Kultura

8 scen na 80-lecie Krzysztofa Zanussiego

8 scen na 80-lecie Krzysztofa Zanussiego

Krzysztof Zanussi Krzysztof Zanussi Krzysztof Zatycki / Forum
17 czerwca Krzysztof Zanussi obchodzi 80. urodziny. Z tej okazji przypominamy sceny, które naszym subiektywnym zdaniem wciąż robią w jego filmach wielkie wrażenie.

„Iluminacja” (1973)

Film-esej, w którym fikcyjne losy ambitnego studenta fizyki (alter ego reżysera), szukającego w życiu jakiejś wyższej instancji („chce dowiedzieć się rzeczy pewnych”), krzyżują się z reporterskim stylem, dokumentalnymi wstawkami z wywiadami ze sławnymi profesorami (m.in. Władysławem Tatarkiewiczem) oraz materiałami o charakterze czysto naukowym. Przekonany, że liczy się głównie materia, bohater początkowo pojmuje człowieka tak, jak przedstawiają go fragmenty filmów edukacyjnych: jako zbiór tkanek, funkcjonujących zgodnie z prawami chemicznych procesów. Ale stopniowo – uczestnicząc w eksperymentach neurologicznych i asystując przy operacjach – zaczyna zadawać pytania, na które medycyna nie znajduje odpowiedzi.

Szok budziła zwłaszcza sekwencja operacji mózgu unaoczniająca zwątpienie bohatera w poznawczą siłę nauki. Znane były przypadki wychodzenia z kina i zasłabnięcia widzów nieprzygotowanych na tak silne doznania. Świeżość nowofalowego kina zaowocowała świetnym przyjęciem obrazu również we Francji. Do inspiracji „Iluminacją” przyznawał się sam Alain Resnais, który nakręcił pod jej wpływem „Wujaszka z Ameryki”.

Kadr z filmu „Iluminacja”mat. pr.Kadr z filmu „Iluminacja”

Krzysztof Zanussi dla „Polityki” Na ostatniej prostej trzeba przyspieszać

„Barwy ochronne” (1976)

Sztandarowe dzieło kina moralnego niepokoju, zarazem chyba najgłośniejszy film Zanussiego o kuszeniu: o kusicielu i o kuszonym. Ten wątek w całej twórczości mistrza wybrzmiewa chyba najsilniej, jednak tu przybiera od razu szalenie intrygujący, groteskowo-demoniczny kształt. Rzecz rozgrywa się na obozie lingwistycznym w środowisku studentów ZSMP i naukowców. Uczciwym do bólu idealistą jest początkujący asystent marzący o uniwersyteckiej karierze (Piotr Garlicki). Cynicznym Mefistofelesem lub może tylko zwyczajnym pragmatykiem próbującym wmanewrować go na ścieżkę konformizmu i zła – docent fenomenalnie zagrany przez Zbigniewa Zapasiewicza.

„Czym byłoby życie bez kłamstwa?” – pyta podchwytliwie, rozpoczynając swój diaboliczny wywód. Skoro każdy słyszałby głównie to, czego akurat nie chciałby usłyszeć – to piekłem. Chwilę później docent dochodzi już do zabójczo przenikliwej konstatacji, że „sumienie bywa tylko kulą u nogi i należy je właściwie odrzucić”. Im bliżej finałowego rozstrzygnięcia, tym lepiej, zabawniej, inteligentniej, groźniej. W epoce Gierka „Barwy ochronne” były odbierane jako błyskotliwe ostrzeżenie przed korupcją i powszechnym zakłamaniem, które stały się dominantą życia społecznego. Dziś to ponadczasowy filozoficzny dyskurs na temat paradoksów natury, kultury i kulawej, fasadowej demokracji.

Kadr z filmu „Barwy ochronne”mat. pr.Kadr z filmu „Barwy ochronne”

„Spirala” (1978)

Film – jak ktoś słusznie zauważył – o umieraniu, rozpaczliwym i beznadziejnym. Jan Nowicki gra wybitnie utalentowanego 40-latka, którego karierę przerywa nagle nieuleczalna choroba. Wszystko od początku zmierza równo ku tragicznemu finałowi – skulony na parapecie szpitalnym, pozbawiony jakiejkolwiek nadziei mężczyzna decyduje się w końcu na samobójczy skok.

To chyba pierwsza w polskiej fabule tak mocna scena samounicestwienia w obliczu nicości i pustki. Prowokacyjnie, zdaniem reżysera, wymierzona w złudne przekonanie zachodniej cywilizacji o tym, że śmierci nie ma. Według Zanussiego miała ona jednak wydźwięk happy endu. „Cały ten tok rozumowania polegał na tym, żeby tak opisać proces umierania bez metafizycznej perspektywy, żeby pojawił się jej brak, żeby człowiek poczuł, że przecież czegoś tu brakuje. Tam się żaden ksiądz nie pojawił, żadne buddyjskie westchnienie, po prostu żadnego odniesienia do nieskończoności. To było umieranie do końca takiego materialnego człowieka, który w tym materialnym świecie poczuł się oszukany, bo nikt go nie uprzedził, że wszystko się może nagle załamać”.

Kadr z filmu „Spirala”mat. pr.Kadr z filmu „Spirala”

Czytaj także: „Obce ciało” Krzysztofa Zanussiego

„Constans” (1980)

Jedno z najlepszych dzieł Zanussiego, wciąż zachwycające przewrotnym, niejasnym, metafizycznym tchnieniem, które w zadziwiający sposób zbiega się z tym, do czego doszedł Kieślowski w „Przypadku”. Bohater to ambitny, uzdolniony, młody technik elektryk, bezkompromisowy „moralista absolutny”, lubiący wspinać się po górach. Brzydzi go brak kręgosłupa etycznego u kolegów z pracy. Gdy już się zorientował, na czym polega nieuczciwość, napatrzył się na wystarczająco dużą liczbę machlojek i przekrętów w pogoni za kasą, namawia ich do złożenia donosu na szefa. Ci jednak odmawiają, bo mu nie ufają.

Scena, w której dochodzi do konfrontacji, jest jedną z najboleśniejszych. Gdyż uświadamia bohaterowi jego osamotnienie i pychę. „Przecież czytałem takie same gazety, kończyłem taką samą szkołę co wy, co jest we mnie innego?” – dziwi się, nie rozumiejąc ich obiekcji. „Chcesz być lepszy, a pogardzasz nami”. Według Zanussiego błąd Witolda granego przez Tadeusza Bradeckiego polega na tym, że tak jak wszyscy ludzie za mocno przeżywający zasady – stawia je wyżej niż miłość i wobec tego kocha zasady mocniej, niżby kochał człowieka. Dalsze (niemiłe) perypetie bohatera dogmatyka reżyser przedstawił w „Rewizycie”.

Kadr z filmu „Constans”mat. pr.Kadr z filmu „Constans”

„Imperatyw” (1982)

Jeden z najważniejszych filmów Zanussiego robionych za granicą (w Niemczech). Tytuł nawiązuje do imperatywu kategorycznego Kanta, którego duchowym spadkobiercą wydaje się bohater filmu – profesor matematyki, uniwersytecki wykładowca, oczywiście o idealistycznych poglądach. Historia wydaje się wydumana, mówi o chęci sprawdzenia się poprzez dokonanie aktu bluźnierstwa.

Bohater, trochę dziwak, trochę neurotyk (gra go Robert Powell), popełnia świętokradztwo. Włamuje się do cerkwi i kradnie ikonę. A potem sam się za to karze. Przyznaje się do winy i odrąbuje palec, którym dotknął ołtarza. Robi to po to, by – jak Raskolnikow z powieści Dostojewskiego – zwrócić na siebie uwagę Boga. W końcowej scenie opuszczenia szpitala dokonuje się osobliwa przemiana. „Myślę – zwierza się ukochanej, która znów staje przy nim – jak by Go zapytać nie o to, czy istnieje, bo w to już wierzę, ale czy moje życie jest Mu naprawdę potrzebne?”.

Krzysztof Zanussi: Jeszcze nie zjeżdżam

„Cwał” (1995)

Najbardziej autobiograficzny film Zanussiego, ilustrujący losy jego i jego rodziny w okresie stalinizmu, do którego scenariusz powstał jeszcze na początku lat 70. Komedia. Zrodzona z pytania – jak to możliwe, że wszyscy wtedy nie zwariowaliśmy? „Dylematy tych lat stalinowskich wiązały się z tym, że nie było żadnych łatwych rozwiązań poza straceńczą walką z przeważającym przeciwnikiem. Na to, by przeżyć, trzeba było forteli, unikania frontalnego starcia, bo to prowadziło prosto za kraty lub na szubienicę. Jako sztubak byłem świadomy, że mam się nie dać zdeklasować i mam przetrwać. A przetrwać to znaczy nie dać się zdeklasować” – dopowiadał we wspomnieniowej książce „Strategie życia” Zanussi.

Drugą kluczową postacią jest zwariowana, ekscentryczna, przyszywana ciotka Idalia Dobrowolska (świetna Maja Komorowska), opiekująca się dziesięcioletnim synem przyjaciółki. Portal Filmpolski.pl, streszczając akcję, zwraca uwagę, że walcząc na swój sposób przeciw „bolszewickiej zarazie”, balansuje ona na granicy moralności. „Kłamie, kręci, wyrabia papiery na swoją nieistniejącą bliźniaczkę, by mieć kiedyś podwójną emeryturę. Zapisuje ją nawet do partii, a czerwoną legitymację chowa między karty Biblii”.

Chłopiec nie potrafi zrozumieć tej schizofrenicznej postawy. Na jego ciągłe pytania ciotka odpowiada w jednej ze scen cytatem z Szekspira: „Są rzeczy na niebie i na ziemi, o których nie śniło się waszym filozofom”. Bohaterska, nieugięta postawa Idalii zainspirowała ponoć Ryszarda Bugajskiego do nakręcenia „Przesłuchania”.

Kadr z filmu „Cwał”mat. pr.Kadr z filmu „Cwał”

„Życie jako śmiertelna choroba przenoszona drogą płciową” (2000)

Rzecz bardziej o nawróceniu niż umieraniu, o nauce poddawania się temu, co nieuchronne. Już sam prolog o świętym Bernardzie z Clairvaux, mistyku, założycielu zakonu Cystersów, dyskretnie wprowadza temat główny – przygotowania na przyjęcie śmierci. Tym razem nieuleczalnie chorym na raka jest rozwiedziony, dobiegający sześćdziesiątki lekarz (Zbigniew Zapasiewicz), który boryka się ze swoją wiarą i nie potrafi uwierzyć. Na łożu śmierci odmawia przyjęcia księdza. Nie chce się przed nim wyspowiadać.

W katolickim kraju takim jak Polska to jawna prowokacja, jednak dla Zanussiego znów wcale nie oznacza manifestacji ateizmu czy bezgrzeszności, tylko pominięcie pewnego kanonu, bynajmniej nieprzekreślającego religijnej postawy. Zdaniem reżysera odtrącenie księdza – mimo pozornie jednoznacznego komunikatu – nie ma większego znaczenia. „On jest świadkiem po prostu, który rzecz obiektywizuje, i jest szafarzem rozgrzeszenia wedle ogólnej reguły (…). To jest tak jak ze ślubem, który dają sobie wzajemnie małżonkowie, a ksiądz jest tylko świadkiem. Lecz większość ludzi o tym zapomina. To jest ślad pewnego klerykalizmu polskiego, że na kapłana przenosi się zadanie i odpowiedzialność, która w ogóle do niego nie należy, która jest w małym stopniu jego odpowiedzialnością”.

Kadr z filmu „„Życie jako śmiertelna choroba przenoszona drogą płciową””mat. pr.Kadr z filmu „„Życie jako śmiertelna choroba przenoszona drogą płciową””

Krzysztof Zanussi: Coś stoi za tym światem

„Persona non grata” (2005)

„Właśnie słyszałem muzykę sfer i muszę ją zapisać” – wita swoich gości ambasador Polski w Urugwaju, uciekając przed nimi do swojej sypialni. Dopiero co pożegnał się ze zmarłą żoną w symbolicznej ceremonii rozrzucenia jej prochów w morzu. Widząc go w piżamie, na bosaka, dyplomaci biorą jego słowa za potwierdzenie podejrzewanej od dawna choroby umysłowej, ale on jest chyba najbardziej spokojną, trzeźwo myślącą osobą w tym towarzystwie.

„Persona non grata” – w przeciwieństwie do „Spirali” – to opowieść o pogodnym umieraniu, a raczej o pozytywnym, życiowym bilansie dokonywanym w chwili żegnania się i wyrównywania rachunków z doczesnością. W pewnym sensie można ten film potraktować jako kolejny wariant losów bohatera „Constansu” – człowieka twardo trzymającego się zasad, żądającego od innych tego samego, ale gdzieś popełniającego grzech niekonsekwencji, przymykającego oczy na własne błędy. „Mój czas już mija i muszę zostawić tę walkę innym. Co umiałem, to zrobiłem”.

Kadr z filmu „Persona non grata”mat. pr.Kadr z filmu „Persona non grata”

Czytaj także: Jak się zmieniało polskie kino przez ostatnie 25 lat

Reklama

Czytaj także

Społeczeństwo

Ukraińska kelnerka o swojej pracy w polskich hotelach

Kobiety traktują nas jak powietrze, mężczyźni często proponują nam seks, a dzieci uważają za służące, którym nie należy się szacunek – opowiada Ukrainka, która od czterech lat pracuje na polskim wybrzeżu.

Katarzyna Zdanowicz
17.07.2019
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną