Jak drukarstwo zmieniło historię

Ulotki Lutra
Bez Gutenberga nie byłoby reformacji. Ale gdyby Luter się nie narodził, niemieccy drukarze musieliby go chyba wymyślić.
Protestancki drzeworyt przedstawiający Lutra wypisującego tezy piórem, którego drugi koniec strąca papieską triarę
BEW

Protestancki drzeworyt przedstawiający Lutra wypisującego tezy piórem, którego drugi koniec strąca papieską triarę

Drukarze przy pracy na rycinie z 1520 r. To oni zapewniali reformacji rozmach, im zaś reformacja zapewniała zlecenia.
Wikipedia

Drukarze przy pracy na rycinie z 1520 r. To oni zapewniali reformacji rozmach, im zaś reformacja zapewniała zlecenia.

W medialnej wojnie prostestantów z katolikami górę wzięli ci pierwsi. Na ilustracji papież w otoczeniu teologów.
AKG/EAST NEWS

W medialnej wojnie prostestantów z katolikami górę wzięli ci pierwsi. Na ilustracji papież w otoczeniu teologów.

Ulotka katolicka: Luter jako instrument szatana.
Leemage/EAST NEWS

Ulotka katolicka: Luter jako instrument szatana.

Gdy w XV w. w Niemczech wynaleziono druk, spodziewano się, że po prostu zastąpi pracę skrybów przy produkcji książek. Niższe koszty i zwiększona wydajność wróżyły branży typograficznej stabilną przyszłość. Jednak już u schyłku stulecia liczba wydawanych tytułów znacząco spadła. Rynek okazał się płytki. Kiedy duchowni zostali zaopatrzeni w księgi liturgiczne, a studenci w podręczniki, do wydania pozostało niewiele. Na nowości nikt nie czekał. Panowało przekonanie, że wartościowe jest tylko to, co dawne. W drukarniach Augsburga, głównego ośrodka wydawniczego Niemiec, w ćwierćwieczu 1475–1500 zużycie papieru spadło sześciokrotnie.

Zdawało się, że nic nie zdoła przełamać stagnacji, a jednak pewien augustiański zakonnik wykreował nowy, chłonny rynek. Odkrył, że grupa ludzi chcących czytać jest dużo szersza niż ta, do której dotąd kierowano książki. Wedle dzisiejszych szacunków, stopień alfabetyzacji niemieckiego społeczeństwa sięgał 10 proc., co dawało grubo ponad milion osób, nakłady książek zaś rzadko przekraczały tysiąc egzemplarzy. Dla przygniatającej większości potencjalnych odbiorców to, co oferowano, było za trudne i za drogie.

Według protestanckiej tradycji, doktor teologii Marcin Luter zapoczątkował reformację 31 października 1517 r., przybijając do drzwi wittenberskiego kościoła 95 tez przeciw odpustom. Ten sugestywny, choć legendarny obraz skutecznie przysłonił fakt, że reformator śmiało stosował zdobycze technologii. Wylansował marginalną dotąd formę druków ulotnych. Coś jakby XVI-wieczną prasę popularną: tanie, pisane prostym językiem, ilustrowane broszury. Korzystał z nich z racji niskich kosztów i presji czasu. Być może też intuicyjnie czuł, że w ten sposób dotrze do najszerszego kręgu odbiorców.

Równie istotne było to, o czym pisał. Strach przed śmiercią u progu nowożytności nie różnił się od współczesnego, ale był niczym wobec grozy piekła. Dziś oczekujemy, że państwo stworzy każdemu człowiekowi szansę na godne życie. Wtedy, że Kościół poprowadzi każdą duszę ku życiu wiecznemu. Jakość posługi pasterskiej rodziła jednak w sercu niejednego wiernego niepokój: jeśli celebrujący sakrament kapłan swój urząd osiągnął nieprawnie, jeśli brak mu kwalifikacji lub żyje w grzechu, czy trafię choćby tylko do czyśćca? Czy rodzina, miast skrócić męki mej duszy modlitwą, zadowoli się nabyciem odpustu? I czy będzie on miał jakąkolwiek wartość, jeśli na milę cuchnie świętokupstwem?

Tezy przeciw odpustom od chwili ich sformułowania (w liście do arcybiskupa Moguncji i Magdeburga) znane były w akademickim środowisku Wittenbergi, a zapewne i w całym, ledwo dwutysięcznym miasteczku. Tempo, w jakim dowiedziały się o nich Niemcy, mogłoby dziwić, gdyby formą ich upublicznienia była jedynie ekspozycja na drzwiach świątyni. O sukcesie przesądziło, że w ciągu roku miały 16 łacińskich i niemieckich wydań. Władze, świeckie i kościelne, nie były w pełni świadome potęgi druku i nie wypracowały jeszcze skutecznych metod kontroli. Luter i jego zwolennicy też chętnie sięgali do form tradycyjnych, jak kazania, listy i dysputy; ale gdyby w starciu z medialną potęgą papiestwa (tysiące ambon) ograniczyli się tylko do nich, nie byliby w ogóle słyszalni. Bez możliwości dotarcia do społeczeństwa cały ruch, a już z pewnością jego przywódca, zdany byłby tylko na niepewną protekcję księcia Saksonii.

Choć tezy miały charakter teologiczny, to nawet zwykły śmiertelnik jedno z całą pewnością pojmował: wittenberski duchowny zganił proceder oburzający wszystkich przyzwoitych chrześcijan. Mieli prawo być oburzeni, skoro Albrecht Hohenzollern dzięki potędze swego rodu objął stolicę biskupią i dwie arcybiskupie. Aby sprostać należnym kurii rzymskiej opłatom, rozkręcił akcję sprzedaży odpustów. Zaangażował bankierów, a z papieżem umówił się na podział zysków. Kazania naganiaczy w rodzaju dominikanina Johanna Tetzla, zawierające slogany typu „Gdy pieniądze w skrzynce brzęczą, dusze w czyśćcu się nie męczą”, budzą niesmak jeszcze dziś.

 

Czytaj także

Teksty historyczne

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną