Prapremiera premiera PiS, czyli wiara w magię i czary. Kogo w sobotę namaści Kaczyński?
Ową prezentację politycznej magii widzieliśmy już dwukrotnie w tym samym miejscu: za każdym razem Jarosław Kaczyński wyciągał z kapelusza spłoszonego królika i zamieniał go w prezydenta Polski. Po raz pierwszy w 2014 r., gdy w Hali Sokoła objawił nam się lekko przestraszony Andrzej Duda, drugi raz w 2024 r., gdy na scenę w Krakowie wyszedł stremowany Karol Nawrocki, dukając z kartki niezbyt porywające wystąpienie. To lekcja, że pierwsze wrażenie, jakie zrobi jutro królik z kapelusza prezesa, może być mylące. Ale też przypomnienie, że zagrania personalne prezesa PiS mają dużo z hazardu: żeby na końcu drogi zmaterializował się polityczny zysk, zarówno Duda, jak i Nawrocki potrzebowali fury szczęścia i fundamentalnych błędów swoich konkurentów. No i po trzecie, kandydat na premiera to nie kandydat na prezydenta: nie da się go odseparować od partii, którą reprezentuje, odciąć od frakcyjnych sporów i wmówić części publiczności, że to w gruncie rzeczy polityk niezależny.
No dobrze, ale kto będzie tym kandydatem? Trzeba przyznać, że PiS zachowuje imponującą szczelność – choć na giełdzie medialnej przewija się krótka lista nazwisk, tak naprawdę nikt nie jest pewien, kto zostanie nam jutro zaprezentowany jako pomazaniec prezesa. Wiemy tylko, że ma być metrykalnie młody, mniej więcej w wieku prezydenta Nawrockiego. „Na tym właśnie polega geniusz prezesa Kaczyńskiego, że do tego profilu kilka osób pasuje” – stwierdził w piątek w radiu RMF FM Mariusz Błaszczak.
Premier PiS z nowogrodzkiej ruletki
Jeszcze niedawno wydawało się, że Kaczyński będzie chciał wyczarować przyszłego premiera z Lucjusza Nadbereżnego, niespełna 42-letniego prezydenta Stalowej Woli, który mimo młodego wieku skutecznie rządzi miastem już od 12 lat. „Popularny samorządowiec ze średniego miasta” to dobra figura wizerunkowa, a do tego Nadbereżny nie jest kojarzony ani z „maślarzami”, ani z „harcerzami”, mógłby więc doprowadzić do przynajmniej czasowego zawieszenia broni w coraz brutalniejszej frakcyjnej wojnie w partii. Pytanie jednak, czy – mówiąc eufemistycznie – nieprzesadnie dynamiczny sposób komunikacji Nadbereżnego byłby odpowiedni dla lidera politycznego na scenie ogólnopolskiej.
W gronie kandydatów coraz częściej w ostatnich godzinach wymienia się również niespełna 44-letniego marszałka województwa małopolskiego Łukasza Smółkę. Co ciekawe, swoje obecne stanowisko Smółka zawdzięcza głośnemu buntowi części lokalnych radnych PiS, którzy w 2024 r. sprzeciwili się decyzji centrali z Nowogrodzkiej, wskazującej na marszałka w Małopolsce Łukasza Kmitę. Dopiero gdy Kmita aż pięć razy przepadł w głosowaniu, a władza PiS w województwie stanęła pod znakiem zapytania, sejmik wybrał Smółkę. To zapewne do Smółki odnosił się dzisiejszy, nieco tajemniczy wpis Beaty Mazurek, która obecnie znajduje się na partyjnym marginesie, ale może wiedzieć, co w trawie piszczy: „Nie wyobrażam sobie, żeby ktoś, kto raz zdradził, miał zostać premierem. Autopromocja nie działa na wszystkich. Naprawdę. Bo kto raz zdradził – zrobi to znowu”.
Najmłodszy na giełdzie kandydatów jest 34-letni prezydent Chełma Jakub Banaszek, kiedyś związany z Porozumieniem Jarosława Gowina, dziś doradca społeczny prezydenta Nawrockiego. Bardzo często wymieniany jest wciąż Przemysław Czarnek, postać o największym politycznym kalibrze ze wszystkich pretendentów, ale jednocześnie najmocniej zaangażowana w partyjną wojnę z frakcją Mateusza Morawieckiego. Mówiło się również o Tobiaszu Bocheńskim, ale obecnie jego akcje zdają się stać najniżej: nie dość, że również toczy krwawe boje z Morawieckim, to jako kandydat na premiera byłby dla stronników byłego szefa rządu jeszcze trudniejszy do przełknięcia niż Czarnek.
Coraz rzadziej mówi się również o szefie Kancelarii Prezydenta Zbigniewie Boguckim, który byłby kandydatem bliskim ideału: młodym, ale już doświadczonym, o świetnej prezencji, medialnym obyciu, dobrych notowaniach w partyjnym aparacie i bliskich związkach z Nawrockim. Pytanie tylko, czy dla Jarosława Kaczyńskiego Bogucki nie jest zbyt idealny, a więc docelowo hipotetycznie zbyt groźny i niezależny. No i czy sam Bogucki byłby dziś zainteresowany główną rolą w teatrzyku prezesa PiS.
Czytaj też: Wojna w PiS eskaluje: Kaczyński uderzył w Morawieckiego i jego harcerzy. To się już nie poskleja
Kandydat na premiera? A może zderzak
Tak naprawdę podstawowe pytanie przed sobotnim ogłoszeniem kandydata PiS na premiera brzmi następująco: czy to wszystko jest na serio? Bo rozpoczynanie kampanii na 1,5 roku przed wyborami oraz wystawienie do funkcji liderskiej prawdopodobnie mało doświadczonej osoby, która będzie miała krótkoterminowy cel uniesienia presji i poprawienia wyników sondażowych Prawa i Sprawiedliwości, wydaje się zadaniem karkołomnym.
Dlatego jest o wiele bardziej prawdopodobne, że w Krakowie nie będziemy świadkami wskazania kandydata na premiera, ale nominacji na stanowisko „zderzaka”: kogoś, kto przyciągnie uwagę, da partii oddech, odświeży ją wizerunkowo, spróbuje w tandemie z prezydentem Nawrockim wzbudzić zainteresowanie młodszych wyborców. A gdy najdalej za rok nadejdzie nieuchronnie inna „prawda etapu”, to zderzak się wymieni bez wielkich dodatkowych kosztów. I to właśnie do takiego scenariusza najlepiej pasuje osoba z mało istotną rolą w partii, która będzie wdzięczna Jarosławowi Kaczyńskiemu już za samo wyciągnięcie do pierwszego szeregu, w związku z czym nie będzie się buntować, gdy nadejdzie czas, by zrobić miejsce dla kogoś innego.
Operacja „kandydat na premiera” to tak naprawdę zasłona dymna, która choć na chwilę ma przykryć prawdziwe deficyty Prawa i Sprawiedliwości: wewnętrzne podziały, brak pomysłu na pozytywną, świeżą programowo opowieść o Polsce i zakleszczenie się w narracyjnej szarej strefie między pokusą radykalizacji a wspomnieniem pragmatycznego, prawicowego obozu „wielkiego namiotu” sprzed kilku lat.