Pogrom kielecki i egzekucje nazistów

W słoneczny czwartek
4 lipca 1946 r. byłby zwyczajnym dniem, gdyby nie kielecki pogrom Żydów i publiczne egzekucje nazistów w Gdańsku.
Gdańsk, publiczna egzekucja zbrodniarzy z KL Stutthof.
AN

Gdańsk, publiczna egzekucja zbrodniarzy z KL Stutthof.

Trumny z ofiarami pogromu kieleckiego.
ŻIH

Trumny z ofiarami pogromu kieleckiego.

Kielecka kamienica przy ul. Planty 7 - miejsce pogromu.
Grzegorz Pietrzak/Wikipedia

Kielecka kamienica przy ul. Planty 7 - miejsce pogromu.

[Artykuł został opublikowany w POLITYCE w lipcu 2011 r.]

*

Lipiec 65 lat temu był wyjątkowo upalny. W każdą niedzielę brzegi Wisły w Warszawie były – jak donosiły gazety – „oblepione tysiącznymi rzeszami plażowiczów”. Zaczęła się susza w Europie Wschodniej: w jej następstwie z głodu i chorób zmarło ponad milion mieszkańców Związku Radzieckiego, a w Polsce panowała plaga myszy i szczurów; wyżerały wszystko. Już we wrześniu 1945 r. radomsko-kielecki „Dziennik Powszechny” ostrzegał: „Jeżeli plaga szczurów nie będzie zahamowana, to należy spodziewać się przykrych meldunków o pogryzieniu przez szczury niemowląt i dzieci”.

Był czwartek. W Polskim Radiu audycję rozpoczynała „Gimnastyka poranna” o 6.25; fitness ani odchudzanie się nie były jeszcze w modzie. Zresztą odchudzać się nie bardzo byłoby z czego. Od lutego 1946 r. obowiązywało ograniczenie w handlu mięsem. Wprowadzono zakaz sprzedaży oraz podawania go w stołówkach i restauracjach we wtorki, środy i czwartki. W związku z niedoborem mąki pszennej odgórnie wprowadzono też „dni bezciastkowe”. W okolicach Kielc i Kozienic wysłannicy UNRRA (United Nations Relief and Rehabilitation Administration, Organizacji Narodów Zjednoczonych do Spraw Pomocy i Odbudowy) widzieli dzieci niosące garnuszki – dowód dokarmiania w szkołach, a także ludzi na granicy choroby głodowej: o charakterystycznej ziemistej cerze i nabrzmiałych twarzach.

O 7.35 dla szczęśliwych posiadaczy wyszabrowanych niemieckich telefunkenów zaczął się „Muzyczny poranek”. O 8.30 „Skrzynka poszukiwania rodzin”. Ludzie ciągle żyli nadzieją na odnalezienie bliskich. Dział ogłoszeń „Życia Warszawy” z 4 lipca: „Maria Jelska poszukuje Góral Marię, Teresę, Hannę, Stanisława zamieszkałych Puławska 94”; „O Żukowskim Ryszardzie porucz. proszą wiadomość rodzice”. Tego samego dnia ogłoszenie w „Rzeczpospolitej”: „Ktoby wiedział o losie Rodziny Baron: żony Chai z domu Selibowskiej wraz z synem oraz o rodzinie Kapłan, żony Racheli z domu Selibowska i dzieci zamieszkałych w Nieświeżu przy ul. Świeżańskiej 16”...

Na czołówkach gazet komentowano oficjalne wyniki referendum, które odbyło się 30 czerwca. Po cichu mówiono, że zostało sfałszowane. Dziś wiemy, że za głosowało nie więcej niż 26,9 proc. (tzn. odpowiedziało „tak” na wszystkie trzy pytania: w sprawie zniesienia Senatu, przeprowadzenia reformy rolnej i nacjonalizacji gospodarki, utrwalenia zachodniej granicy na Bałtyku, Odrze i Nysie Łużyckiej), a 73,1 proc. głosujących odpowiedziało „nie” przynajmniej na jedno pytanie. Ponieważ publicznie ogłoszono niemal dokładnie odwrotne wyniki (zdecydowana większość na „tak”), w komentarzach prasowych dominowała radość ze zwycięstwa. Tylko Kraków psuł atmosferę. Był jedynym miejscem w Polsce, gdzie podano do publicznej wiadomości prawdziwe rezultaty referendum. „Głos Ludu”, organ rządzącej PPR, w komentarzu pisał: „Reakcja okryła Kraków hańbą i śmiesznością”. Ideolog partyjny Roman Werfel zamieścił w gazecie artykuł zatytułowany „Duchowi »volksdeutsche« pod sztandarami PSL”. Polacy byli rozczarowani, niektórzy wściekli.

Już w mniejszym stopniu opinię publiczną bulwersowały nieznane losy Martina Bormanna, prawej ręki Hitlera, których kolejną wersję przynosiły gazety tego dnia. Tropem komentarzy mediów radzieckich prasa usiłowała zbagatelizować amerykańskie eksperymenty z bronią jądrową na atolu Bikini. Pierwszą próbę przeprowadzono tam 1 lipca. Amerykanie dysponują teraz taką bronią – mówiono nieoficjalnie w Polsce – przed którą Stalin będzie się musiał schować. Niektórzy nie kryli entuzjazmu. Po Polsce krążył wierszyk: „Truman, Truman, zrzuć ta bania, bo jest nie do wytrzymania”.

Szerzone były pogłoski o zaginięciach dzieci. Jeden z marcowych numerów „Dziennika Powszechnego” doniósł o krążących w Gnieźnie plotkach o kiełbasach z mięsa ludzkiego. We Włocławku 6 czerwca 1946 r. ktoś rozpuścił informację, jakoby konkurencja miała sprzedawać „mięso ludzkie Polaków”. Konkurencję stanowiła sieć sklepów osób pochodzenia żydowskiego. Trudno uwierzyć w przypadek, ale tego samego dnia rzekomo zaginęły we Włocławku dwie dziewczynki. Miasto obiegła plotka o tym, że Żydzi zabili dzieci. Zebrał się tłum. Zdwojone patrole milicji nie dopuściły do ekscesów. Wcześniej, bo 18 czerwca, w Częstochowie z glinianek przy ul. Kościelnej wyłowiono zwłoki 15-letniej Krystyny Woźniak. Pod zarzutem dokonania morderstwa aresztowano Chila Tepera, żydowskiego krawca, gdy kilka dziewczynek zeznało, że namawiał je do popełnienia czynów nierządnych, próbując przekupić słodyczami. Dokumenty ze śledztwa zawierają sprzeczne oceny, czy oskarżony był zboczeńcem, czy chorym umysłowo. Wiemy na pewno, że nie przyznał się do winy oraz że nie znaleziono przeciwko niemu żadnych dowodów.

Niepokój o dzieci wzmagała wysoka śmiertelność niemowląt, nieopanowana gruźlica (w jednej ze szkół w Kielcach jedna trzecia uczniów była nią zagrożona), liczne wypadki z niewypałami. Niewykluczone, że na psychozę wpływ miało również odbieranie przechowywanych z czasów okupacji żydowskich dzieci z rąk polskich rodzin przez odnalezionych żydowskich rodziców bądź opiekunów. Gdy nie przeżył nikt z rodziców bądź najbliższych krewnych, z pomocą przychodziły żydowskie organizacje. Jedna z nich, założona przez ruch syjonistyczny, nosiła nazwę Koordynacja. Jej emisariusze jeździli po kraju i wykupywali dzieci z polskich domów. Zdarzało się, że dochodziło do konfliktów. „Express Wieczorny”, który trafił do kiosków 4 lipca po południu, donosił o procesie między żydowską matką, która podrzuciła niemowlę w warszawskim sierocińcu w 1941 r., a polską rodziną, która je adoptowała. Kobieta przeżyła wojnę i po jej zakończeniu upomniała się o swoje dziecko. „Jednak przybrani rodzice kategorycznie odmówili temu żądaniu, uważając je po upływie sześciu lat za spóźnione, wobec niezgłaszania pretensji i niedawania znaku życia przez domniemaną matkę w ciągu tak długiego okresu czasu”. Choć artykuł nie mógł mieć wpływu na wydarzenia w Kielcach, dobrze pokazywał ówczesne dramaty i ten aspekt podskórnej wrogości wobec Żydów.

1 lipca 1946 r. nie wrócił do domu zamieszkały w Kielcach 9-letni Henryk Błaszczyk, syn Walentego, szewca. Nie informując nikogo, wyjechał do mieszkających na wsi znajomych. Rodzice rozpoczęli poszukiwania, rozlepili na murach trzy ogłoszenia oraz ogłosili w jednym z kościołów o zaginięciu syna. Po dwóch dniach chłopiec nieoczekiwanie powrócił. 3 lipca wieczorem ojciec pojawił się w komisariacie MO przy ul. Sienkiewicza, twierdząc, że chłopca przez trzy dni przetrzymywali Żydzi, jednak udało mu się zbiec. Poinstruował też syna: „Pamiętaj, synu, jakby się ktoś ciebie pytał, to powiesz, że byłeś u Żydów, siedziałeś w piwnicy i żydowskie dziecko cię uwolniło, otworzyło okno i cię uwolniło”.

Rano 4 lipca poszli razem do komisariatu MO. Stamtąd wraz z 14 (!) milicjantami udali się w stronę domu zamieszkanego przez kieleckich Żydów, przy ul. Planty 7/9, gdzie mieścił się Komitet Żydowski. Ponieważ po drodze milicjanci rozpowiadali, że idą szukać zamordowanych dzieci, zebrał się tłum. Rosło też podniecenie i agresja wśród zgromadzonych. Atmosferę podgrzewały opowieści, jakoby Żydzi „zamordowali polskie dzieci”.

Psychologiczna bariera dzieląca słowną agresję od fizycznego gwałtu pękła po przybyciu oddziałów Korpusu Bezpieczeństwa Wewnętrznego i milicji. Żołnierze pierwsi wkroczyli do domu przy ul. Planty. Rozpoczęli pogrom, podczas którego nastąpił swoisty podział pracy. W domu rządzili wojskowi i milicjanci, którzy rabowali, sami też bili, strzelali do bezbronnych. Strzałem w plecy zabity został dr Seweryn Kahane, przewodniczący Komitetu Żydowskiego. Pozostałych mieszkańców wyprowadzali na zewnątrz budynku, gdzie panował już mieszany tłum, składający się, w nieznanych proporcjach, z cywilów i mundurowych. Niektóre ofiary, w tym również kobiety, wyrzucano z drugiego piętra na bruk. W ten sposób, w ciągu pół godziny zamordowano kilkanaście osób, wiele w sposób bestialski. Rannych dobijano czym popadło.

Kolejne oddziały wysłane, by spacyfikować tłum, albo mieszały się z nim, powiększając w ten sposób grupę gapiów, albo przyłączały się do napastników. Wyszkoleni w przemocy mundurowi nie tylko potrafili bić i zabijać, lecz także swoją postawą gwarantowali bezkarność. Choć rannych i zabitych okradano również na mieście, prawdziwa orgia rabowania odbywała się w budynku przy ul. Planty. Jeden funkcjonariusz MO zabrał marynarkę, inni sukienkę, buty, bieliznę, zegarek, pieniądze.

Czytaj także

Teksty historyczne

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj