Roman Frister
29 listopada 2011

Izrael szykuje atak na Iran. Czy uderzy?

Chmury nad Teheranem

Czy Izrael może zaatakować Iran bez zgody Białego Domu? Perspektywa katastrofy, wobec której Czarnobyl to pestka, wydaje się nie odstraszać polityków z otoczenia premiera Netanjahu.

W bazie lotniczej Decimomannu na Sardynii zakończyły się pięciodniowe ćwiczenia kilku eskadr izraelskich F-16. Towarzyszyły im dwa Boeingi do tankowania w powietrzu, bo jednym z celów manewrów było trenowanie długich lotów nad nieznanymi, górskimi przestrzeniami. Niemal równocześnie samoloty z gwiazdą Dawida odbyły podobne ćwiczenia w Grecji i w północnej Rumunii. Nie trzeba być wielkim strategiem, aby zrozumieć, że była to symulacja ataku na irańskie instalacje atomowe.

Wcześniej, w nadmorskiej bazie lotniczej Palmachim koło Tel Awiwu, Izraelczycy dokonali próbnego odstrzału rakiety balistycznej Jerycho-3. W przeszłości doświadczenia takie były ściśle tajne. Tym razem zaproszono na miejsce dziennikarzy i fotoreporterów. Jerycho-3, produkt miejscowego przemysłu wojskowego, waży 30 ton i może przenieść trzy rozdzielające się głowice nuklearne na odległość do 7 tys. km. Z Palmachim do Teheranu jest w linii prostej zaledwie 1600 km.

Jakby nie dosyć tego, w aglomeracji telawiwskiej zawyły w tych dniach syreny alarmowe. Jednostki ochrony zaplecza, policja i straż pożarna zmierzyły się z symulowanym atakiem rakietowym na ludność cywilną. W pobliskich miastach Holon i Bat Jam rozdawano mieszkańcom maski przeciwgazowe, a okoliczne szpitale postawiono w stan pogotowia. Prasa poinformowała czytelników, że nadbrzeżne miasta pozostają w zasięgu irańskich konwencjonalnych rakiet typu Szihad, wzorowanych na północnokoreańskiej Taepodong-2, i że Hezbollah, szyicka organizacja w Libanie sterowana z Teheranu przez prezydenta Ahmadineżada, dysponuje dziesiątkami tysięcy rakiet krótkiego i średniego zasięgu, mogących spaść na Galileę i port w Hajfie.

Na ostrzu noża

Władze chcą ostrzec społeczeństwo, że za konflikt z Iranem Izrael będzie musiał zapłacić wysoką cenę. Sondaż opinii publicznej, zamówiony przez dziennik „Ha’aretz”, wskazuje, że mimo wszystkich zagrożeń 51 proc. Izraelczyków popiera plany uderzenia na jedyne w tej chwili państwo, które otwarcie głosi chęć wymazania ich kraju z mapy Bliskiego Wschodu. Dyskusja na ten temat stała się domeną publiczną; wydaje się jednak, że nigdy tak liczni nie mówili tak dużo na temat, o którym wiedzą tak mało.

W sprawozdaniu Międzynarodowej Agencji Energii Atomowej (MAEA), sporządzonym w listopadzie na użytek Rady Bezpieczeństwa ONZ, postawiono podjęcie takiej decyzji na ostrzu noża. W jerozolimskiej siedzibie premiera Netanjahu i w telawiwskim wysokościowcu ministerstwa obrony czytano każdą stronę dwa razy. Treść dokumentu zmusza do refleksji: jak długo jeszcze 600 zakupionych w Stanach Zjednoczonych bomb kruszących beton i wybuchających na głębokości 30 m pod ziemią czekać będzie w arsenałach, zanim zostaną zrzucone na ośrodek wzbogacania uranu w irańskim Natanz, na fabrykę ciężkiej wody w Araku i na reaktor w Buszer?

Ostatni raport MAEA podkreśla brak pożądanej współpracy ze strony Iranu i przyznaje, że większość danych zebrano przy pomocy krajów członkowskich, reprezentowanych w wiedeńskim zarządzie Agencji. W paragrafie 58 aneksu, zatytułowanego „Możliwy militarny aspekt irańskiego programu nuklearnego”, czytamy: „Agencja posiada informacje, że Iran przeprowadził praktyczne doświadczenia sprawdzające skuteczność wyrzutni rakiet dalekosiężnych. Ponadto wśród materiałów dostarczonych przez jedno z państw członkowskich znajduje się dokument w języku perskim, odnoszący się bezpośrednio do przygotowań logistycznych niezbędnych przy przeprowadzaniu testów nuklearnych. Istnieje uzasadnione podejrzenie, że prototypy sprzętu niezbędnego do tego rodzaju prób już istnieją, ale władze irańskie odmówiły Agencji dostępu do nich...”.

 

Armie Izraela i Iranu od lat szykują się do konfliktu. Jednak jeszcze nigdy nie było tak blisko do jego wybuchu. Na fot. armia irańska.
Armie Izraela i Iranu od lat szykują się do konfliktu. Jednak jeszcze nigdy nie było tak blisko do jego wybuchu. Na fot. armia irańska.
Reuters / Forum

 

Wirusem w wirówkę

Mimo ostrożnych sformułowań sprawozdania, po raz pierwszy w swojej wieloletniej działalności Agencja stawia sprawę jasno: pod przykrywką legalnego stosowania energii nuklearnej do celów pokojowych Iran szybko zmierza ku produkcji broni atomowej. Poprzedni dyrektor MAEA Mohammed El Baradei, jeden z kandydatów na prezydenta Egiptu w najbliższych wyborach, publikował mgliste raporty, które nie zaszkodziłyby mu w ewentualnych przyszłych stosunkach z Teheranem. Obecny szef Agencji Yukija Amano zapowiedział, że nie będzie ukrywał prawdy, ponieważ pochodzi z kraju Hiroszimy i Nagasaki. Ale nawet on nie jest w stanie odpowiedzieć na kluczowe pytanie: kiedy ajatollah Ali Chamenei i prezydent Ahmadineżad będą mogli nacisnąć czerwony guzik. Amerykańska CIA oraz izraelski Mosad oceniają, że prawdopodobnie za rok, najwyżej dwa lata. Rosyjski naukowiec Wiaczesław Danilenko, który 5 lat spędził w irańskich laboratoriach, twierdził ostatnio w dzienniku „Washington Post”, że jest to kwestia zaledwie kilku miesięcy.

Jeśli cokolwiek może wydłużyć ten okres, to akcje sabotażowe przypisywane wywiadowi izraelskiemu: wirusy Stuxnet i Dages sparaliżowały na kilka tygodni pracę wirówek w Buszer. W lipcu zginął od kuli, na progu swojego domu w Teheranie, fizyk atomowy dr Darioush Rezaei, członek irańskiej Komisji ds. Energii Jądrowej, a przed niespełna tygodniem w tajemniczym wybuchu na poligonie rakiet balistycznych zginęło 17 oficerów Gwardii Narodowej, wśród nich gen. Hassan Moghaddam.

 

Nowy Holokaust

Kwestia krótkiego czasu potrzebnego Irańczykom na przejście z fazy doświadczeń w fazę ich praktycznego wykorzystania jest obecnie jedynym tematem, co do którego Waszyngton i Jerozolima są zgodne. Pod wszystkimi innymi względami różnią się diametralnie.

Beniamin Netanjahu i jego minister obrony Ehud Barak postrzegają w nuklearnym Iranie zagrożenie dla dalszego istnienia państwa żydowskiego, a pojęcie „nowy Holocaust” coraz częściej pojawia się w ich retoryce.

Waszyngton ocenia sytuację w znacznie szerszym kontekście. Po kosztownych i niezbyt udanych awanturach wojennych w Afganistanie i w Iraku zbrojne starcie z Iranem położyłoby kres nadziejom Baracka Obamy na następną kadencję w Białym Domu. Wyborcy nie wybaczyliby mu pogłębienia kryzysu budżetowego. W aspekcie globalnym reperkusje mogłyby być bardziej dramatyczne. Nawet jeśli prezydent Ahmadineżad nie jest w stanie zrzucić bomby atomowej na Manhattan, to niewątpliwie może zaminować Zatokę Perską i cieśninę Ormuz – morski szlak, przez który przepływają transporty ropy naftowej i gazu, pokrywające 40 proc. światowego zapotrzebowania. Cena baryłki ropy mogłaby wtedy dojść do 200, a może nawet 400 dol., co musiałoby zmienić oblicze światowej gospodarki. Palec oskarżycielski Europy, Japonii, Rosji i Chin skierowałby się niewątpliwie w stronę Ameryki.

Interes kwitnie

Obawa przed „nieodpowiedzialną polityką Izraela” kierowała Obamą, gdy zdecydował się wysłać do Jerozolimy swego ministra obrony. Prezydent USA nie zapomniał, że w czerwcową niedzielę 1981 r. lotnictwo izraelskie zrównało z ziemią iracki reaktor atomowy Osirak na przedmieściach Bagdadu. Atak przeprowadzono 24 godziny przed uruchomieniem reaktora, a ówczesny premier Menachem Begin nie skonsultował jej z amerykańskim sojusznikiem. 16 lat później, o północy 7 czerwca 2007 r., historia się powtórzyła, gdy izraelskie eskadry F-16 zbombardowały budowę reaktora wznoszonego przez Koreę Północną w Syrii. Międzynarodowa Agencja Energii Atomowej potwierdziła wówczas, że zburzone zostały instalacje do wzbogacania plutonu. Obecnym zadaniem Leona Panetty było upewnienie się, że rząd w Jerozolimie nie wykona żadnych drastycznych kroków

...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]

Newsletter
Zamów newsletter, by otrzymywać najciekawsze artykuły na swój adres e-mail

Autorzy POLITYKI

»

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną