Recenzja płyty: J.J. Cale, „Breezin’ at the Café”
Można sięgnąć po tę płytę bez obaw.
Można sięgnąć po tę płytę bez obaw.
To jedna z cenniejszych pozycji w dyskografii na Rok Lutosławskiego.
Trzeci już z kolei album Beneficjentów warto polecić każdemu, kto nie lęka się myśleć krytycznie.
To jeszcze nie jest dla tej artystki czas zamknięcia w jakiejś jednej szufladce.
Kompromis między muzyką do słuchania w radiu i do tańca.
Duża dawka mocnego blues-rocka.
Dzieło dojrzałego muzyka, który w bluesie widzi przede wszystkim spokój, lekko melancholijne zamyślenie i łagodność.
Jeszcze nigdy tak wielu ważnych nie zrobiło tak dużo w sprawie tak mało istotnej.
Dwie zaprzyjaźnione kapele i dwa różne żywioły – akustyczny i elektryczny.
Każde kolejne nagranie Beethovenowskich Wariacji na temat walca Diabellego, swoistego traktatu o tym, jak wielką muzykę można zrobić z prymitywnego tematu, jest wydarzeniem.
Moc oszczędnego gitarowego grania i precyzyjnej aranżacji.
Popowo-rockowe melodie, opatrzone silnie wyeksponowanym brzmieniem gitar.
12 bardzo porządnie zagranych i zaśpiewanych rockowych kompozycji.
Słuchając płyty, nie nastawiajmy się na artystyczne objawienia i spróbujmy docenić rekonstrukcję dawnych klimatów, w których od wirtuozerii ważniejszy był czad i wykop.
Znajdzie ta płyta gorących zwolenników, ale pozostawi też niemało zdezorientowanych.
Oto grupa trzydziestolatków z Kanady, której udało się osiągnąć w muzyce rockowej wszystko – entuzjazm krytyków, sprzedaż, nagrody – a przy tym nie stracić młodzieńczego animuszu.
Prawdziwy psychorock.
Lekarstwo na zaganianie, agresję, wewnętrzny dygot i czyhający na nas niepokój.
Mocne, agresywne brzmienie podkreśla dopracowane kompozycje grupy i trudno znaleźć pospiesznie dodane „wypełniacze” muzyczne.
Królewski, ale jednak groch z kapustą.