Prenumerata na trudne czasy.

6 miesięcy za 99 zł.

Subskrybuj
Kraj

Miało być szybciej. Fatalny efekt „reformy” Ziobry

Minister sprawiedliwości Zbigniew Ziobro Minister sprawiedliwości Zbigniew Ziobro Kancelaria Prezesa RM
Zbigniew Ziobro to najdłużej urzędujący minister sprawiedliwości w III RP. Zajmuje stanowisko już szósty rok. I „reformuje” sądownictwo. Wizytówką tych działań może być Sąd Rejonowy w Sulęcinie.

Prezes PiS Jarosław Kaczyński w jednym z ostatnich wywiadów stwierdził, że wymiar sprawiedliwości „w tej chwili działa fatalnie”. Wiadomo, on mówi tak, bo Ziobro jako koalicjant mu bruździ, nie głosuje razem z PiS i rozbija Prawicę Niegdyś Zjednoczoną. Jak naprawdę działa wymiar sprawiedliwości po ponad pięciu latach rządów obecnego ministra?

Czytaj też: Bezprawie w pandemii. Dlaczego PiS wciąż to robi?

Krótka historia z sądu w Sulęcinie

Mniej więcej w tym samym czasie, kiedy ukazał się wywiad prezesa-wicepremiera Kaczyńskiego, ukazało się wystąpienie Rzecznika Praw Obywatelskich skierowane do ministra sprawiedliwości w sprawie Sądu Rejonowego w Sulęcinie. A konkretnie w sprawie jego Wydziału Cywilnego. Okazuje się, że praktycznie przestał działać, bo decyzją resortu zabrano z niego jedną trzecią sędziów. To znaczy jednego, bo wszystkich było tam trzech.

Chodzi o Sebastiana Petlika, prezesa Sądu Rejonowego w Sulęcinie i przewodniczącego Wydziału Cywilnego tamże. Został 1 stycznia 2021 r. delegowany do Sądu Okręgowego w Gorzowie Wielkopolskim, gdzie prezesem jest Jarosław Dudzicz. Petlik trzy lata temu podpisał się Dudziczowi na liście poparcia do tworzonej przez PiS neo-KRS. Dudzicz został jej członkiem, a część osób, które go poparły, awansowały. Tak to teraz działa. Prezes Sądu Rejonowego w Sulęcinie jest delegowany do Gorzowa, gdzie lepiej płacą, a pracy jest raczej mniej. Za to prestiż większy, a sędzia i tak zachowuje tytuł i pieniądze za bycie prezesem.

Do tego zostawił sprawy, które sądził w macierzystym wydziale. Przeszły na dwóch pozostałych sędziów. Jednemu nakazano być p.o. przewodniczącego, a drugiemu – p.o. zastępcy przewodniczącego. Ale już bez należnych dodatków za to i oczywiście bez należnego zmniejszenia pensum, czyli liczby przydzielanych spraw. Przeciwnie, spraw mają więcej, bo zostało ich dwóch, a muszą robić za trzech.

Sędziowie nie wyrazili zgody na przejęcie obowiązków przewodniczącego i wiceprzewodniczącego, co w ogóle nie obeszło prezesa, który udał się do nowych, lepiej płatnych obowiązków. Więc sędziowie poszli krok dalej, udali się na urlopy dla poratowania zdrowia.

Czytaj też: Jak naprawić sądy po PiS? Opozycja ma projekt

Wymiana kadr, rąk do pracy brakuje

To obrazek rodzajowy, ale czy wyjątkowy? Zbigniew Ziobro przeprowadził szeroko zakrojoną „reformę” kadrową, wymieniając prezesów sądów i dokonując licznych delegacji, w wyniku czego (podobnie zresztą jest w prokuraturze) brakuje rąk do pracy w sądach rejonowych. Na dodatek awansowano często osoby o niewielkim doświadczeniu i osiągnięciach (dzięki nowym przepisom np. prezesem sądu okręgowego czy apelacyjnego został sędzia sądu rejonowego).

Swego czasu głośna była historia jednego z takich „złotych dzieci”. Chodzi o sędziego Sądu Okręgowego w Lublinie Jerzego Daniluka, delegowanego do Sądu Apelacyjnego w tym samym mieście (na funkcję wiceprezesa ze stosownymi apanażami). Zażyczył sobie dodatku mieszkaniowego, ale nie było do niego podstawy prawnej, bo nadal orzekał w Lublinie. Więc za zgodą wiceministra sprawiedliwości Łukasza Piebiaka miano go delegować do Sądu Okręgowego w Siedlcach. Według dziennikarzy TVN24 to była delegacja tylko „na papierze”. Dostał dodatek, nie przedstawiając dowodu, że wynajął mieszkanie w Siedlcach. Nie miał po co, bo system losujący nigdy mu tam sprawy nie przydzielił.

Słynna była też historia członka neo-KRS Dariusza Drajewicza, którego delegowano z Sądu Rejonowego dla Warszawy Mokotowa do Sądu Okręgowego w Warszawie, uczyniwszy przy tym wiceprezesem ds. karnych. Sędziowie SO w stolicy nie widzieli go na oczy, prezeska Joanna Bittner zwolniła go od orzekania, on zaś dostał kolejną delegację – do Sądu Apelacyjnego w Warszawie.

Czytaj też: 13 sędziów wezwanych przez prokuraturę. „Presja i zastraszanie”

Niespotykana władza Ziobry

Między innymi z takich roszad zlepiony jest system wymiaru sprawiedliwości „zreformowany” przez Ziobrę. Efekt? Z najnowszych danych pozyskanych z ministerstwa przez projekt „Ciekawe Liczby” Alicji Defratyki wynika, że między 2011 a 2020 r. średni czas postępowania w sądach rejonowych wydłużył się o trzy miesiące (z 3,9 do 6,9 miesiąca), w sądach okręgowych – również o trzy (z siedmiu do dziesięciu). Natomiast tylko za rządów PiS między 2015 a 2020 r. średni czas postępowania globalnie wydłużył się o 67 proc. – z około czterech do siedmiu miesięcy.

To są realne, mierzalne „sukcesy” zmian w wymiarze sprawiedliwości za rządów Zbigniewa Ziobry. Jest on nie tylko najdłużej w III RP urzędującym ministrem sprawiedliwości, ale też ministrem, który ma niespotykaną dotąd władzę nad sądami. Nie tylko może mianować i odwoływać dyrektorów sądów, którzy zarządzają pieniędzmi i organizacją administracji, ale też mógł wymienić dowolnie prezesów i wiceprezesów wszystkich sądów. Ma pełną swobodę w ich powoływaniu, nie wiąże go negatywna opinia kolegium sądu. Może ich też odwołać wbrew woli kolegium przed końcem kadencji, jeśli dostanie zgodę (dwie trzecie głosów) neo-KRS, gdzie zasiadają osoby, do których kariery się przyczynił.

Wreszcie: może doprowadzić do uchwalenia dowolnych przepisów dotyczących sędziów i sądownictwa, co nieraz pokazał. Może wszystko. I takie ma wyniki.

Jan Woleński: Bezprawie, czyli paliwo rządów PiS

Więcej na ten temat
Reklama
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną