Kraj

Polityka, koguty i inne zwierzęta

Polska dalej śni o potędze

Polska Polska Igor Morski / Polityka
To dopiero będzie dobra zmiana, gdy zostaniemy sami na tym łez padole, ewentualnie z hodowlą na mięso i futra.

Zdarzyło się, że 13 lutego byłem w Warszawie. Akurat zbliżała się międzynarodowa konferencja bliskowschodnia. Posiedzenie, w którym uczestniczyłem, skończyło się ok. 16:40. Wraz z dwójką innych uczestników poszliśmy na przystanek autobusowy położony na rogu Krakowskiego Przedmieścia i Miodowej. Teren wokół Zamku Królewskiego był ogrodzony, było na nim sporo policjantów, słychać było syreny i widać pulsujące niebieskie koguty na samochodach stróżów porządku ulicznego. Normalka, uznałem, ponieważ przyjechały rozmaite VIP-y, a więc trzeba zorganizować dla nich należytą ochronę. Ruch pieszych odbywał się z niewielkimi utrudnieniami spowodowanymi zawężeniem ulic – z samochodowym było znacznie gorzej, ale to nie dziwiło w sytuacji podwyższonej gotowości.

Na przystanku dyżurowali pracownicy MZK. Nie bardzo wiedzieli, jak zmieniono trasy autobusów i jak dojechać do Warszawy Centralnej – nie wiedzieli, kiedy normalny ruch zostanie przywrócony. Wyjaśnili, że rozmaite segmenty miasta są zamykane i otwierane dla transportu publicznego i prywatnego, a dzieje się to bez uprzedzenia.

Czytaj także: Warszawska konferencja nam w Unii mocno nie zaszkodzi

Joachim Brudziński organizuje ruch w Warszawie

W tej sytuacji wsiedliśmy do autobusu dojeżdżającego do przystanku na skrzyżowaniu Nowego Światu i Alei Jerozolimskich. I wtedy zaczęło się prawdziwe pandemonium dźwiękowo-świetlne. Radiowozy poruszały się we wszystkich kierunkach ulicy, włącznie ze skośnymi, intensywnie emitując kogucie pulsujące blaski i wyjąc syrenami w maksymalnej skali. Gdzieś na wysokości Chmielnej autobus stanął. Po 10 min kierowca wypuścił pasażerów i okazało się, że sznur autobusów sięga miejsca, w którym zamierzaliśmy wysiąść. Na dworzec poszliśmy już piechotą, z zaciekawieniem obserwując to, się co działo. Zobaczyliśmy (aż) dwa vipowskie konwoje, w składzie: radiowóz, dwie limuzyny, mikrobus, radiowóz. Jeden mknął Marszałkowską w kierunku Alei Jerozolimskich, a drugi pędził Alejami w kierunku Marszałkowskiej.

Każdy, kto zna Warszawę, dobrze wie, że zamknięcie skrzyżowań Alei Jerozolimskich z Nowym Światem i Marszałkowską powoduje całkowity paraliż centrum miasta. A przecież łatwo wytyczyć inne trasy, którymi mogą poruszać się ważne kolumny bez zbytniego utrudniania ruchu. Najwyraźniej p. Brudziński, bo to zapewne on wyreżyserował kogucio-dźwiękowy spektakl, chciał pokazać gościom konferencji, jacy to jesteśmy sprawni w organizowaniu bezpiecznego przejazdu politycznym ważniakom, a suwerenowi uzmysłowić, kto tutaj i jak rządzi. Chyba jednak nieco przesadził, bo pokazał, że jego szczytowym osiągnięciem była rola suflera dla pewnego dzisiaj ważnego polityka, który wołał: „Cała Polska z was się śmieje”, a p. Brudziński uzupełniał: „komuniści i złodzieje”. Ponoć wybiera się do Parlamentu Europejskiego, ale tylko na okres zaraz powyborczy, a potem ma wrócić.

Kolejne odcinki afery polsko-izraelskiej

Konferencja bliskowschodnia została ogłoszona wielkim sukcesem Polski już ex ante, natomiast była raczej klapą, chociaż odbywała się w blasku kogutów. Pozostało po niej trochę okolicznościowych zdjęć, kronika paru spotkań dyplomatycznych i nieco pohukiwań w stosunku do Iranu. Po mniej więcej tygodniu wydarzenie odeszło w cień zapomnienia. Mamy więc kolejne osiągnięcie dyplomatyczne po np. nawiązaniu stosunków z San Escobar, zwycięstwem 1:27 w batalii o stanowisko przewodniczącego Rady Europy czy wprowadzeniu w życie ustawy o IPN. Promotorzy tych spektakularnych dokonań, mianowicie pan Waszczykowski, pani Szydło, pan Saryusz-Wolski i p. (nie byle) Jaki (niewykluczone, że nadal bezpartyjny) dalej brylują w politycznych salonach – wszyscy kandydują do PE, zapewne na całą kadencję. Towarzyszą im m.in. p. Zalewska (została szkołę murowaną, a zostawia – zdezorganizowaną) i p. Kempa (tej matrony nie trzeba reklamować). Nie ma wątpliwości, że dadzą radę.

Byłoby jednak błędem sądzić, że konferencja bliskowschodnia nie przyniosła żadnych skutków. Najważniejszym okazał się niejako czynnik uboczny w postaci kolejnej afery polsko-izraelskiej. Kolejność wydarzeń była taka. Pan Netanjahu coś powiedział o kolaboracji Polaków z Niemcami w czasie II wojny światowej, językowa obsługa rządu nie bardzo wiedziała, jak to przetłumaczyć z hebrajskiego, a więc skorzystała z angielskiej wersji opublikowanej w „Jerusalem Post” i uznała, że premier Izraela mówił o wszystkich Polakach.

Rząd oburzył się, ale p. Azari (ambasador Izraela w Polsce) wyjaśniła, że p. Netanjahu miał na myśli tylko niektórych Polaków, a rzeczona gazeta zamieściła sprostowanie, i to na życzenie izraelskiego przywódcy. Gdy wydawało się, że jest po sprawie, p. Morawiecki zaczął oczekiwać oficjalnego wyjaśnienia ze strony p. Netanjahu. Ponieważ nie nastąpiło, polski premier postanowił nie pojechać na spotkanie Grupy Wyszehradzkiej do Jerozolimy i wysłać tam p. Czaputowicza. Wtedy odezwał się p. Katz, p.o. izraelskiego ministra spraw zagranicznych, i wypowiedział znane słowa o antysemityzmie Polaków wyssanych z mlekiem matki. Obrażona strona polska zrezygnowała z udziału w jerozolimskim spotkaniu, zostało ono zastąpione dwustronnymi konsultacjami. Pan Orbán miał powiedzieć: „Lepiej, gdyby przyjechali”, a więc dość lekceważąco jak na najwierniejszego z wiernych sojuszników procesu dobrej zmiany.

Niespełniony sen o polskiej potędze

Ciekawe jest, że p. Netanjahu powiedział mniej więcej to samo, co rzekł p. Morawiecki w trakcie odpowiedzi na pytania p. Bergmana (dziennikarza amerykańskiego) w Monachium (przypomnę: „there were Polish perpetrators”), a p. Katz też niczego nowego nie zapodał. Oczywiście, polityk nie powinien wypowiadać się w takim tonie, jak to uczynił p. Katz. Kluczowy wydaje się fakt, że strona polska nagle zmieniła front i zamiast uznać wyjaśnienie p. Azari za kończące całą sprawę, zaczęła eskalować konflikt, a p. Katz dolał oliwy do ognia.

Nasuwają się (co najmniej) dwa wyjaśnienia sprawy. Po pierwsze, strona polska znalazła pretekst do swoistego odwetu za fiasko ustawy o IPN i postanowiła pokazać, jak broni narodowego honoru – p. Katz to znakomicie ułatwił. Kontekstem są zbliżające się wybory w Polsce – jakoż stanowisko p. Morawieckiego i jego pomocników spotkało się z uznaniem rodzimej prawicy. Po drugie, mogłoby też być tak, że pp. Morawiecki i Netanjahu porozumieli się, że obie strony uskutecznią werbalną zawieruchę, której skutkiem będzie wzmocnienie prawicy w obu krajach przed wyborami, także w Izraelu. Prasa donosi, że cały konflikt już wzmocnił prawicę w obu państwach. Niewykluczone, że Wuj Sam, czyli USA, patronował całej aferze właśnie z uwagi na izraelskie wybory. Pani Mosbacher, ambasador USA, już usilnie namawia do zgody, o wypowiedzi Netanjahu już właściwie się nie mówi, pozostały jedynie słowa p. Katza, ale to w końcu drobnostka. I to też żadna nowina, podobnie jak to, że nie żałuje swoich słów.

Pan Szczerski (od niedawna profesor belwederski), odpowiedzialny w kancelarii prezydenta za politykę zagraniczną, rzecz tak skomentował: „Od samego początku pomysł organizowania posiedzenia Grupy Wyszehradzkiej w Jerozolimie w czasie szczytu kampanii wyborczej w Izraelu był obarczony ryzykiem. On mógłby się udać tylko wtedy, kiedy strona przyjmująca rozumiałaby, że jest to gest wobec niej. Jeżeli strona przyjmująca nie rozumie, że sam fakt organizacji tego posiedzenia w Jerozolimie w tym czasie jest gestem ze strony Grupy Wyszehradzkiej i nie przygotowuje czerwonego dywanu dla przyjeżdżających tam przywódców, to znaczy, że nie zrozumiała ryzyka, jakim było obarczone te spotkanie”.

Nie wiadomo, czy śmiać się, czy płakać. W gruncie rzeczy p. Szczerski winien dodać, że strona izraelska winna przygotować także lektyki, a przynajmniej jedną dla p. Morawieckiego. Jego otoczenie (słowami p. Dworczyka) zapewnia, że Polska jest najważniejszym partnerem Izraela w Europie. I tak postępuje kolejny niespełniony sen o potędze kraju między Odrą i Wisłą, inscenizowany w splendorze niebieskich świateł z radiowozów.

Bez zwierząt na polskim łez padole

Nie tak dawno pisałem o odstrzale dzików. Jedną z tez było to, że cała akcja jest bardziej na pokaz niż w celu rzeczywistej walki z ASF. I okazało się, że właśnie taki był cel. W końcu grudnia p. Kowalczyk, minister od środowiska, miał spotkanie w sprawie dzików. Pani Golińska, jego zastępczyni, zaczęła tak: „Jeżeli ktoś nagrywa dzisiejsze spotkanie, proszę, żeby nie nagrywał. Będę mówiła różne rzeczy i wolałabym, żeby one nie wypłynęły do przestrzeni publicznej”.

Po tym obiecującym początku p. Kowalczyk poinformował, że spotkanie odbywa się w trybie pilnym i oznajmił: „Na obecną chwilę, pomijając wszystko inne, to te polowania wielkoobszarowe, myślę, że jest to czas, kiedy trzeba to robić. To jest taki moment do końca lutego. Wobec tego ja miałbym taki apel, a właściwie nawet zalecenie, żeby we wszystkich okręgach organizować te polowania wielkoobszarowe, a szczególnie bardzo intensywne na strefach objętych ASF. (...) Jeśli takich polowań wielkopowierzchniowych nie zorganizujemy, to nawet nie mamy argumentu, by powiedzieć rolnikom, że zrobiliśmy wszystko, co jest możliwe”.

A wcześniej dobrotliwie przekonywał, że polowania wielkoobszarowe będą ograniczone do obszarów zagrożonych afrykańskim pomorem świń. Nagrano też budujące wypowiedzi uczestników spotkania z p. Kowalczykiem, głównie myśliwych, np.: „»Od początku ASF – 2014 r. – zaje...my półtora miliona dzików« – zauważył jeden z dzielnych strzelców, a drugi uzupełnił: »Ja pier… To są same polowania. Jak dołożysz do tego sanitarne, to myślę, jest tego dużo więcej. Ile tego jest nierejestrowane?«”. Urocze, nieprawdaż?

Postęp jest widoczny, bo p. Szyszko, poprzednik p. Kowalczyka, nie ukrywał, że lubi sobie postrzelać dla przyjemności i w celu właściwego kształcenia wnucząt. Obecny główny ochroniarz środowiska bierze pod uwagę ważny interes społeczny, aczkolwiek bardziej na pokaz niż rzeczywiście. Niegdyś ogłosił, że formalnie będziemy chronić zagrożone gatunki, ale tak naprawdę to nie ma co kłopotać się tym w praktyce. Rozprawimy się mianowicie z tymi wszystkimi gadami (w metaforycznym sensie), które wchodzą w konflikt z człowiekiem, np. łosiami czy fokami. Zaje…my je do ostatniego, aby uczynić sobie ziemię poddaną. To dopiero będzie dobra zmiana, gdy zostaniemy sami na tym łez padole, ewentualnie z hodowlą na mięso i futra.

Czytaj także: Minister środowiska zlecił intensywny odstrzał dzików

„Co by tu jeszcze spieprzyć”

Powszechnie zwraca się uwagę na to, że nie dziki są główną przyczyną rozprzestrzeniania się wirusa AFS, ale stan sanitarny polskiego rolnictwa. Dwa tygodnie temu napisałem: „Okazało się, że jedna (tylko?) rzeźnia ubijała chore krowy i przekazywała je do produkcji mięsa, trafiającego potem do polskich konsumentów i na eksport”. Dodatek „tylko?” okazał się zbędny. Chore mięso trafiło z rodzimych rzeźni do wielu krajów, a w związku z tym importerzy mięsa z Polski domagają się kontroli w 800 ubojni.

Zeźlili się także bracia Czesi. Pan Ardanowski, obecny szef gospodarki rolnej, i jego dzielni urzędnicy zapowiadają, że w rewanżu czeskie piwo zostanie poddane polskiej kontroli sanitarnej. Słusznie, nawarzyli piwa, niech je wypiją. A stadnina w Janowie odnotowała w przeciągu kilku lat kolosalny sukces, mianowicie od 3 mln zł zysku do 1,5 mln strat. Co by tu jeszcze spieprzyć? – oto jest pytanie.

Reklama

Czytaj także

Ludzie i style

Jak amerykańskie flippery z Francji do Polski trafiły

Flippery, czyli zręcznościowe, elektromechaniczne maszyny do grania, były kiedyś obowiązkowym elementem wyposażenia w barach, hotelach i... nocnych klubach. O ich losach opowiada Marek Jasicki, który importował je z Francji do Polski.

Łukasz Dziatkiewicz
15.09.2019
Reklama