Przejdź do treści
Reklama
Reklama
Kultura

Zmarł Scott Adams. Twórca Dilberta i okrutny troll. Człowiek, który zjadł wszystkie rozumy

Zmarł Scott Adams. Twórca Dilberta i okrutny troll Zmarł Scott Adams. Twórca Dilberta i okrutny troll Forum
To była długa droga na dół – od uwielbianego rysownika, którego paski zdobiły każde biuro, do dziwaka, który winił Czarnych za skasowanie serialu animowanego, kwestionował skalę Holokaustu i wypisywał inne niestworzone rzeczy.

Obrazek ze świata, którego już nie ma: lektura obowiązkowa, poniedziałkowa „Gazeta Wyborcza” z dodatkiem „Praca”, który kupowało się nie tylko dla rozważań o rynku, ale przede wszystkim dla ogłoszeń z ofertami. Na ostatniej stronie znajdował się zaś smakołyk – kolorowy pasek komiksowy „Dilbert”. Dziś ogłoszeń szuka się na portalach internetowych, a komiksowe paski walczą o uwagę z prostackimi memami w mediach społecznościowych.

„Dilbert autorstwa Scotta Adamsa to najczęściej kserowany, przypinany, pobierany, faksowany i e-mailowy komiks na świecie” – taki opis można znaleźć na koncie komiksu na portalu X. Scott Adams od dawna nie był jednak znany jako twórca pasków o korposzczurach, ale internetowy publicysta słynący z rasistowskich komentarzy, szerzenia antynaukowych bzdur w czasie pandemii, cyberbullyingu i innych wybryków. Smutna historia człowieka, który zjadł wszystkie rozumy.

Kroniki korpoludu

Adams urodził w 1957 r. w Windham w stanie Nowy Jork. Od dzieciństwa interesował się rysowaniem (był fanem „Fistaszków”) i chociaż nawet wygrał konkurs plastyczny w wieku jedenastu lat, to początkowo wybrał poważną karierę – w 1979 r. uzyskał licencjat z ekonomii na Hartwick College, a w 1986 r. zrobił MBA na Uniwersytecie Kalifornijskim w Berkeley. Przez wiele lat pracował w korporacjach – zaczynał jako kasjer w Crocker National Bank w San Francisco. Był m.in. programistą i analitykiem, zajmował się też budżetowaniem i technologią. Doświadczenie biurowego życia dostarczyło mu inspiracji do stworzenia postaci i żartów, które później stały się podstawą pasków o Dilbercie. Nad komiksami początkowo pracował w wolnym czasie, wstając o czwartej rano. Po wielu nieudanych próbach publikacji w 1989 r. „Dilbert” trafił do syndykatu United Media. W 1996 r. był drukowany w 800 gazetach, a Adams porzucił etat i został zawodowym rysownikiem.

Nietrudno zrozumieć przyczyny sukcesu komiksu – Dilbert był przeciętniakiem, kompetentnym inżynierem, ale pozbawionym sprawczości przez korporacyjną machinę, premiującą szefa-idiotę. Nawet jeśli nie oddawał rzeczywistości, to doskonale trafiał w uczucia większości korposzczurów z pokolenia X. Adams nie tracił kontaktu z bazą – dzięki zamieszczonemu przy paskach adresowi e-mail miał dostęp do świeżych anegdot przesyłanych przez czytelników.

Album „Dilbert – A Treasury of Sunday Strips”mat. pr.Album „Dilbert – A Treasury of Sunday Strips”

Zasada Dilberta

Ten wgląd w świat sfrustrowanych pracowników umęczonych nieudolną biurokracją kapitalistycznych molochów sprawił, że Adams wydawał się człowiekiem znającym się na rzeczy. W 1995 r. w „Wall Street Journal” opublikował tekst pod tytułem „Zasada Dilberta”. Była to modyfikacja „Zasady Petera”, mówiącej o tym, że każdy awansowany pracownik trafi wreszcie na stanowisko, do którego nie będzie dorastał kompetencjami. Adams ze swoich e-mailowych ankiet i zebranych anegdot o głupich szefach wysnuł inny wniosek – korporacje awansują nieudolnych pracowników na stanowiska menedżerskie, gdzie narobią jak najmniej szkód związanych z brakiem kompetencji, nadrabiają za to fryzurą i pewnością siebie. Felieton stał się podstawą do napisania całej książki pod tym samym tytułem. Wyszła w Polsce w roku 2001, gdy powolutku zaczynało do nas docierać, że to, za co winiliśmy „komunę”, jest po prostu problemem wszystkich dużych organizacji.

Satyra upraszcza rzeczywistość, przez co może wydawać się, że autor rozumie więcej i widzi lepiej. O ile „Zasada Dilberta” było jako tako umieszczona w rzeczywistości, to w kolejnym tomie „Przyszłość według Dilberta” (wydana z podtytułem „Na skrzydłach głupoty w XXI wiek”) Adams okazuje się specem od wszystkiego – niezależnie, czy ma do tego kompetencje (całkiem sensowne rozważania na temat rozwoju Internetu) czy nie (tematy socjologiczne); to przecież tylko żarty.

Czytaj też: Michel Franco, twórca „Dreams”: Kiedy Ameryka patrzy na Meksyk, widzi coś, czego pragnie

Żarty i rzeczywistość

Coś, co kiedyś można było odbierać jako czarny humor i sarkazm, po latach brzmi zupełnie inaczej. W rozdziale o przyszłości relacji między płciami Adams dowodził, że świat zorganizowały kobiety, bo gdyby był urządzony przez mężczyzn, to „seks byłby dla nich zawsze i wszędzie”, w restauracjach, stacjach benzynowych i z okazji założenia konta w banku. Ćwierć wieku później pisał zupełnie na poważnie, że „kobiety stworzyły wokeness, a mężczyźni uczynili z niej broń”, odnosząc się do tezy konserwatywnej komentatorki Helen Andrews, która za „kulturę woke” winiła feminizację instytucji, za którymi przyszły „kobiece wartości” (konsensus, relacyjność, dążenie do zadowolenia wszystkich).

To towarzystwo, w które Adams wpadł dekadę temu. Internet, który dawał mu przewagę nad innymi satyrykami na początku kariery, stał się jego przekleństwem. Wraz z rozwojem sieci anegdot z pracy nie szukało się w paskach komiksowych w prasie papierowej, ale na blogach i w mediach społecznościowych. Tymczasem satyryk uwierzył w swoje niezwykłe kompetencje, zaprojektował nawet „zdrową dorito” (nazwane „Dilberito”), żeby podzielić się ze światem swoją wiedzą dietetyczną (i zarobić na studentach z mikrofalówkami). Pisał książki o religii i prowadził bloga (później również podcast) na stronie z komiksami o Dilbercie. To tam pojawiały się jego polityczne treści i przepowiednie, takie jak ta o zwycięstwie Trumpa w wyborach w 2016 r. Adams uważał, że Trump ma nadludzkie zdolności przekonywania, sam zresztą (na poważnie) pisał o swoich umiejętnościach hipnotyzera.

Czytaj też: Art déco wciąż uwodzi. Na wystawie w Paryżu kusi luksusem dla nielicznych

Długa droga w dół

Oprócz tego trollował na Twitterze, wrzucając skrajne opinie („jeśli ISIS nie zrobi zamachu, to znaczy, że popiera Hilary Clinton”), a gdy ludzie się oburzali, oskarżał ich o bullying. „Scott Adams był odpowiedzialny za jedną z pięciu najgorszych nagonek, jakich doświadczyłem na Twitterze — tylko dlatego, że miałem czelność zaprzeczyć jakimś covidowym bredniom. Żegnaj, Scott” – napisał na portalu Bluesky amerykański pisarz Hari Kunzru (autor powieści „Czerwona pigułka”, kroniki desperacji pierwszej prezydentury Trumpa). W ten sposób dowiedziałem się o śmierci satyryka.

Scott Adams umarł tak, jak żył – raka prostaty leczył maścią dla koni, nie ufając konwencjonalnej terapii. Gdy wreszcie się do niej przekonał, było już za późno, choroba przerzuciła się na kręgosłup. Na chwilę przed śmiercią poprosił o pomoc samego Donalda Trumpa. Prezydent USA zgodził się ochoczo; cóż szkodzi obiecać. W pożegnalnym liście Adams napisał, że na wszelki wypadek zawierzył się Jezusowi.

To była długa droga na dół – od uwielbianego rysownika, którego paski zdobiły każde biuro, do dziwaka, który winił Czarnych za skasowanie serialu animowanego, kwestionował skalę Holokaustu i wypisywał inne niestworzone rzeczy, przez co w 2023 r. ostatecznie zniechęciły wydawców „Dilberta”. To nie pierwszy i nie ostatni przypadek, kiedy sława staje się dla człowieka ciężarem, a jego okropna działalność w mediach społecznościowych zostaje zapamiętana lepiej niż spuścizna artystyczna. Nie przez „spisek niewiadomych sił”, ale rozczarowanie wiernych fanów.

Reklama

Czytaj także

null
Społeczeństwo

Już jedna trzecia Polaków to single. Związki wydają się dziś ciężką harówką, dane są zatrważające

Prof. Tomasz Szlendak o tym, że miłość i związki coraz częściej traktuje się jako ciężką pracę, a romantyczne uniesienia ciągle pozostają pożądane, ale nie są doświadczane.

Joanna Podgórska
06.01.2026
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną