Putina od rosyjskiego Dalekiego Wschodu Jurija Trutniewa wzburzyło – i swoje żale wyraził publicznie – że gospodarze pokazali tam drony i roboty, a jego rodacy przywieźli jedynie „miód i kraby”.

Te dysproporcje mają odzwierciedlenie w statystykach. Rosja nie może się obejść bez Chin, te kupują już jedną trzecią jej eksportu. Jednocześnie to tylko 4 proc. zagranicznych zakupów Chin. Rosja jest dla nich partnerem ważnym, głównie za sprawą ropy naftowej i gazu ziemnego, które przez wojnę z Iranem nie płyną zwykłym nurtem z Bliskiego Wschodu. Nie jest jednak partnerem kluczowym. Co więcej, Chińczycy wysyłają do północnej sąsiadki elektronikę, samochody, maszyny itd., a Rosjanie – którzy z Chin ciągną nawet 40 proc. importowanych dóbr – na wymianę dają oprócz kopalin, krabów i miodu także nawozy, płody rolne i ewentualnie wódkę.

Gospodarka chińska jest sporo większa. Nominalnie osiem razy, z uwzględnieniem parytetu siły nabywczej – prawie sześciokrotnie. Na dodatek to chińskie przedsiębiorstwa sprzedają Rosjanom towary i urządzenia, które objęte są zachodnimi sankcjami. Nie robią tego jawnie, same też nie chcą narazić się na sankcje, zwłaszcza amerykańskie, handlem zajmuje się łańcuszek pośredników. Korzysta się z nich po to, by zatrzeć ślady. A usługi pośredników kosztują, więc przynajmniej tyle dobrego, że Rosjanie choćby za sprzęt wykorzystywany przy produkcji rakiet czy dronów muszą płacić i dwa razy drożej niż przed wojną.

W każdym razie właśnie za sprawą chińskiego wsparcia rosyjski przemysł zbrojeniowy mógł zwiększyć moce wytwórcze i obsługiwać front. Wygląda też na to, że Chińczycy przekazują Rosji dane z satelitów, w tym o aktualnej sytuacji wojennej w Ukrainie.

Czytaj też: Szczyt Xi–Trump. Z Chin popłynął dwugłos. Nie pomogą kilometry czerwonych dywanów

Chiny też potrzebują Rosji

Putin nie widzi wyjścia i dobrowolnie ogranicza sobie pole manewru. Stara się o budowę nowego dużego gazociągu. Chińczykom Siła Syberii 2 będzie się podwójnie opłacać. Jako główny klient rosyjskich gazowników podyktują atrakcyjną dla siebie cenę. Ograniczą też swoje ryzyko energetyczne. Rura biegnąca po lądzie, co prawda przez terytorium Mongolii, jest mniej narażona na kaprysy geopolityki. W tym na nieprzyjemności związane z konfliktami w rejonach, gdzie wydobywa się gaz lub ropę, jak teraz na Bliskim Wschodzie. Pozostaje też odporna na blokady tras tranzytowych. Ormuz nie jest przecież jedynym wąskim gardłem globalnej żeglugi morskiej. A Chiny są wciąż uzależnione od importu surowców energetycznych po morzu i niekorzystnie odbijają się na nich perturbacje np. w innych ważnych cieśninach.

Chińczycy rozwinęli przed rosyjską delegacją te same czerwone dywany, po których kilkadziesiąt godzin wcześniej stąpał Donald Trump. Dzieci znów podskakiwały z kwiatkami i małymi flagami. Nie chodziło jedynie o łechtanie ego Putina, witanego jak prezydent Ameryki, ale o wzbudzenie wrażenia, że Pekin Xi staje się ośrodkiem organizowania stosunków międzynarodowych. W jakiś bardziej odpowiedzialny sposób, bez nerwówki wywoływanej przez labilnego Donalda Trumpa.

Zadanie jest pilne, bo świat – to diagnoza Xi – zamienia się w miejsce, w którym zaczyna obowiązywać prawo dżungli. Chiński przywódca ma oczywiście na myśli wojnę Trumpa z Iranem. Bo przecież nie dorobek ćwierćwiecza rządów Putina, w tym jego najazd na Ukrainę. Szczegółem jest, że oba ataki łamią Kartę Narodów Zjednoczonych, która dopuszcza przemoc, ale pod warunkiem, że sięga się po samoobronę lub rozpoczyna konflikt, na który zielone światło dała Rada Bezpieczeństwa.

W każdym razie Xi też Putina potrzebuje. Rosja to jednak najpotężniejszy arsenał nuklearny. Nie boi się arogancji, chuliganienia i nie cofa się przed zbrodnią. Jej soft power może nie działa na Zachodzie, ale ma pewien czar na ludnym i potężniejącym globalnym Południu, gdzie Związek Radziecki wspierał dekolonizację. Nie do przeoczenia są jej bliskie związki z Indiami, ostro z Chinami zwaśnionymi. Poważnymi atutami są terytorium, surowce, trasy lądowe do zamożnej Europy, także te wiodące przez morza polarne. Wszystko to razem prezentuje się tym bardziej atrakcyjnie, że Putin, jako dysponent wszystkich tych zasobów, jest doskonale świadom swoich możliwości i swojego miejsca w dwuosobowym szeregu.

Reklama

Warte przeczytania

Czytaj także

null
Świat

Gen. Dan Caine ma najtrudniejsze zadanie na świecie. Kim jest naczelny doradca wojskowy Trumpa?

Generał Dan Caine musi przekładać strumień świadomości prezydenta USA na precyzyjne działania zbrojne.

Marek Świerczyński
15.05.2026
Reklama