Norman Davies o tym, że martwi się o Polskę, a PiS to jego zdaniem polityczna sekta
Fałszywy śpiew
Każdy ruch totalitarny czy autorytarny tak się zaczyna: szukaniem drogi, która może doprowadzić zdeterminowaną mniejszość do władzy i do stworzenia nowego porządku, jak choćby IV RP – mówi Davies.
Prof. Norman Davies
Flickr CC by 2.0

Prof. Norman Davies

[Wywiad został opublikowany 20 września 2010 roku.]

Janina Paradowska: – Powiedział pan niedawno, że po raz pierwszy od lat martwi się o Polskę. Czy rzeczywiście trzeba się aż martwić?

Norman Davies: – Przez kilka miesięcy byłem bardzo intensywnie zajęty pracą nad nową książką „Zaginione królestwa” i latem nagle jakby się obudziłem. Zobaczyłem, że w Polsce dzieją się niepokojące rzeczy. Byliśmy z żoną w Smoleńsku 7 kwietnia, wraz z premierem Donaldem Tuskiem, widzieliśmy, jak się te uroczystości odbywały, i miałem nadzieję, że polska polityka powoli wchodzi na lepszą drogę. A później zobaczyłem, co się dzieje wokół krzyża, i bardzo mnie to poruszyło. Miałem zresztą swoje osobiste powody. 10 kwietnia przez wiele godzin stałem w tłumie pod Pałacem Prezydenckim; ustawione były tam całe baterie kamer telewizji zagranicznych. Ponieważ wiele osób mnie rozpoznało, przechodząc od kamery do kamery udzielałem wywiadów i to mój głos, moja twarz były dla licznych zagranicznych telewizji świadectwem autentycznego szoku, wstrząsu, żałoby Polaków. Byłem więc częścią tego, co się zdarzyło spontanicznie, autentycznie. A potem widzę grupę ludzi, którzy przywłaszczają sobie ten moment, a krzyż przestaje być symbolem żałoby i pojednania, wspólnego żalu, a staje się instrumentem politycznej gry. Pomyślałem, że w Polsce zaczynają się dziać nieprzewidywalne rzeczy.

Na dodatek tempo tego kryzysu, szaleństwa, gorączki – trudno tu nawet znaleźć właściwe słowo – jest coraz bardziej intensywne. Wprawdzie nadal wydaje mi się, że to bańka mydlana, która wcześniej czy później pęknie, ale na razie rośnie.

A jak w końcu pęknie, co się ukaże?

Historia podpowiada mi, że retoryka takiego radykalnego ruchu, jaki tworzy dziś PiS – który już nie krytykuje, jak zwykle czyni opozycja, ale gwałtownie wszystkim i wszystkiemu się przeciwstawia, insynuuje, obdarza najgorszymi epitetami – używana jest zwykle w początkowym etapie założonego planu, przed ostatecznym uderzeniem. Trzeba najpierw obrzydzić, zniszczyć propagandowo istniejący porządek i wtedy uderzyć. Takie klasyczne uderzenie robi się zwykle wojskiem lub prowokując zamieszki. Tymczasem w Polsce sytuacja jest absurdalna – mamy retorykę poprzedzającą uderzenie, ale samo uderzenie jest więcej niż wątpliwe.

Nie ma możliwości takiego uderzenia. Kto miałby je wykonać?

Nie wiem, czy nie ma możliwości. Jest przecież związek Solidarność; widzę też niestety, że PiS wciąga do tych awantur Kościół, a ten jest siłą społeczną, która może, na przykład poprzez parafie, organizować wielkie marsze i pielgrzymki. Ale w sumie jest to bardzo mało prawdopodobne, na razie nie widać chęci do ostrych zwarć. A bez takich masowych działań i bez sukcesów wyborczych te wszystkie krzyki, awantury, manipulacje, które widzimy, są absurdalne, niekonsekwentne. Wywołują jednak turbulencje, które odczuwa całe społeczeństwo, które wstrząsają polityką.

Nie dostrzega pan więc w tym zamysłu politycznego? Tadeusz Mazowiecki mówi, że Kaczyński wznieca rokosz, pan w jednym z wywiadów stwierdził, że to ruch wywrotowy.

Rokoszanie, przypominam, mieli wojska. Tu mamy destrukcyjne działania polityczne. A wywrotowa retoryka, w której używa się słownictwa z najwyższej półki – w rodzaju wiara, patriotyzm, ojczyzna – służy zawłaszczeniu tej sfery wartości dla jednej partii.

Dostrzegłem, że dzieje się coś dziwnego także dlatego, że zacząłem dostawać listy, jakich nie otrzymywałem nigdy wcześniej. W najgrzeczniejszych pisano: wprawdzie opublikował pan sporo pięknych książek, ale teraz żadnej pana książki już nie przeczytam, bo pan nie popiera propolskiej partii. Tak więc większość zostaje wykluczona nawet z dyskusji, nie ma do niej prawa, bowiem od razu jest niepolska. Dlatego używam określenia, że PiS to sekta polityczna, bo to jest właśnie cecha sekty. Ona będąc częścią całości uważa, że właśnie jest całością, a reszta niczym.

Znajduje pan w historii przykłady takich sekt politycznych?

Każdy ruch totalitarny czy autorytarny tak się zaczyna: szukaniem drogi, która może doprowadzić zdeterminowaną mniejszość do władzy i do stworzenia nowego porządku, jak choćby IV RP. Każdy taki ruch od początku był gotowy na przymus, gwałty, bojówki. Teraz tego jeszcze nie mamy, ale istnieje presja, szantaż, co pokazuje sprawa krzyża na Krakowskim Przedmieściu. Katastrofa smoleńska, która wyzwoliła tak wielkie emocje, uruchomiła postawy radykalne, z których korzystają politycy. Byłem jednak zdumiony, jak szybko kierownictwo PiS załatwiło pochowanie brata prezesa na Wawelu, stało się to chyba już drugiego czy trzeciego dnia. Prezes był politykiem, który już w tamtym momencie klarownie myślał, aby skorzystać z katastrofy.

Czyli to, paradoksalnie, Jarosław Kaczyński najbardziej politycznie skorzystał na katastrofie smoleńskiej?

Przyznam, że tuż po katastrofie wydawało mi się, że nadchodzi koniec PiS. Ale kto inny mógł skorzystać? Takie wydarzenie nie leżało przecież absolutnie w interesie rządu polskiego czy Rosji. 7 kwietnia w Katyniu widzieliśmy, jak ten straszny Putin, kagiebowiec, wykonał przyzwoity gest, jakiego nie zrobił przed nim żaden rosyjski polityk. W rosyjskiej polityce nic nie dzieje się przypadkiem. Putin, mając kłopoty na wschodzie, rosnącego w siłę konkurenta chińskiego, problemy na Kaukazie i w Środkowej Azji, musiał „ubezpieczać” rynek europejski, gdyż ogromna część dochodów Rosji pochodzi przecież ze sprzedaży gazu i ropy. Takie historyczne „okruchy” jak Katyń stanowią więc niepotrzebną przeszkodę; Rosja nie ma dziś powodu, by ostro wojować z Polakami o historyczne kwestie.

Czy będąc 7 kwietnia z premierem miał pan takie poczucie, że toczy się jakaś gra Putina z Tuskiem, wymierzona przeciwko prezydentowi Kaczyńskiemu, którego wizyta na 10 kwietnia była już przecież zaplanowana?

Nic takiego nie przyszło mi do głowy. Uważam, że premier Tusk słusznie przyjął ten mały, ale ważny krok ku polepszeniu stosunków polsko-rosyjskich. Oczywiście dziś na głowę premiera sypią się zarzuty, że rozmawia z Rosjanami, że to serwilizm itd., ale myślenie, że Polska jest potęgą, która ma pouczać Rosję, jak ta ma się zachować, jest nieporozumieniem. Dla mnie spotkanie 7 kwietnia było normalnym międzypaństwowym spotkaniem na szczeblu premierów. Naturalnie nie byłem obecny przy rozmowach, wiem tylko, że trwały długo, a czas wyznaczony programem został znacznie przekroczony. Tusk zachowywał się niezwykle godnie i pewnie, a nam wszystkim wydawało się, że stosunki polsko-rosyjskie idą w dobrym kierunku. Po katastrofie, choć nie od razu głośno, PiS zaczęło wykorzystywać stosunki polsko-rosyjskie do wzniecania nastroju zagrożenia.

Czytaj także

Ważne w kraju

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj