Karol Modzelewski o prof. Aleksandrze Gieysztorze

Budowniczy nisz
Rozmowa z prof. Karolem Modzelewskim o prof. Aleksandrze Gieysztorze w jego setną rocznicę urodzin.
Aleksander Gieysztor (1916–99) – jeden z najwybitniejszych polskich historyków. W czasie wojny oficer AK. Od 1955 r. przez 20 lat dyrektor Instytutu Historycznego UW.
M. Stankiewicz/TVP/PAP

Aleksander Gieysztor (1916–99) – jeden z najwybitniejszych polskich historyków. W czasie wojny oficer AK. Od 1955 r. przez 20 lat dyrektor Instytutu Historycznego UW.

Karol Modzelewski (ur. 1937 r.) – historyk, działacz opozycji antykomunistycznej. Pierwszy rzecznik prasowy Solidarności i pomysłodawca nazwy związku.
Włodzimierz Wasyluk/EAST NEWS

Karol Modzelewski (ur. 1937 r.) – historyk, działacz opozycji antykomunistycznej. Pierwszy rzecznik prasowy Solidarności i pomysłodawca nazwy związku.

Joanna Cieśla: – Jak to się stało, że Aleksander Gieysztor został pańskim mistrzem?
Karol Modzelewski: – Zapisałem się na seminarium do prof. Gieysztora dlatego, że chciałem się zajmować średniowieczną historią Polski. Dlaczego średniowiecze? Pociągało mnie wyzwanie antropologiczne: trzeba przebić się przez mur odmienności, żeby z tamtą kulturą nawiązać kontakt. A poza tym przeczuwałem, że ktoś, kto się zajmuje historią XX w., ma cały czas za plecami komisarza politycznego. A ja chciałem być samodzielny. Ci, którzy pisali o średniowieczu, mieli większą swobodę. To pociągało m.in. Bronisława Geremka czy Henryka Samsonowicza.

A co wcześniej wiedział pan o profesorze?
Moje zainteresowanie historią pobudził podręcznik szkolny „Historia Polski do 1466 r.”, w którym pierwsze rozdziały są autorstwa Gieysztora. Odwoływał się nie do zdolności zapamiętywania dat i suchych informacji, lecz do zdolności rozumienia. Ale o samym Gieysztorze niewiele wiedziałem. Na początkowych seminariach na III roku zresztą się nie pojawiałem, bo to był rok 1956/57. Codziennie na godz. 14 jeździłem do FSO na Żeraniu – wtedy kończyła się tam pierwsza zmiana i można było podjąć dyskusję z robotnikami – pod auspicjami ZMP, a później ZMS. W każdym razie byłem zajęty sprawami ważniejszymi niż średniowiecze, tak mi się przynajmniej wydawało. No i kiedy pierwszy raz przyszedłem, Gieysztor na mnie spojrzał i powiedział: „O, pan Modzelewski! To może pan będzie chodził na seminarium?”. A ja odpowiedziałem, że to zależy od rozwoju sytuacji. Może brzmi to bezczelnie, ale ja chciałem dać precyzyjną odpowiedź. Nie wiem, co wtedy pomyślał. Traktowałem Gieysztora oczywiście z nabożną czcią, tak jak wszyscy inni na seminarium, ale dużo później poznałem historię jego życia. O najdramatyczniejszych zdarzeniach nigdy nie opowiadał mi sam. Robili to jego starsi uczniowie, przyjaciele.

Czy dziś włączyłby go pan w modny krąg żołnierzy wyklętych?
Nie. Nigdy nie walczył w lesie – choć był w strukturach państwa podziemnego. Widzę natomiast, że w jego życiorysie, tak jak w życiorysach pewnej grupy inteligencji tamtego pokolenia, zderzyły się tradycje romantyczna i pozytywistyczna. Odebrał wychowanie na mięso armatnie, jak mawiał mój teść, i doskonałe wykształcenie. Był na stypendium we Francji, gdy zaczęło się mieć ku wojnie. W sierpniu wrócił do Polski, bo miał przydział mobilizacyjny. W kampanii wrześniowej odniósł rany, ale dotarł do Warszawy. W 1940 r. jego uniwersytecki przełożony Tadeusz Manteuffel wciągnął go do Związku Walki Zbrojnej, przekształconego potem w Armię Krajową. Pełnił wysoką funkcję w Biurze Informacji i Propagandy. W 1944 r., kilka tygodni przed powstaniem, przeżył wielki szok związany z zamordowaniem przez Polaków Jerzego Makowieckiego i Ludwika Widerszala, z którymi współpracował w BIP.

Mogło to być jednym z najsilniej kształtujących go doświadczeń?
Najstarsi uczniowie Gieysztora, którzy otarli się o kręgi akowskie, mówili, że dla wszystkich to był okropny wstrząs – że wewnątrz środowiska państwa podziemnego możliwy był mord bratobójczy. Choć z drugiej strony dla ludzi z BIP już wcześniej było jasne, że skrajna prawica w polskiej konspiracji uważa środowisko bipowskie za demoliberalną zarazę skłonną do współpracy z bolszewikami, jeżeli oni przyjdą do Polski, więc trzeba ich wystrzelać zawczasu. Jako cyngla użyto Andrzeja Sudeczki i jego bojówki.

Drugim wstrząsem było spotkanie z Janem Nowakiem-Jeziorańskim, który pod koniec lipca dotarł z Londynu do Warszawy i przekazał dowództwu AK, że ewentualne powstanie w Warszawie nie może liczyć na wsparcie amerykańskich ani brytyjskich sojuszników. Na życzenie płk. Jana Rzepeckiego, szefa BIP, Nowak-Jeziorański poinformował o tym także trójkę oficerów, wśród nich Aleksandra Gieysztora.

Wiedział więc, że powstanie jest skazane na porażkę.
Nie mógł mieć złudzeń, choć walczył z determinacją, za którą otrzymał krzyż Virtuti Militari. Po powstaniu i pobycie w niewoli wrócił pieszo do Warszawy, z Witoldem Kulą i Janem Dobraczyńskim. Płk Jan Rzepecki wezwał go i mówi: „Poruczniku Borodzicz (to był pseudonim Gieysztora), Polska jęczy pod nowym okupantem; tworzymy nową organizację na miejsce AK – Wolność i Niezawisłość. Będzie pan szefem BIP”. Porucznik Borodzicz strzelił obcasami i powiedział: „Tak jest”. Po czym spotkał Tadeusza Manteuffla, który przekonał go: „Idź do Rzepeckiego i powiedz mu, że teraz nie będziemy robić żadnej partyzantki, tylko uniwersytet”.

W książkowej biografii Aleksandra Gieysztora nie ma opisu tego spotkania.
Ponieważ autorowi wydało się, że to zbyt brutalne. A ja uważam, że to dramat, a dramat nie znosi eufemizmów. Ostatecznie Rzepecki został aresztowany, zawarł układ z bezpieką i polecił Gieysztorowi zdać broń, dokumenty i wyprowadzić ludzi z podziemia do życia cywilnego i do pracy. Rzepecki uzyskał gwarancję od władz, że poza nim samym nikomu nic się nie stanie. Ale ta formuła Manteuffla dla mnie jest szczególnie ważna, dlatego że lapidarnie i dobitnie streszcza postawę środowiska, które postawiło na długotrwały program pozytywistyczny, na ochronę substancji – rozwój intelektualny i kulturalny ocalałych młodych ludzi, tworzenie nisz, w których mogli się kształcić. Zwłaszcza że nie sposób było racjonalnie oczekiwać jakiejś zbrojnej interwencji Zachodu w obronie polskiej suwerenności.

Pojawiały się wobec tego środowiska zarzuty konformizmu, że legitymizowali nowy porządek…
My sami, ich zbuntowani wychowankowie, początkowo uważaliśmy, że hasło ochrony substancji maskuje konformizm. Ale życie pokazało, jak byliśmy narwani i niesprawiedliwi. W marcu 1965 r. zostałem usunięty ze studiów doktoranckich i posadzony do kryminału wraz z Jackiem Kuroniem za „List otwarty do partii”. Gieysztor poszedł wtedy do Stanisława Walczaka, ministra sprawiedliwości i profesora Wydziału Prawa UW, i powiedział: „U pana jest mój doktorant. Ja mam obowiązki dydaktyczne wobec niego, pan rozumie. Prosiłbym o zezwolenie na widzenia i na korespondencję”.

O co w tym geście chodziło?
O zasadę. Właśnie o tę, że skoro jego i jego kolegów obowiązkiem jest ochrona substancji narodowej, a w tej glebie narodowej kultury ja byłem jedną z kiełkujących roślinek, to on ma sprawować nade mną opiekę. Powinien przynajmniej podjąć próbę, szczególnie kiedy dochodzi do kolizji z systemem. Gieysztor wiedział, że warunki w więzieniu nie pozwalają na to, by pisać pracę doktorską, że trzeba mieć dostęp do bibliotek.

Przyszedł do pana?
Raz, jeszcze na Mokotowie. Potem, gdy już przeniesiono mnie do Barczewa, przyjechał, ale nie został wpuszczony. Kilka godzin czekał przed zakładem karnym. Gomułka zakazał już wtedy pracy naukowej w kryminale. Ale Gieysztor znów poszedł do Walczaka i uknuli, jak ocyganić towarzysza Wiesława. Wpisano Gieysztora do mojej karty korespondencyjnej, z zastrzeżeniem „Bez ograniczeń”. Rodzina mogła do mnie pisać dwa razy w miesiącu list formatu A4, natomiast Gieysztor bez ograniczenia objętości i liczby. Pracować w więziennych warunkach i tak się nie dało. Ale wartością była ciągłość kontaktu. I świadomość, że profesorowie postawili na swoim.

Dlaczego to się udawało?
Zastanawiałem się często, dlaczego władze tak długo zdecydowały się pozwalać na tę względną swobodę intelektualistów. W latach 40., gdy główny problem stanowiło dla nich podziemie zbrojne, było to z pewnością racjonalne. Ale potem, w czasach stalinizmu? Młodych hunwejbinów, którzy się szykowali do ataku na starą kadrę uniwersytecką – tę bez partyjnych legitymacji, za to z akowskimi korzeniami – było sporo. O tym, że na historii ta stara kadra została, chyba przesądził Bierut. Na głośną konferencję otwocką na przełomie 1951 i 1952 r. przyjechał Borys Grekow, największy autorytet w kwestiach mediewistyki w ZSRR. Podobno powiedział Bierutowi, że Aleksander Gieysztor to jest wybitny historyk średniowiecza, i gratuluje, że Polska takiego ma. I że również znaczący, z tego, co słyszał, jest Tadeusz Manteuffel. Po tej konferencji nikogo nie ruszono. Krótko później umarł Stalin, potem zaczęła się odwilż, potem wprowadzono autonomię szkolnictwa wyższego, która trwała do listopada 1968 r.

W ostatnim wywiadzie przed śmiercią, udzielonym „Gazecie Wyborczej”, profesor mówił, że być może przed represjami uratowały go zainteresowania naukowe – badania średniowiecza, przygotowanie obchodów 1000-lecia państwa polskiego. Miał świadomość, że to podobało się władzom.
Ale sam też słusznie dostrzegał w tej sytuacji okazję do rzetelnej i profesjonalnej pracy naukowej. To była niepowtarzalna możliwość, by uzyskać materialne wsparcie dla ogromnego programu badań archeologicznych; wykopaliska są bardzo kosztowne, trzeba dokładnie przesiać każdą drobinkę ziemi. Taki program badań archeologicznych w innych okolicznościach niż Millennium nigdy by się nie doczekał dofinansowania.

Teksty historyczne

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną