Dżuma zwana zapaleniem płuc i laboratoria, które nie dają spokoju. Rosja ma co ukrywać
Niewyjaśniona przyczyna śmierci Darii Szypiłowej, 28-letniej laborantki z irkuckiego Instytutu Badawczego ds. Przeciwdrobnoustrojowych Syberii i Dalekiego Wschodu, oraz podejrzane kroki rosyjskich władz budzą niepokój nawet daleko poza granicami Rosji.
Światowa Organizacja Zdrowia oficjalnie została poinformowana o sytuacji w Irkucku, ale jej dyrektor generalny Tedros Adhanom Ghebreyesus wciąż oczekuje na wyczerpujące dane. Dotyczy to również medialnych doniesień o „drugim członku personelu z zapaleniem płuc o nieznanej przyczynie”, których dotąd nie potwierdzono. W oświadczeniu Ghebreyesus podkreślił, że „aktualna, kompleksowa i przejrzysta wymiana informacji jest niezbędna do dokładnej oceny ryzyka i wyjaśnienia sprzecznych komunikatów”.
Do zachowania transparentności i przekazania szerszych informacji wzywał Rosjan we wtorek Marco Rubio. Tego samego dnia ambasada USA w Moskwie wezwała swoich obywateli przebywających w Rosji do „natychmiastowego opuszczenia kraju” w związku z doniesieniami o możliwym wybuchu epidemii dżumy w obwodzie irkuckim.
Wystraszyły się również kraje Azji Centralnej i zaostrzyły kontrole sanitarne na swoich granicach. Uzbekistan, który nie graniczy lądowo z Rosją, wprowadził podobne środki dwa dni po śmierci laborantki. W jego ślady poszły Kazachstan i Kirgistan. W czwartek zareagowały także Chiny. Rzecznik tamtejszego MSZ Guo Jiakun poinformował, że Moskwa i Pekin „utrzymują bliską współpracę w zakresie zapobiegania i kontroli chorób zakaźnych, w tym dżumy”.
Tymczasem Rospotrebnadzor, rosyjski urząd nadzoru sanitarno-epidemiologicznego, zapewnia, że „sytuacja jest stabilna, nie ma ryzyka sanitarnego i epidemiologicznego w związku z przypadkiem pozaszpitalnego zapalenia płuc w Irkucku”. Tak napisano w komunikacie opublikowanym w środę. Rzecznik Kremla Dmitrij Pieskow apelował z kolei, by „nie słuchać plotek i spekulacji”.
Kwarantanna i niepokój
Fakty są jednak takie: Daria Szypiłowa trafiła do szpitala w Szelechowie, miasteczku pod Irkuckiem, 29 września. Zmarła w nocy z 1 na 2 października. Kwarantanną objęto instytut, w którym pracowała. Na trzy dni zamknięto w nim 200 osób. Zamknięto również szpital, w którym leczono kobietę, oraz trzy inne placówki w Irkucku.
Jedna z pielęgniarek objętych kwarantanną relacjonowała panujące w instytucie nastroje: „Wszyscy byli tam zaniepokojeni, wśród kadry kierowniczej panował chaos, co oznacza, że sytuacja jest zła”.
Gubernator obwodu uzasadniał działania władz zagrożeniem „szczególnie niebezpieczną infekcją”. W oficjalnych komunikatach nie padło jednak słowo „dżuma”. Tymczasem dom Szypiłowej dezynfekowano trzykrotnie, a mieszkańcom tłumaczono, że chodzi o zwalczanie karaluchów. Z aptek wykupiono wszystkie antybiotyki. W niektórych dochodziło nawet do bójek, co relacjonował portalowi Ludzie Bajkału pracownik instytutu antydżumowego, jak potocznie określa się tę placówkę.
Na ulicach pojawiły się karetki eskortowane przez pojazdy FSB. Przewożono nimi na badania 200 osób, które miały kontakt ze zmarłą.
Zanim Szypiłowa zmarła, do Irkucka przyleciała osobiście Anna Popowa, szefowa Rospotrebnadzoru i główna lekarka sanitarna Rosji. Wzięła udział w nadzwyczajnym posiedzeniu obwodowej komisji sanitarno-epidemiologicznej, w którym uczestniczyli również przedstawiciele miejscowych władz, lekarze i służby bezpieczeństwa.
Tuż po śmierci laborantki pojawiły się pogłoski, że w laboratorium „rozbiła próbówkę z samą dżumą płucną” i „ukryła ten fakt”. Później tę wersję obalono, ale zdążyła się rozpowszechnić, potęgując panikę i dezorientację mieszkańców.
Równolegle krążyły doniesienia, jakoby przed zachorowaniem Szypiłowa podróżowała do Buriacji. Jeszcze tego samego dnia zaprzeczył im szef Republiki Buriacji Aleksiej Cydenow. Oświadczył, że „kobieta, która zmarła na dżumę w obwodzie irkuckim, nie odwiedzała Buriacji”. Kilka godzin później usunął wpis i opublikował nowy, w którym zastąpił kategoryczne stwierdzenie sformułowaniem „kobieta, która mogła umrzeć na dżumę”.
Podobnie zachowywały się ogólnorosyjskie media: publikowały informacje o sytuacji w Irkucku, po czym szybko je usuwały. „Izwiestia” donosiły o naruszeniu przepisów sanitarno-epidemiologicznych, ale później skasowały artykuł, podobnie jak inne relacje o możliwym wybuchu dżumy płucnej w Irkucku. Tak samo „Argumenty i Fakty”, „Moskiewskij Komsomolec” i „Kommiersant”.
Chaos informacyjny dotknął również instytucje publiczne. Władze Bajkalska najpierw zaleciły mieszkańcom, by z powodu „nieoficjalnych informacji” o wykryciu zarazy unikali podróży do Szelechowa, gdzie mieszkała zmarła laborantka. Dwie godziny później komunikat zniknął. Huta aluminium w Irkucku, główny pracodawca mieszkańców Szelechowa, początkowo nakazała noszenie maseczek na terenie zakładu. Następnego dnia wydała dementi: „obowiązek noszenia maseczek nie jest związany z kwarantanną w szpitalu w Szelechowie”.
Dżuma zwana zapaleniem płuc
Rospotrebnadzor przyznawał, że u zmarłej zdiagnozowano „zapalenie płuc o nieokreślonej etiologii”. Nie wyjaśniał jednak, dlaczego setki osób objęto kwarantanną ani skąd tak nadzwyczajne środki ostrożności. Niepokój pogłębił komunikat prezydenta USA Donalda Trumpa, który 5 października zadeklarował gotowość do udzielenia Rosji pomocy w związku z podejrzeniem wybuchu dżumy płucnej. Wyjaśnił przy tym, że „w Rosji choroba ta nazywana jest zapaleniem płuc”.
Wieczorem w czwartek 8 października gubernator obwodu irkuckiego ogłosił koniec zagrożenia dżumą. Zniósł kwarantannę, której oficjalnie nie ogłoszono, i zakończył działania zapobiegawcze wobec zagrożenia, którego oficjalnie nie było. W komunikacie zapewnił: „Nie stwierdzono żadnych problemów zdrowotnych związanych z chorobami zakaźnymi. Wyniki prawie 5 tys. badań laboratoryjnych nie wykazały obecności niebezpiecznych mikroorganizmów chorobotwórczych”.
Tyle że oficjalne komunikaty nie rozwiewają wszystkich wątpliwości. Po pierwsze, potwierdzenie laboratoryjne może zająć do 10 dni. Tyle mniej więcej trwa badanie próbek krwi, plwociny i tkanek. „Nie da się jednoznacznie zidentyfikować patogenu w ciągu jednego dnia od sekcji” – wyjaśniał dziennikarzom portalu Ludzie Bajkału rosyjski lekarz, który zastrzegł anonimowość.
W jego ocenie możliwe są dwa scenariusze. Być może u Szypiłowej rzeczywiście wykryto dżumę lub inną szczególnie niebezpieczną infekcję, a władze „powstrzymały epidemię i postanowiły nie wydawać publicznych oświadczeń”. Możliwe też, że wciąż nie wiedzą, co się stało, prowadzą dochodzenie epidemiologiczne i badania laboratoryjne, a zarazem obawiają się „paniki i obwiniania”. Lekarz uznał za nieprzekonującą teorię, że do żadnej epidemii nie doszło.
Paranoja Putina czy coś więcej?
Po drugie, kroki podjęte w obwodzie irkuckim różnią się od standardowej reakcji na dżumę. Na te nieścisłości wskazuje dr Amesh Adalja z Centrum Bezpieczeństwa Zdrowotnego Uniwersytetu Johna Hopkinsa w Stanach Zjednoczonych. Dżumę można skutecznie leczyć antybiotykami, a pracownicy placówek zajmujących się jej ogniskami zazwyczaj otrzymują profilaktycznie leki, jeśli mogli mieć kontakt z bakterią. Instytut, w którym pracowała Szypiłowa, działał w trzecim rygorze bezpieczeństwa, co miało ograniczać ryzyko przypadkowego rozbicia próbówki podczas badań.
Dlatego Adalja nie wierzy, że Szypiłowa zaraziła się dżumą, bo przeczy temu skala reakcji władz. Wskazuje na nieproporcjonalnie szeroką reakcję: izolację osób, które miały kontakt z laborantką, zamknięcie szpitali, użycie kombinezonów ochronnych i przyjazd szefowej Rospotrebnadzoru. Ta ostatnia decyzja może świadczyć o panice służb, które doskonale zdają sobie sprawę z paranoicznej wręcz troski Władimira Putina o kwestie zdrowotne. Niewykluczone też, że miały poważniejszy powód do niepokoju niż samo podejrzenie dżumy.
Bakteria dżumy występuje w Rosji w 11 naturalnych ogniskach rozciągających się wzdłuż południowej granicy kraju – od Kaukazu, przez Syberię, po Daleki Wschód. Utrzymuje się w niektórych ekosystemach, przede wszystkim wśród dzikich gryzoni i żyjących na nich pcheł. Człowiek może zarazić się m.in. przez ukąszenie zakażonej pchły, kontakt z zakażonym zwierzęciem, a w przypadku dżumy płucnej także drogą kropelkową. Obecność bakterii w przyrodzie nie oznacza jednak automatycznie epidemii wśród ludzi.
Ostatni przypadek zakażenia dżumą w Rosji odnotowano dziesięć lat temu w Kraju Ałtajskim. Zaraził się wówczas 10-letni chłopiec, który pomagał przy uboju świstaków. Okolice Bajkału należą do najstarszych znanych obszarów występowania tej choroby. W pobliżu jeziora odkryto szczątki koczowników sprzed 5,5 tys. lat, w których zębach znaleziono DNA bakterii wywołującej dżumę.
Rosyjski program broni biologicznej
Dżuma była również jednym z priorytetowych czynników chorobotwórczych wykorzystywanych przez radzieckich naukowców w programie broni biologicznej. ZSRR rozwijał go od lat 20. XX w. i nie zaprzestał prac nawet po przystąpieniu do konwencji z 1972 r., zakazującej tego rodzaju broni. Dysydenci, którzy uciekli na Zachód, szczegółowo opisywali badania nad szczepami dżumy opornymi na antybiotyki. W 1989 r. Władimir Pasecznik, starszy naukowiec z instytutu Biopreparat, zdezerterował i przekazał brytyjskiemu oraz amerykańskiemu wywiadowi kluczowe informacje o nielegalnym radzieckim programie badań nad bronią biologiczną.
Instytut, w którym pracowała Daria Szypiłowa, również ma taką przeszłość. Irkucki Instytut Badawczy ds. Przeciwdrobnoustrojowych Syberii i Dalekiego Wschodu działa od 1934 r. Jego oficjalne zadania obejmują monitorowanie niebezpiecznych infekcji, diagnostykę, profilaktykę oraz badania nad dżumą, cholerą, wąglikiem i innymi bakteriami. Bada się w nim również odporność bakterii dżumy na antybiotyki. W czasach ZSRR instytut dostarczał zjadliwe szczepy bakterii Biopreparatowi, nominalnie cywilnemu programowi badawczemu, a także obiektom wojskowym związanym z programem broni biologicznej.
Zachodnie służby wywiadowcze są przekonane, że putinowska Rosja kontynuuje ofensywny program broni biologicznej. W tegorocznej ocenie zagrożeń amerykańskiego Biura Dyrektora Wywiadu Narodowego (The 2026 Annual Threat Assessment) ostrzeżono, że rosyjscy naukowcy rozwijają nowe zdolności w zakresie broni biologicznej i chemicznej, a biotechnologia podwójnego zastosowania może zwiększać ryzyko przypadkowego uwolnienia patogenów.
Laboratoria, które nie dają spokoju
Rosja ma długą historię eksperymentów z patogenami, które „wydostawały” się z laboratoriów. W 1979 r. z wojskowego zakładu w Swierdłowsku, dzisiejszym Jekaterynburgu, ulotnił się wąglik. Przez dziesięciolecia władze utrzymywały, że 66 osób zmarłych na obszarze rozciągającym się od wojskowego laboratorium w kierunku południowych obrzeży miasta zatruło się skażonym mięsem. Dopiero po upadku ZSRR badania terenowe przeprowadzone przez amerykańskich naukowców potwierdziły wcześniejsze podejrzenia: przyczyną epidemii było uwolnienie z wojskowej instalacji aerozolu wąglika.
Osiem lat wcześniej, w 1971 r., na wyspie Wozrożdienija na Morzu Aralskim podczas prób z bronią biologiczną na miejscowym poligonie uwolniła się ospa prawdziwa. Zakaziła się członkini załogi statku, która następnie przeniosła chorobę do miasta. Epidemię opanowano przede wszystkim dzięki kwarantannie i masowym szczepieniom.
Do wypadków dochodziło również w laboratorium Wektor w Kolcowie. W 1988 r. badacz Nikołaj Ustinow zmarł po przypadkowym ukłuciu igłą i zakażeniu wirusem Marburg. 16 lat później wirusem ebola zaraziła się tam kolejna badaczka.
Władze nigdy nie przyznają się do incydentów i przez lata je tuszują. W rezultacie same podsycają „syndrom Czarnobyla” – głęboką nieufność wobec oficjalnych zapewnień.
Wiosną tego roku zaprzeczały, że w kraju wybuchła epidemia pryszczycy. Oficjalnie informowały o przypadkach pasterelozy i wścieklizny wśród bydła, co miało uzasadniać kwarantannę i masowy ubój zwierząt. Wielu ekspertów i rolników wskazywało, że pastereloza jest stosunkowo łagodną infekcją, którą można leczyć antybiotykami, i nie wymaga masowego uboju. Inaczej niż w przypadku wykrycia pryszczycy, kiedy to zaleca się ubój zwierząt gospodarskich w promieniu 5 km.
Moskwa zaprzecza również rozbudowie i inwestycjom w wojskowe laboratoria biologiczne, choć sama oskarża Stany Zjednoczone o prowadzenie takich obiektów na Ukrainie. Tymczasem na rok przed rosyjską inwazją na Ukrainę rozwijano tajny ośrodek badań nad bronią biologiczną Posad-6 pod Moskwą, w miejscowości Siergijew. Eksperci analizujący zdjęcia satelitarne powiedzieli „Washington Post”, że co najmniej cztery budynki przypominają typowe laboratoria biologiczne, przystosowane do pracy z wyjątkowo niebezpiecznymi patogenami, takimi jak wirusy ospy prawdziwej i ebola.
Posad-6 powstał w 1954 r. z inicjatywy władz radzieckich. Jest jednym z trzech obiektów wchodzących w skład 48. Centralnego Instytutu Badawczego, podlegającego rosyjskiemu ministerstwu obrony. W maju 2021 r. Stany Zjednoczone nałożyły sankcje na wszystkie trzy ośrodki.
Po rozpadzie ZSRR i deklarowanym porzuceniu programu broni biologicznej trzy radzieckie obiekty wojskowe związane z tym programem – Siergijew Posad-6 (dawniej Zagorsk-6), Jekaterynburg-19 (dawniej Swierdłowsk-19) oraz Instytut Kirowa – pozostały nienaruszone i niedostępne dla zagranicznych inspektorów.
Rosyjska broń masowego rażenia stanowi zagrożenie nie tylko dla innych państw, lecz także dla samych Rosjan. W 2018 r. na terytorium Wielkiej Brytanii w zamachu na Siergieja Skripala użyto nowiczoka, bojowego środka trującego.
W lutym tego roku Wielka Brytania, Szwecja, Francja, Niemcy i Holandia potwierdziły wcześniejsze podejrzenia, którym zaprzeczał Kreml: Aleksiej Nawalny, lider rosyjskiej opozycji, został otruty w kolonii karnej. Według tych państw w jego organizmie wykryto epibatydynę, toksynę występującą naturalnie u niektórych gatunków południowoamerykańskich żab, a nie na terytorium Rosji. Badania nad tą substancją prowadzą m.in. moskiewski instytut Signal oraz Państwowy Naukowo-Badawczy Instytut Chemii i Technologii Organicznej.