Notatnik polityczny. Kogo Kaczyński wskaże jako kandydata na premiera? Coraz częściej słychać o Lucjuszu Nadbereżnym
Wygląda na to, że w PiS kolejny raz nie dojdzie do rozłamu. Piątkowy komunikat rzecznika partii Rafała Bochenka o postawieniu Mateusza Morawieckiego przed komisją etyki za krytykę Patryka Jakiego brzmiał wprawdzie – z punktu widzenia kibicujących secesji – całkiem obiecująco, ale już dzień później przyszedł kolejny komunikat o postawieniu Jakiego przed tą samą komisją za krytykę Morawieckiego. Oba postępowania, jak słyszę, mają się zakończyć szybko, a rozmówcy z PiS są przekonani, że ewentualne partyjne kary nie będą srogie.
Na 7 marca Jarosław Kaczyński wyznaczył bowiem datę ogłoszenia nazwiska kandydata na premiera i ostatnie, czego by prezes PiS pragnął, to przykrycie tego wydarzenia przez secesję Morawieckiego i jego ludzi. A i były premier się do tego nie pali. To małżeństwo jeszcze trochę wytrzyma, choć miłość dawno wygasła i zostało tylko trochę wspólnych interesów. Rozłam? Dla Kaczyńskiego byłoby to zapewne ostateczne pożegnanie z marzeniami o powrocie do władzy (PiS musiałby w kampanii bić się z Konfederacją, Koroną i Morawieckim). Z kolei dla byłego premiera samodzielność oznaczałaby trudną walkę o kilka procent wyborców pod ostrzałem wiernych Kaczyńskiemu prawicowych mediów. Mało przyjemna perspektywa dla kogoś, kto chciałby zagrać o całą pulę, czyli władzę nad PiS.
Nie bądźmy jednak w tej kwestii dogmatykami; klimaty rozwodowo-rozłamowe w każdej chwili mogą wrócić, bo podział w partii Kaczyńskiego jest oczywisty. Jest grupa ludzi, którym nie podoba się status quo, jest tej grupy przywódca, jest konkurencyjna wobec partyjnego mainstreamu agenda, są zasoby organizacyjne. Wystarczy tylko nacisnąć guzik. Fakt że dziś tego nikt nie chce zrobić, nie oznacza, że za kilka miesięcy też nie będzie chciał. Ciepła, życzliwa atmosfera z pewnością będzie też towarzyszyła układaniu list wyborczych.
Czytaj też: Wojna w PiS eskaluje: Kaczyński uderzył w Morawieckiego i jego harcerzy. To się już nie poskleja
Premier z Krakowa
To jednak odleglejsza przyszłość, na razie Kaczyński zarządził jedność i start marszu ku kampanii wyborczej. Miejsce znajome – hala Sokoła w Krakowie, gdzie ogłaszał nazwiska kandydatów na prezydenta: Andrzeja Dudy i Karola Nawrockiego. Tym razem, w sobotę 7 marca, mamy poznać kandydata na premiera.
Na przedostatniej prostej dotychczasowych faworytów – Przemysława Czarnka i Tobiasza Bocheńskiego – zdystansował 41-letni prezydent Stalowej Woli Lucjusz Nadbereżny. Wskazanie na Bocheńskiego byłoby zbyt ostentacyjnie antymorawieckie. Czarnek to bardziej skomplikowany przypadek; nawet jego przeciwnicy przyznają, że jest niezwykle popularny w elektoracie PiS i potencjalnie niewygodny dla Konfederacji. Ale słychać też, że prezes powątpiewa w jego kwalifikacje polityczne – Czarnek podpadł ostatnio wywiadem dla „Rzeczpospolitej”, w którym nie wykluczył współpracy z Grzegorzem Braunem. A od tego Kaczyński się odżegnuje, wiedząc, że każda taka deklaracja to prezent dla Donalda Tuska, który może mobilizować swoich wyborców wizją rządów PiS i Korony.
Z tych obaw narodziły się inne personalne pomysły, w tym wspomniany Nadbereżny. Znają go bywalcy PiS-owskich konwencji, prezydent Stalowej Woli od lat przewija się na nich jako mówca i uczestnik paneli programowych. Miastem rządzi od 2014 r. Można go przedstawić jako kandydata bliskiego ludziom, sprawnego zarządcę średniej wielkości miasta – w kontrze do wielkomiejskiej, elitarnej KO Tuska.
O Nadbereżnym dobrze wypowiadają się zarówno maślarze, jak i sojusznicy Morawieckiego; niezłego kandydata widzi w nim także jeden z kluczowych współpracowników Nawrockiego. Prezydent Stalowej Woli trzymał się z dala od frakcyjnych wojen, a jego jedynym ośrodkiem lojalności jest Nowogrodzka.
Z punktu widzenia zachowania jedności PiS jest to kandydatura niezła. Czy Nadbereżny mógłby na półtora roku zostać twarzą partii, poprowadzić ją do odbudowy poparcia i wyborczego triumfu, to jest zupełnie inna kwestia. Czy anonimowego samorządowca Polacy uznaliby za poważnego kandydata na najważniejszą funkcję w państwie? Z równie nieznanym na starcie Nawrockim się udało, ale tam zadziałali też inni szatani, a kampania parlamentarna rządzi się innymi prawami niż rozgrywające się w dwóch turach wybory prezydenckie.
Nominacja dla Nadbereżnego nie jest oczywiście pewna, może to być kolejny balon próbny, względnie echo rozmów Kaczyńskiego z różnymi politykami, którzy z półsłówek prezesa wyciągają daleko idące wnioski. Ale PiS jest już na takim etapie, że wydarzyć się może wszystko.
A poza tym...
A poza tym niemal nikogo nie interesuje sytuacja wewnętrzna w największej dziś partii w Polsce. Koalicja Obywatelska przymierza się do wyboru władz, w tym przewodniczącego i szefów regionów, ale emocji jest tam mniej niż na rybach. Donald Tusk nie ma żadnego konkurenta, aż w 10 województwach także nie będzie żadnej rywalizacji. Jedynym kandydatem w Małopolsce jest prezydent Krakowa Aleksander Miszalski, który prowadzi właśnie dość nieudolną kampanię przed referendum w sprawie swojego odwołania.
Marazm panuje w partii rządzącej i nawet jedyne rozsądne tłumaczenie – że stanowisko szefa regionu nic nie znaczy, bo i tak wszystkim zawiaduje Tusk i jego najbliżsi współpracownicy – nie brzmi po prawdzie zbyt korzystnie dla KO.
Partie robią się coraz bardziej wodzowskie, a kto nie wierzy, niech sobie przeczyta nowy statut ugrupowania Sławomira Mentzena. Jego współpracownicy opowiadają, że ze wszystkich partyjnych statutów wzięli najbardziej antydemokratyczne zapisy – i dali Mentzenowi władzę absolutną.