Nagrody Historyczne Polityki 2014 przyznane

Dosiąść kobyłę dziejów
Nasza Nagroda Historyczna ma już historię 55-letnią. W maju 1959 r. POLITYKA opublikowała nazwiska pierwszych laureatów, wyróżnionych „w dziedzinie najnowszej historii Polski”.
Polityka

Kategoria: Pamiętniki i Wspomnienia. „Zajeździmy kobyłę historii. Wyznania poobijanego jeźdźca” (Wydawnictwo Iskry)
materiały prasowe

Kategoria: Pamiętniki i Wspomnienia. „Zajeździmy kobyłę historii. Wyznania poobijanego jeźdźca” (Wydawnictwo Iskry)

Kategoria: Źródła. „Grypsy z Konzentrationslager Auschwitz Józefa Cyrankiewicza i Stanisława Kłodzińskiego” (Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego)
materiały prasowe

Kategoria: Źródła. „Grypsy z Konzentrationslager Auschwitz Józefa Cyrankiewicza i Stanisława Kłodzińskiego” (Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego)

Kategoria: Prace Naukowe i Popularnonaukowe. „Gdańsk – miasto od nowa. Kształtowanie społeczeństwa i warunki bytowe w latach 1945–1970” Piotra Perkowskiego (wydawnictwo słowo/obraz terytoria)
materiały prasowe

Kategoria: Prace Naukowe i Popularnonaukowe. „Gdańsk – miasto od nowa. Kształtowanie społeczeństwa i warunki bytowe w latach 1945–1970” Piotra Perkowskiego (wydawnictwo słowo/obraz terytoria)

Nadając nagrodzie taką formułę, chcieliśmy pobudzić badania nad dziejami najnowszymi, przyciągnąć młodych badaczy do – jak to Amerykanie nazywają – current history. Granica tej najnowszej historii oczywiście się przesuwa. W latach 50. był nią początek XX w. Później – pierwsza wojna światowa, a zwłaszcza to, co się działo po Wersalu. Oczywiście trauma drugiej wojny musiała od pierwszej chwili znaleźć odbicie w dyskutowanych przez jury pracach, czego wyrazem było nagrodzenie w pierwszej edycji z 1959 r. „Dziennika z lat okupacji” Zygmunta Klukowskiego – dziś powszechnie uznanego i bardzo ważnego źródła z tej epoki.

Okres powojenny przez długi czas stanowił tabu: historia ocierała się o politykę, publikacje były narażone na ingerencje cenzury, dostęp do źródeł – utrudniony bądź niemożliwy. Skąd­inąd wiadomo, że w wielu archiwach świata obowiązuje okres karencyjny. Do tzw. teczek Sikorskiego, dokumentów związanych z tragedią gibraltarską – uzyskałem dostęp w Public Record Office w Londynie dopiero pierwszego dnia po upływie 30 lat po katastrofie, w lipcu 1973 r. (Zdaniem niektórych badaczy – wyselekcjonowane dokumenty dotyczące tej sprawy nadal zachowują klauzulę tajności).

Dostęp do teczek w Instytucie Pamięci Narodowej spowodował gwałtowne przyspieszenie w badaniu dziejów najnowszych. Więc zapewne sporo racji ma świetny historyk wrocławski prof. Marcin Wodziński, gdy stawia zarzut („Choroba krótkiej pamięci”, POLITYKA 17), że ogromna większość nagród historycznych w Polsce obejmuje zasięgiem tylko XX w. Nie ukrywam, że jeśli chodzi o naszą redakcję, nie chciałbym zmiany formuły. 55 lat – to już tradycja, która zobowiązuje. Może mnie pamięć myli, ale jest to najstarsza – funkcjonująca – nagroda historyczna w Polsce.

Przejdźmy wszakże do spraw aktualnych, czyli do procesu wyłaniania laureatów 2014 r. W dziale pamiętników i wspomnień nominowane były (POLITYKA 19) trzy pozycje, w tym dwa dzieła tworzone jako dzienniki, zapisy na gorąco: siedmiotomowy „Dziennik wypadków” Karola Estreichera młodszego (z lat 1939–84, wyd. Towarzystwo Sztuk Pięknych w Krakowie) i trzytomowe „Dzienniki” Janusza Zabłockiego (okres 1956–86, Instytut Pamięci Narodowej).

Nie muszę tłumaczyć, jaką wartość dla historyka mają dzienniki jako gatunek źródłowy. Zwłaszcza takie jak Estreichera, pisane – można by powiedzieć w sposób klasyczny – dla potomności. Autor chce je pozostawić przyszłym historykom i dlatego zastrzega sobie termin, po którym wolno będzie je opublikować. Estreicher odnotowuje niemal codziennie „wypadki”, jakie dostrzega – na arenie światowej, w swoim otoczeniu – „wypadki”, w jakich uczestniczy, a także warte zauważenia osoby. Zakłada, że nie będzie obiektywny w ocenie opisywanych postaci i rzeczywiście – dość często nie jest, ale zgryźliwość dodaje często uroku temu, co pisze. Zapiski Estreichera ułatwiają zrozumienie, dlaczego ludzie jego pokroju i formatu postanowili wrócić do Polski i aktywnie – w swojej dziedzinie – działać, mimo umacniania się ustroju, którego nie darzyli zaufaniem.

To świetnie, że „Dziennik wypadków” Karola Estreichera juniora został w końcu wydany. Szczególna w tym zasługa prezesa Towarzystwa Przyjaciół Sztuk Pięknych w Krakowie Zbigniewa Kazimierza Witka, redaktor Anny Marii Joniak i prof. Dariusza Matelskiego.

„Dzienniki” Janusza Zabłockiego, prominentnego działacza katolickiego, posła na Sejm w latach 1965–85, mają nieco inny charakter, bardziej polityczny i bardziej publicystyczny. Są ważnym źródłem informacji o realiach PRL, zwłaszcza o ówczesnych koncepcjach działania osób powiązanych z kierownictwem Kościoła. Zabłocki z racji pełnionych funkcji miał dostęp zarówno do kręgów władzy (spotykał się z partyjnymi decydentami, sporadycznie nawet z Gomułką i Gierkiem), jak i ważnych postaci ze środowiska kościelnego (odbywał m.in. regularne spotkania z prymasem Wyszyńskim).

Odnoszę wrażenie – zwłaszcza gdy zestawiam Estreichera z Zabłockim – że ten ostatni pisał mniej spontanicznie, bardziej się kontrolując. A także – może jestem niesprawiedliwy wobec zmarłego przed dwoma miesiącami autora – chyba z myślą, że swoje dzienniki opublikuje za życia (co zresztą uczynił). Różnica między pisaniem jedynie dla potomnych a pisaniem dla – również lub przede wszystkim – współczesnych jest ewidentna.

Czytaj także

Teksty historyczne

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną