„Chcemy być w Unii, ale...”. Tak Nawrocki i Czarnek budują społeczną fantazję o zyskach z polexitu
Sygnał do natarcia dał kandydat PiS na premiera Przemysław Czarnek, który podczas partyjnej konwencji w Krakowie odmalował Unię Europejską jako koślawego dziwoląga. Polska pod przewodem Czarnka spróbuje go dopiero naprostować i unormalnić, tak by już więcej nie rujnowały nas odnawialne źródła energii, a obowiązującym modelem rodziny przestali być „czterej pancerni i psiecko”.
Czarnek nie dopowiedział, co zrobić, jeśli Unia naprostować się nie da, ale poprawił po nim prezydent Karol Nawrocki, który uzasadnienie do weta wobec ustawy o SAFE skąpał w wytrawnym, antyunijnym sosie, dowodząc, że proponowane przez Brukselę pieniądze nie są po to, żeby Polsce pomóc, ale żeby ją podstępnie zniewolić. A później poszło już z górki.
Przekonać wyborców Brauna
„Chcemy być członkiem Unii Europejskiej i korzystać gospodarczo-ekonomicznie. Jesteśmy na to otwarci, ale są granice dla centralizacji UE. Wyznacza je ustrój i konstytucja” – mówił podczas wiecu w Chmielniku Nawrocki. „My w Unii Europejskiej chcemy być, ale nie możemy jej traktować jako ojczyznę, a Brukselę jako stolicę, tylko jako przestrzeń do wolnego handlu i rozwoju gospodarczego dla interesu państwa polskiego” – dopowiadał w telewizji Republika Czarnek.
Za tym posypał się szereg innych wypowiedzi polityków PiS według tego samego schematu: „Chcemy być w Unii Europejskiej, ale...”. Cóż, jak celnie uczył nas Jon Snow w „Grze o Tron”, nic, co znajduje się przed słowem „ale”, nie ma najmniejszego znaczenia.
Jest jasne, że dziś Nawrocki z Czarnkiem traktują szczucie na Unię Europejską pragmatycznie, próbując ramię w ramię przekonać wyborców Korony Grzegorza Brauna, że mogą bezpiecznie wrócić na łono partii matki. Wyborcy Brauna to dziś bowiem grupa zdecydowanie najbardziej antyeuropejska, jedyna, w której według CBOS przeciwnicy członkostwa Polski w UE przeważają nad zwolennikami.
Jakie osobiste poglądy mają katolicki fundamentalista w roli kandydata na premiera i radykalny nacjonalista w roli prezydenta RP, trudno stwierdzić – obaj wyglądają na osoby inteligentne, więc powinni rozumieć, jak wielką katastrofą geopolityczną i gospodarczą byłoby wyjście Polski z UE. Nie zmienia to jednak faktu, że ich narracja zdaje się przemyślaną, opartą na badaniach próbą polaryzacji debaty politycznej wokół tematu obecności Polski w UE. Celem jest przeniesienie dyskusji z poziomu makro – obiektywnie sprawdzalnych, opartych na danych korzyści – na poziom mikro – subiektywnego odczuwania korzyści i strat.
Mówiąc prościej, Nawrocki i PiS najpierw chcą wykreować wśród wyborców poczucie straty i kosztów obecności w UE, a później zogniskować wokół tego konflikt polityczny. Ta strategia niestety może być skuteczna.
Dobrze, dlaczego nie lepiej?
Ogólne dane dotyczące nastrojów społecznych są pozornie uspokajające: w badaniu opublikowanym w lutym przez CBOS 82 proc. respondentów określa się jako zwolennicy Unii Europejskiej, a tylko 14 proc. jako przeciwnicy. Liczba przeciwników od dwóch lat utrzymuje się na poziomie dwucyfrowym i jest nieco większa niż w dekadzie 2014–24, ale nie jest to poziom alarmujący.
Gdyby dziś wpadło komuś do głowy zorganizować referendum w sprawie polexitu, wyraźna większość Polek i Polaków byłaby przeciw. Ale kiedy popatrzymy na szczegółowe dane, w perspektywie kilku lat widać powody do niepokoju.
Liczba respondentów, którzy uważają, że członkostwo w UE przynosi im osobiście więcej strat niż korzyści, wynosi dziś 17 proc. i jest najwyższa od 2005 r. Co więcej, tylko 47 proc. badanych widzi korzyści z członkostwa zarówno w wymiarze krajowym, jak i osobistym, za to aż 41 proc. widzi przewagę strat w którymś z tych wymiarów lub nie potrafi jednoznacznie ocenić skutków obecności Polski w UE w tym kontekście.
Do tego 38 proc. badanych zgadza się z opinią, że członkostwo w UE zbytnio ogranicza suwerenność, niezależność Polski, a w grudniowym sondażu dla „Polityki” 56 proc. badanych zgodziło się z tezą, że jesteśmy zbyt uzależnieni od największych krajów Unii, zwłaszcza Niemiec.
I właśnie na tym potencjale chcą żerować PiS i Nawrocki: subiektywnym poczuciu negatywnego wpływu UE na nasze życie. Bo choć żyje nam się dobrze, to czy nie moglibyśmy żyć lepiej, gdyby nie unijne regulacje, podatki, biurokracja i przyczepiane zakrętek do butelek? Czyż nie powinniśmy być dumnym narodem, godnie niezależnym od groźnych Szkopów oraz irytujących Żabojadów?
Polexit, czyli tworzenie zbiorowej fantazji
Chcemy tego czy nie, wraz z upływem lat percepcja zysków z obecności w UE blaknie: w badaniu CBOS tylko jedna korzyść jest wskazywana przez dużą większość badanych (73 proc.) – to otwarte granice i swoboda podróżowania. Nawet tak, wydawałoby się, oczywista korzyść jak możliwość korzystania z funduszy unijnych uzyskała tylko 47 proc. wskazań.
Wniosek? Im skuteczniej prawicy uda się unieważnić hegemoniczny do tej pory dyskurs o Unii Europejskiej jako dziejowej szansie na bezpieczeństwo i dobrobyt Polski, a zamiast tego narzucić opowieść buchalteryjno-symboliczną, w której liczymy nasze domniemane osobiste straty i pielęgnujemy urażoną godność, tym mocniej będzie politycznie zyskiwać opcja antyunijna. A wtedy nawet zradykalizowany PiS będzie zbyt mało radykalny. Żeby walczyć o głosy z Koroną Brauna i Konfederacją, będzie musiał pójść jeszcze krok dalej, aż do granicy poparcia dla polexitu.
W krótkiej, publicystycznej książce o przyczynach brexitu dziennikarz Ian Dunt napisał, że koncept opuszczenia Unii Europejskiej przez Wielką Brytanię nie zawierał tak naprawdę żadnego konkretnego programu politycznego ani gospodarczego, stanowił raczej pustą przestrzeń, na którą ludzie z różnych klas społecznych mogli rzutować własne nadzieje, ambicje i frustracje. Dzięki temu złączyli się w doświadczeniu zbiorowej fantazji, w której każdy mógł zobaczyć to, czego pragnął. I zagłosować za wyjściem z UE. Proces polexitu będzie przebiegał podobnie.