Kraj

Miało być szybciej. Fatalny efekt „reformy” Ziobry

Minister sprawiedliwości Zbigniew Ziobro Minister sprawiedliwości Zbigniew Ziobro Kancelaria Prezesa RM
Zbigniew Ziobro to najdłużej urzędujący minister sprawiedliwości w III RP. Zajmuje stanowisko już szósty rok. I „reformuje” sądownictwo. Wizytówką tych działań może być Sąd Rejonowy w Sulęcinie.

Prezes PiS Jarosław Kaczyński w jednym z ostatnich wywiadów stwierdził, że wymiar sprawiedliwości „w tej chwili działa fatalnie”. Wiadomo, on mówi tak, bo Ziobro jako koalicjant mu bruździ, nie głosuje razem z PiS i rozbija Prawicę Niegdyś Zjednoczoną. Jak naprawdę działa wymiar sprawiedliwości po ponad pięciu latach rządów obecnego ministra?

Czytaj też: Bezprawie w pandemii. Dlaczego PiS wciąż to robi?

Krótka historia z sądu w Sulęcinie

Mniej więcej w tym samym czasie, kiedy ukazał się wywiad prezesa-wicepremiera Kaczyńskiego, ukazało się wystąpienie Rzecznika Praw Obywatelskich skierowane do ministra sprawiedliwości w sprawie Sądu Rejonowego w Sulęcinie. A konkretnie w sprawie jego Wydziału Cywilnego. Okazuje się, że praktycznie przestał działać, bo decyzją resortu zabrano z niego jedną trzecią sędziów. To znaczy jednego, bo wszystkich było tam trzech.

Chodzi o Sebastiana Petlika, prezesa Sądu Rejonowego w Sulęcinie i przewodniczącego Wydziału Cywilnego tamże. Został 1 stycznia 2021 r. delegowany do Sądu Okręgowego w Gorzowie Wielkopolskim, gdzie prezesem jest Jarosław Dudzicz. Petlik trzy lata temu podpisał się Dudziczowi na liście poparcia do tworzonej przez PiS neo-KRS. Dudzicz został jej członkiem, a część osób, które go poparły, awansowały. Tak to teraz działa. Prezes Sądu Rejonowego w Sulęcinie jest delegowany do Gorzowa, gdzie lepiej płacą, a pracy jest raczej mniej. Za to prestiż większy, a sędzia i tak zachowuje tytuł i pieniądze za bycie prezesem.

Do tego zostawił sprawy, które sądził w macierzystym wydziale. Przeszły na dwóch pozostałych sędziów. Jednemu nakazano być p.o. przewodniczącego, a drugiemu – p.o. zastępcy przewodniczącego. Ale już bez należnych dodatków za to i oczywiście bez należnego zmniejszenia pensum, czyli liczby przydzielanych spraw. Przeciwnie, spraw mają więcej, bo zostało ich dwóch, a muszą robić za trzech.

Sędziowie nie wyrazili zgody na przejęcie obowiązków przewodniczącego i wiceprzewodniczącego, co w ogóle nie obeszło prezesa, który udał się do nowych, lepiej płatnych obowiązków. Więc sędziowie poszli krok dalej, udali się na urlopy dla poratowania zdrowia.

Czytaj też: Jak naprawić sądy po PiS? Opozycja ma projekt

Wymiana kadr, rąk do pracy brakuje

To obrazek rodzajowy, ale czy wyjątkowy? Zbigniew Ziobro przeprowadził szeroko zakrojoną „reformę” kadrową, wymieniając prezesów sądów i dokonując licznych delegacji, w wyniku czego (podobnie zresztą jest w prokuraturze) brakuje rąk do pracy w sądach rejonowych. Na dodatek awansowano często osoby o niewielkim doświadczeniu i osiągnięciach (dzięki nowym przepisom np. prezesem sądu okręgowego czy apelacyjnego został sędzia sądu rejonowego).

Swego czasu głośna była historia jednego z takich „złotych dzieci”. Chodzi o sędziego Sądu Okręgowego w Lublinie Jerzego Daniluka, delegowanego do Sądu Apelacyjnego w tym samym mieście (na funkcję wiceprezesa ze stosownymi apanażami). Zażyczył sobie dodatku mieszkaniowego, ale nie było do niego podstawy prawnej, bo nadal orzekał w Lublinie. Więc za zgodą wiceministra sprawiedliwości Łukasza Piebiaka miano go delegować do Sądu Okręgowego w Siedlcach. Według dziennikarzy TVN24 to była delegacja tylko „na papierze”. Dostał dodatek, nie przedstawiając dowodu, że wynajął mieszkanie w Siedlcach. Nie miał po co, bo system losujący nigdy mu tam sprawy nie przydzielił.

Słynna była też historia członka neo-KRS Dariusza Drajewicza, którego delegowano z Sądu Rejonowego dla Warszawy Mokotowa do Sądu Okręgowego w Warszawie, uczyniwszy przy tym wiceprezesem ds. karnych. Sędziowie SO w stolicy nie widzieli go na oczy, prezeska Joanna Bittner zwolniła go od orzekania, on zaś dostał kolejną delegację – do Sądu Apelacyjnego w Warszawie.

Czytaj też: 13 sędziów wezwanych przez prokuraturę. „Presja i zastraszanie”

Niespotykana władza Ziobry

Między innymi z takich roszad zlepiony jest system wymiaru sprawiedliwości „zreformowany” przez Ziobrę. Efekt? Z najnowszych danych pozyskanych z ministerstwa przez projekt „Ciekawe Liczby” Alicji Defratyki wynika, że między 2011 a 2020 r. średni czas postępowania w sądach rejonowych wydłużył się o trzy miesiące (z 3,9 do 6,9 miesiąca), w sądach okręgowych – również o trzy (z siedmiu do dziesięciu). Natomiast tylko za rządów PiS między 2015 a 2020 r. średni czas postępowania globalnie wydłużył się o 67 proc. – z około czterech do siedmiu miesięcy.

To są realne, mierzalne „sukcesy” zmian w wymiarze sprawiedliwości za rządów Zbigniewa Ziobry. Jest on nie tylko najdłużej w III RP urzędującym ministrem sprawiedliwości, ale też ministrem, który ma niespotykaną dotąd władzę nad sądami. Nie tylko może mianować i odwoływać dyrektorów sądów, którzy zarządzają pieniędzmi i organizacją administracji, ale też mógł wymienić dowolnie prezesów i wiceprezesów wszystkich sądów. Ma pełną swobodę w ich powoływaniu, nie wiąże go negatywna opinia kolegium sądu. Może ich też odwołać wbrew woli kolegium przed końcem kadencji, jeśli dostanie zgodę (dwie trzecie głosów) neo-KRS, gdzie zasiadają osoby, do których kariery się przyczynił.

Wreszcie: może doprowadzić do uchwalenia dowolnych przepisów dotyczących sędziów i sądownictwa, co nieraz pokazał. Może wszystko. I takie ma wyniki.

Jan Woleński: Bezprawie, czyli paliwo rządów PiS

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Społeczeństwo

Mama transpłciowego dziecka: Mój syn czuje, że w Polsce jest nikim

Nie czarujmy się, że Polki i Polacy na pstryknięcie palcami zrozumieją, co to znaczy transpłciowość. Ale Pawłowicz i Kaczyński paradoksalnie przyczyniają się do edukacji społeczeństwa – mówi Ewelina Słowińska, mama Saszy, aktywistka fundacji Trans-Fuzja.

Mateusz Witczak
12.04.2021
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną