Kultura

Holandia wygrywa Eurowizję. Dlaczego ten werdykt nie dziwi?

Duncan Laurence, zwycięzca Eurowizji 2019 Duncan Laurence, zwycięzca Eurowizji 2019 Ronen Zvulun / Forum
Holender Duncan Laurence wydawał się optymalnie dopasowany do eurowizyjnego show. Wybrał niby wariant ryzykowny (liryczny song), ale uniósł go dzięki wokalowi, którym mógłby się popisać w każdej sytuacji – i na weselu, i w operze.

Za nami Wielki Finał Konkursu Piosenki Eurowizji 2019. W hali Centrum Kongresowego w Tel Awiwie panował, jak można się było spodziewać, nastrój beztroskiej zabawy, podgrzewany przez konferansjerów, a popisy wokalno-baletowe wzmacniała wymyślna scenografia. Wygrała piosenka reprezentatywna dla imprezy, co pokazuje, że jednak istnieje takie zjawisko jak „przebój Eurowizji”.

Czytaj także: Krótki przepis na eurowizyjny przebój

Co się nadaje na Eurowizję

Do finału trafili wykonawcy, którzy niekoniecznie wyróżniali się oryginalnością, ale reprezentowali profesjonalny warsztat i po prostu dobrze wpisali się w oczekiwania publiczności i organizatorów. Sam miałbym wątpliwości, czy powinna tam się znaleźć Macedonka z piosenką dość nudną, za to utrzymaną w typowym dla postjugosłowiańskich wykonawców patetycznym tonie. Tymczasem w głosowaniu tzw. profesjonalnego jury Tamara Todevska prowadziła i dopiero głosy telewidzów zmieniły ten werdykt.

Niewykluczone, że to, co w świecie muzycznych mód pozostałoby kompletnie niezauważone, na Eurowizję się nadaje. Na pewno nadają się pieśniarze, którzy znaleźli się w konkursie nie po raz pierwszy. Na przykład reprezentujący San Marino Turek Serhat czy Rosjanin Siergiej Łazariew. Obaj mają odpowiednie warunki wokalne (Turek – „aksamitny” niby-baryton, Rosjanin – „romantyczny”, silny tenor). Turek przepadł w głosowaniu, ale Rosjanin długo utrzymywał się w czołówce, aczkolwiek ani jeden, ani drugi nie wzbudziłby zapewne niczyjej uwagi na festiwalach w Roskilde czy Glastonbury, podobnie zresztą jak znakomita większość tegorocznych finalistów.

Czytaj także: Eurowizja przełamanych barier

Przebój na Eurowizję

Jaki jest zatem przepis na eurowizyjny sukces? Po pierwsze, nie kontrastować ze spektaklem, w którym jest miejsce zarówno dla „specjalnego gościa”, czyli Madonny ze starą (choć w całkiem nowej oprawie dźwiękowo-producenckiej) i nową piosenką, zeszłorocznej triumfatorki z Izraela Netty, subtelnych nawiązań do muzyki orientalnej, łagodnej wersji muzycznej kultury gejowskiej, a nade wszystko dla archaicznego estradowego mainstremu podrasowanego bardziej współczesnymi odmianami dance’u i disco.

Eurowizyjny Tel Awiw twórczo, bo z jeszcze większym biglem niż poprzedni organizatorzy imprezy, kontynuował tendencję od dłuższego czasu panującą: niech będzie nawet najbardziej szalona zabawa, ale w odpowiednich proporcjach przetykana muzycznym chilloutem. Dobrze się w tym mieści i wzorująca się na ekspresji Kate Bush Australijka Kate Miller, i przypominający tureckiego gwiazdora Tarkana Luca Hani, i taneczny John Lundvik ze Szwecji.

No i chodzi jeszcze o to, by każdy – zgodnie z regulaminem – zamknął swój występ w trzech minutach. A nie jest to wcale łatwe, co pokazują jakże liczne polskie klęski z tegoroczną włącznie. Bo zawsze czegoś brakowało: a to wykonawczej charyzmy, a to wyczucia oczekiwań (nadmierne artystostwo czy hołdowanie elitom zawsze przegra), czasem braku dystansu do siebie, a wreszcie – co najważniejsze – kompozytorskiego sprytu. W końcu ludzie muszą zapamiętać coś z tej piosenki.

Czytaj także: Dźwięki gołej baby, czyli Polska na Eurowizji

Zwycięzca Eurowizji wpasował się w show

Zwycięzca, Holender Duncan Laurence, wydawał się optymalnie dopasowany do eurowizyjnego show. Wybrał niby wariant ryzykowny (poważny, liryczny song), ale uniósł go dzięki wokalowi, którym mógłby się popisać w każdej sytuacji – i na weselu, i w operze. Piosenka lokowała się dość daleko od aktualnych mód, ale nie sprawiała też wrażenia odgrzebanej staroci. Mimo tych zaledwie trzech minut miała swoją dramaturgię i energię. I to w zupełności wystarczyło.

Reklama

Czytaj także

Kultura

Rafał Wojaczek pod gwiazdą rozpaczną

Swego czasu stał się idolem i do dziś rozbudza namiętności wśród czytelników. Spośród wielu młodo zmarłych literackich straceńców i nadwrażliwców może jeszcze Halina Poświatowska wywołuje czytelnicze emocje. Blednie za to mit Edwarda Stachury, mało kto wraca do wierszy Andrzeja Bursy czy prozy Marka Hłaski. Dlaczego jedne literackie legendy trwają, inne zdają się rozwiewać?

Mirosław Pęczak
08.12.2001
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną