AfD wygrywa w Saksonii-Anhalt. Polityczne trzęsienie ziemi w Niemczech i koszmar Merza
Według oficjalnych wstępnych wyników przekazanych przez Niemiecką Komisję Wyborczą AfD zdobyła 43,8 proc. głosów. Oznacza to, że ugrupowanie prawdopodobnie nie będzie mogło rządzić landem samodzielnie, choć znalazło się bardzo blisko tego celu. Zwycięska w ubiegłorocznych wyborach federalnych chadecja spod znaku CDU/CSU uzyskała zaledwie 17,2 proc. poparcia. Współrządząca na poziomie federalnym SPD zdobyła 9,3 proc. Natomiast na Zielonych głosowało 8,9 proc. wyborców; na Die Linke 8,6 proc., a na Sojusz Sahry Wagenknecht (BSW) 5,3 proc.
Gdyby AfD zdołała utworzyć samodzielny rząd, byłby to pierwszy przypadek w powojennych Niemczech, w którym władzę w landzie objęłoby ugrupowanie mające w swoim programie i strukturach elementy neofaszystowskie. Jednak nawet bez bezwzględnej większości ten wynik jest politycznym trzęsieniem ziemi.
AfD na fali
Saksonia-Anhalt liczy zaledwie 2,1 mln mieszkańców, jednak konsekwencje tego głosowania mogą wykraczać daleko poza granice landu. AfD nie jest już ugrupowaniem marginesu. Przełamała polityczny kordon sanitarny, choć nie w sensie formalnej współpracy innych partii, lecz skalą społecznego poparcia. To partia otwarcie uznawana za ekstremistyczną, określana przez BfV, federalną służbę wywiadu wewnętrznego, jako „zagrożenie dla demokracji”.
Nie powinno to jednak nikogo zaskakiwać. Sondaże od miesięcy dawały ugrupowaniu Alice Weidel poparcie przekraczające 40 proc. Partia od 15 miesięcy znajduje się na fali wznoszącej, podczas gdy ugrupowanie Friedricha Merza wyraźnie słabnie.
Działacze AfD już podczas wieców poprzedzających niedzielne głosowanie zapowiadali, że Saksonia-Anhalt będzie pierwszym krokiem na drodze do przejęcia władzy w całych Niemczech. I nie jest to już polityczna fantazja. AfD od miesięcy należy do najsilniejszych ugrupowań w kraju. W tej chwili, jak wynika z narzędzia agregującego sondaże w serwisie POLITICO Polls of Polls, przewaga nad CDU/CSU wynosi już 7 pkt proc.
W Niemczech – centralnym silniku politycznego i gospodarczego rozwoju powojennej Europy – słabnie tradycyjna prawica przywiązana do demokracji liberalnej. Jej miejsce coraz wyraźniej zajmuje prawica radykalna, autorytarna i ksenofobiczna. A z polskiej perspektywy szczególnie istotne jest jej przychylne nastawienie do Rosji.
Nostalgia za NRD
Twarzą kampanii AfD w Saksonii-Anhalt jest 35-letni Ulrich Siegmund, który świadomie odwołuje się do nostalgii za dawnymi Niemcami Wschodnimi. Buduje wizerunek polityka obiecującego powrót do „ starych, dobrych, bezpiecznych Niemiec”. Na wiece przyjeżdżał motorowerem z czasów komunizmu, podkreślając – choć sam nie może tego pamiętać – jak w dawnych latach państwo potrafiło zaopiekować się obywatelami, zwłaszcza we wschodnich Niemczech. Jego partia, choć nominalnie prawicowa, ma szokująco zbieżne poglądy z komunistami z minionej epoki. Chciałaby natychmiastowego zawieszenia wsparcia dla Ukrainy, normalizacji stosunków, zwłaszcza gospodarczych, z Rosją, nawet powrotu języka rosyjskiego do niemieckich szkół.
Dokładną analizę programu wyborczego AfD dla Saksonii-Anhalt przygotowało berlińskie biuro amerykańskiego think-tanku Brookings Institution, kierowane przez Constanze Stelzenmüller, znaną na całym świecie ekspertkę od polityki niemieckiej. Autorzy raportu cytują liczący ponad 250 stron dokument, wskazując, że w wielu miejscach jego założenia są całkowicie nierealistyczne, bo przekraczają prerogatywy władz lokalnych.
Do podobnej konkluzji doszli również kilka miesięcy temu autorzy „New York Timesa”, analizujący pomysły AfD dla landu. Stelzenmüller dodaje też, że realizacja wszystkich projektów kosztowałaby 2,2 mld euro więcej, niż wynosi roczny budżet Saksonii-Anhalt.
Niemiecka MAGA
W warstwie ideologicznej program jest znacznie bardziej przejrzysty. Wiele jego postulatów przypomina politykę i język amerykańskiego ruchu MAGA: masowe deportacje imigrantów, redukcja wsparcia finansowego dla mediów publicznych, koniec z prawami mniejszości seksualnych, moratorium na budowę farm wiatrowych, a przede wszystkim – zmiany w programie nauczania i odrzucenie tzw. winy historycznej, czyli odpowiedzialności współczesnych Niemiec za zbrodnie nazistowskie z czasów II wojny światowej.
To prawdopodobnie najważniejszy punkt nowej mitologii Niemiec, którą chce stworzyć AfD. Jak wynika z badań fokusowych przeprowadzonych przez Niemiecki Instytut Spraw Międzynarodowych w elektoracie tej partii, zdecydowana większość jej wyborców chciałaby zmienić wizerunek Niemiec na świecie, opowiedzieć najnowszą historię kraju inaczej, niż było to robione dotychczas – i ostatecznie tak zmienić mentalność współobywateli, żeby już nigdy nie trzeba było przeprowadzać w Niemczech wyborów, bo AfD byłaby najbardziej pożądaną opcją.
Dla AfD kluczowe jest zerwanie ze wszystkim, co Niemcy reprezentowały – międzynarodowo i wewnętrznie – po zjednoczeniu z 1990 r. Koniec zaangażowania w demokratyczny powojenny projekt europejski pod postacią Unii, blokowanie dalszej integracji kontynentu. Jana Puglierin i Janka Oertel, analityczki z berlińskiego biura Europejskiej Rady Spraw Zagranicznych (ECFR), w swoim raporcie poprzedzającym głosowanie w Saksonii-Anhalt stwierdziły nawet, że – podobnie jak MAGA i Donald Trump w USA – AfD w Niemczech chce dokonać „wielkiego unieważnienia” roku 1945 i tego, co on przyniósł. Dla Europy najważniejszą jego konsekwencją było hasło „nigdy więcej” odnoszące się do masowej wojny, ludobójstwa, państwa mordującego na niewyobrażalną skalę. Za sprawą AfD „nigdy więcej” może zmienić się w coś na kształt „w gruncie rzeczy niewykluczone” – piszą Oertel i Puglierin.
Koszmar Merza
Triumf AfD jest politycznym koszmarem dla Friedricha Merza, już dziś jednego z najmniej popularnych niemieckich kanclerzy. Jak wyliczał w swoim ostatnim podkaście „World in 30 minutes” Mark Leonard, szef ECFR, aż pięcioro na sześcioro Niemców ma o swoim kanclerzu złe zdanie. Ponadto wewnątrz jego partii trwa coraz poważniejsza dyskusja na temat strategii względem AfD.
Jedni uważają, że dalsze izolowanie skrajnej prawicy nie ma sensu i że CDU powinna rozpocząć z nią dialog. Inni, bliscy Merzowi, chcą utrzymać dotychczasowy kurs i przekonać pozostałe partie do zachowania kordonu sanitarnego.
Problem polega na tym, że strategia izolacji staje się coraz trudniejsza. Jeśli AfD rzeczywiście popiera ponad jedna czwarta wyborców w skali całego kraju, a w niektórych landach niemal połowa, jej dalsze wykluczanie będzie napędzać oskarżenia o brak reprezentacji, elitaryzm i polityczne wykluczenie ogromnej części społeczeństwa.
Koniec „długiego XX w.”
Po niedzielnym głosowaniu nowe władze landu muszą zostać powołane w ciągu 30 dni – tak stanowi niemieckie prawo. Oznacza to, że przez najbliższy miesiąc Niemcy oglądać będą festiwal politycznych deklaracji bez pokrycia, ataków na Merza, debat o przyspieszonych wyborach i upadku rządu federalnego.
Wszystko to będzie podsycane gigantyczną dezinformacją w sieci, nie tylko rosyjską, ale też, jak wskazują badania naukowców z katarskiego kampusu Northwestern University – amerykańską i izraelską. Niewykluczone więc, że – dodając do tego słabnącą gospodarkę, rozpadający się na oczach świata model niemieckiego przemysłu, rosnące bezrobocie – stoimy wszyscy na progu gigantycznego niemieckiego kryzysu, który bez wątpienia wyleje się na resztę kontynentu.
W niedawnej rozmowie z „New York Timesem” znany bułgarski politolog Ivan Krastev zauważył, że w pierwszy weekend września w Europie zacznie się de facto rok 2027, naznaczony wyborami we Francji, Włoszech, Polsce i Hiszpanii. To prawda, ale równie prawdziwa jest inna cezura: dzisiaj w Niemczech i dla Niemców skończył się „długi wiek XX”. Na scenę wchodzą nowe partie, nowe idee, napędzane nowym gniewem społecznym. Problem w tym, że wynik może być podobny do tego, który właśnie w XX w. tyle razy oglądała Europa.