Oferta na pierwszy rok:

4 zł/tydzień

SUBSKRYBUJ
Osoby czytające wydania polityki

Wiarygodność w czasach niepewności

Wypróbuj za 24,99 zł!

Subskrybuj
Kraj

Kaczyński, ambasada Niemiec, kot i spot. Polski internet się zatrząsł. Ze śmiechu

Dzwoni Kanclerz Niemiec. Najnowszy spot PiS Dzwoni Kanclerz Niemiec. Najnowszy spot PiS Twitter
Domniemanie, że widzowie tej reklamówki politycznej na serio potraktują insynuację, że rząd Donalda Tuska podniósł wiek emerytalny „na rozkaz Angeli Merkel”, świadczy o tym, że zarówno jej twórcy, jak i sam Jarosław Kaczyński mają swoich zwolenników za kompletnych idiotów.

„Nie kompromituj się! (...) Czasami mam wrażenie, że jedyną poważną istotą w twoim otoczeniu jest kot” – tak Donald Tusk zareagował na kuriozalny spot PiS z Kaczyńskim i jego kotem w rolach głównych. Rzeczywiście, tego się nie da „odzobaczyć”. To jest taki „kosmos”, że chyba zapisze się w niewiarygodnej historii najbardziej chamskiego „spinu”, jaki cyniczni spece od „marketingu politycznego” za ciężkie (i pochodzące z naszych podatków) pieniądze sprzedają głupim politykom, przeświadczonym, że sztuka bezwarunkowego cynizmu jest właśnie tą magiczną umiejętnością, która zapewnia władzę nad maluczkimi.

Internet zatrząsł się ze śmiechu

Niechaj więc będzie to (dla potomności) zapisane tak, jak oczy to widziały i uszy słyszały. Oto telefon z biura ambasadora Niemiec w Warszawie. Rozlega się dzwonek. Kot prezesa zaniepokojony. W swoim mieszkaniu telefon odbiera sam Jarosław Kaczyński. Odzywa się głos mężczyzny mówiącego w sposób, w jaki Polak nieudolnie naśladuje niemiecki akcent: „Guten Tag. Ja dzwonię z ambasady Niemiec i chciałbym połączyć z kanclerzem w sprawie waszego Rentenalter, to jest wieku emerytalnego w Polsce. Otóż uważamy, że powinien być taki, jak za pana premiera Tuska”. Na co matowym i drętwym głosem Pierwszy Patriota RP odpowiada: „Proszę przeprosić pana kanclerza, ale to Polacy w referendum zdecydują w tej sprawie. Nie ma już Tuska i te zwyczaje się skończyły”. Trzask! Kaczyński przerywa rozmowę.

Cały polski internet się zatrząsł. Ze śmiechu. Nikt nie zliczy dowcipów, memów i przeróbek, które znani (jak Radosław Sikorski) i całkiem nieznani żartownisie sprokurowali w ciągu paru godzin tytułem (przepraszam za słowo) „beki” z Kaczyńskiego. Zaiste nawet przy kasie w sklepie spożywczym mówiący o cenach kurczaka i masła nie był Kaczyński tak żałosny jak tym razem. I choć długo można by przytaczać haniebne, śmieszne i żenujące, a przede wszystkim głupie wypowiedzi „nadwicepremiera”, to w tym filmiku jest coś wyjątkowego. I pewnie dlatego bije wszelkie rekordy popularności w sieci. Przypuszczalnie w ciągu dwóch, trzech dni obejrzy go większość Polaków. Czy z dobrym skutkiem dla PiS? Można w to wątpić.

Ten spot reklamujący propagandowe referendum nielegalnie powiązane z wyborami parlamentarnymi jest przede wszystkim groteskowy i hucpiarski. A jak coś jest takie, to zwykle się to przemilcza. Tak po prostu – ze wstydu i zażenowania. Jednakże tej akurat farsy bez komentarza pozostawić nie wolno. I to z kilku powodów. Najbardziej oczywisty jest taki, że najwyraźniej kierownictwo PiS całkowicie uzależniło się od cynicznych doradców, dając świadectwo własnego zepsucia, lecz również naiwności. Na to właśnie zwrócił uwagę w swym komentarzu Donald Tusk. Domniemanie, że widzowie tej reklamówki politycznej na serio potraktują insynuację, że rząd Donalda Tuska podniósł wiek emerytalny „na rozkaz Angeli Merkel” (jak ujął to w swoim wpisie na komunikatorze X Przemysław Czarnek), świadczy o tym, że zarówno jej twórcy, jak i sam Jarosław Kaczyński mają swoich zwolenników za kompletnych idiotów.

Polityka nienawiści wobec Niemiec

To, że PiS pogardza swoim elektoratem, karmiąc go obietnicami socjalnymi na zmianę z ksenofobią, to nic nowego. Ale to jest tylko sprawa wewnętrzna. O tym nie mówi się za granicą i prawie nikogo to tam nie obchodzi. Natomiast fakt, że polskie władze – i to w osobach swych najbardziej prominentnych przedstawicieli, łącznie z premierem i wicepremierem – od lat prowadzą otwartą kampanię nienawiści w stosunku do sąsiedniego państwa, i to państwa o kluczowym znaczeniu dla dobrobytu i bezpieczeństwa Polski, jest nie tylko skandalem, lecz po prostu zdradą polskiej racji stanu.

Jarosław Kaczyński z maniackim uporem wypowiada pod adresem Niemiec rozmaite grubiańskie oszczerstwa i kalumnie, dla których po stronie niemieckiej analogii trzeba by szukać nie wcześniej niż na kilkanaście miesięcy przed atakiem na Polskę w 1939 r. Pragnąc rozbudzać w Polakach antyniemieckie resentymenty oraz mamiąc ich złudnymi rachubami żądanych od Niemiec bajońskich sum reparacji wojennych, wypowiada słowa, które w normalnych stosunkach międzypaństwowych byłyby powodem dramatycznego kryzysu. W retoryce Kaczyńskiego i PiS Niemcy przedstawiane są jako odwieczny wróg traktujący Polskę jak kraj wasalny, który stara się kontrolować poprzez swoich akolitów z Tuskiem na czele. Niemcy nas „doją” (to wyrażenie Kaczyńskiego), działają na naszą szkodę, a jako pozorne mocarstwo starają się naszym kosztem wywyższać się „jak na szczudłach”. Jako kraj dominujący w Unii Europejskiej odpowiadają za jej antypolską politykę. I tak dalej. Kaczyńskiemu wtórują działacze PiS, a przede wszystkim premier Mateusz Morawiecki, który co rusz pozwala sobie na impertynencję w stosunku do Niemiec, gdzie sam miał niegdyś okazję studiować, a także pracować.

Agresywna antyniemiecka retoryka PiS jest zaostrzoną wersją tego, co znamy z epoki Władysława Gomułki i Edwarda Gierka, kiedy to straszono Polaków rewizjonistami, pragnącymi powrotu Wrocławia i Szczecina do Niemiec. Czaja i Hubka to nazwiska przywódców niemieckich ziomkostw wypędzonych, które znała każda Polka i każdy Polak. Choć brzmiały bardziej z polska niż z niemiecka, służyły władzom PRL za straszaki. Były to jednak raczej mizerne strachy na wróble, gdyż w tamtych czasach nikt się nie obawiał, że Niemcy faktycznie zajmą Dolny Śląsk bądź inną poniemiecką część Polski. Po prostu było to niewyobrażalne. Za to we Wrocławiu i w Szczecinie chętnie żartowano, że gdy Niemcy tu znowu przyjdą, to wtedy być może nas sobie wezmą. A czy dziś agresywna antyniemiecka retoryka pada na podatny grunt? W pewnych kręgach zapewne tak, lecz każdy, kto zna Polskę, ten wie, że Polacy na ogół Niemców szanują, a często nawet podziwiają.

Polska racja stanu wdeptana w ziemię

Również Kaczyński nie urodził się wczoraj i doskonale pamięta kawalkady tirów wiozących z Niemiec dary dla Polaków w okresie stanu wojennego. Pamięta grube setki tysięcy uchodźców stanu wojennego z otwartymi ramionami przyjmowanych przez Niemcy. Doskonale wie, że to dzięki Niemcom mogliśmy wstąpić do Unii i że to Niemcy jeszcze na długo przed naszą akcesją wspierały nasz kraj finansowo, a napływające do Polski fundusze unijne w dużej mierze pochodzą z wpłat niemieckich podatników.

Kaczyński to wie i Morawiecki to wie. Każdy liczący się działacz PiS doskonale zdaje sobie sprawę z tego, że Niemcy są jedynym państwem w Europie, na którego pomoc mogliśmy liczyć i nadal liczyć możemy. Tym samym wiedzą, że plując na ten kraj, wdeptują w ziemię polską rację stanu. Dlaczego więc zachowują się w taki sposób? Ano dlatego, że są najgłębiej przekonani, że niemiecka doktryna ekspiacji z powodu II wojny światowej radykalnie powstrzymuje to państwo przed wszelkimi reakcjami, których można by się spodziewać ze strony każdego innego kraju znieważanego w podobny sposób (wyobraźmy sobie, co by się w Polsce działo, gdyby kanclerz Scholz obrażał nasz kraj!). Innymi słowy, Kaczyński jeździ sobie po Niemcach, bo wie, że mają związane ręce i nic nie mogą zrobić.

Ale to bzdura. Mimo że jak dotąd na całe to chamstwo Niemcy reagują wyłącznie wtedy, gdy inaczej się nie da (np. zaprzeczając rewelacjom Kaczyńskiego, jakoby w niemieckim pociągu wyrzucono polskich europosłów z wagonów pierwszej klasy), zarówno rząd niemiecki, jak i społeczeństwo uważnie obserwują i wyciągają wnioski. A wnioski są takie, że Polski jednak nie da się lubić i trzeba się od niej trzymać jak najdalej. I zapewne nie będą nas usilnie zatrzymywać, gdy za jakiś czas będziemy się z Unii ewakuować. I zapewne o to właśnie tak naprawdę chodzi Kaczyńskiemu.

Rozum ustąpił populizmowi

W całej sprawie jest jeszcze jeden ważny motyw. Jest nim kwestia reformy emerytalnej. Rządowi Tuska nie udało się trwale zmienić systemu emerytalnego i zapobiec jego przyszłemu finansowemu załamaniu, które jest nieuchronne, jeśli nie będziemy dłużej pracować. Rozum musiał ustąpić w starciu z populizmem, reformę cofnięto. Stało się tak z wielu powodów, a jednym z nich jest fetyszyzacja pojęcia wieku emerytalnego jako sztywnej wartości, bez dostatecznego uwzględnienia stażu pracy. Od wielu lat oparcie systemu emerytalnego przede wszystkim na wartości, jaką jest staż pracy, postulowała lewica.

Dziś postulat ten przejmuje PiS. I chyba najwyższy czas, aby bardzo jasno wypowiedziała się w tej sprawie również opozycja. Polacy nie są głupi i rozumieją, że skoro współcześnie żyje się dłużej i skoro mamy mniej dzieci niż dawniej, to albo musimy dłużej pracować na swoje emerytury, albo będą one bardzo niskie. Tego nie trzeba już tłumaczyć. A jednak jeśli nie zaproponuje się przejrzystego rozwiązania, Polacy nie zaufają ZUS i będą nadal tkwić w przekonaniu, że ich zabezpieczenie emerytalne w przyszłości pochodzić będzie raczej z budżetu niż z systemu ubezpieczeniowego. A skoro tak, to emeryci i osoby bliskie emerytury będą wolały wybierać populistów w rodzaju Kaczyńskiego, którzy dają większą niż racjonalne rządy rękojmię, że wypłacać będą przyzwoite emerytury – choćby kosztem zadłużania kraju.

I to jest bardzo niebezpieczna pułapka, którą zastawił na nas PiS. Nie wolno nam w nią wpaść. W tym sensie na spot z kotem Kaczyńskiego trzeba odpowiedzieć całkiem na poważnie.

Więcej na ten temat
Reklama
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną