Zmarł Robert Duvall, mistrz kina amerykańskiego. Coppola zrobił z niego gwiazdę
Należał do tych aktorów, którzy każdą rolę traktują z pełną powagą. Zawsze świetnie przygotowany, wiedział, jaki efekt chce osiągnąć, a jednocześnie miał świadomość, że nawet największy talent wymaga ciężkiej pracy. „Gdy byłem młody, podziwiałem Marlona Brando. Ale on stał się leniwy, od 25 lat czyta swoje kwestie z kartek”, mówił pod koniec lat 80. w wywiadzie dla „New York Timesa”. Robert Duvall nie pozwoliłby sobie na takie odstępstwo od sztuki aktorskiej. Gdy w dramacie „Pod czułą kontrolą” (1984) grał przechodzącego życiowy kryzys piosenkarza country – ta rola przyniosła mu jedynego w karierze Oscara – sam śpiewał piosenki, a część z nich nawet napisał. „Miałem to zagwarantowane w kontrakcie, więc nie mogli z tego zrezygnować. A czy kiedyś śpiewałem zawodowo? Nie, robię to tylko dla rozrywki”.
Niektórzy reżyserzy widzieli w nim aktorskiego kameleona. Krytycy nazywali „amerykańskim Laurence’em Olivierem”, a Bruce Beresford, reżyser „Pod czułą kontrolą”, mówił, że Duvall na planie stapia się z graną przez siebie postacią. Aktor nie lubił jednak, gdy tak go postrzegano. „Cały czas musisz mieć kontakt ze sobą, być świadomym wszystkiego. Nie odcinam się od rzeczywistości ani nie uciekam w rolę”, tłumaczył.
W innym z wywiadów mówił dobitnie: „To ja decyduję, co zrobię z daną postacią. Przyjmuję wskazówki reżysera, ale tylko wtedy, gdy uzupełniają to, co chcę osiągnąć. Jeśli mam przeczucie, że coś jest słuszne, nie chcę, żeby ktokolwiek mi w tym przeszkadzał. Nie lubię osób, które ingerują w moje decyzje, i nie lubię osób, które mnie kontrolują”.
Czytaj też: Hemsworth kontra Ruffalo. „Crime 101” to kino akcji w starym stylu
Duvall, gwiazda Coppoli
Urodzony w 1931 r. Duvall wychował się w konserwatywnej rodzinie. Ojciec chciał, by Robert poszedł w jego ślady i został zawodowym wojskowym, chłopak marzył jednak o aktorstwie (odsłużył rok w armii na początku lat 50.). W poszukiwaniu ról wyjechał do Nowego Jorku, studiował w Neighborhood Playhouse School of the Theatre, gdzie zaprzyjaźnił się z Dustinem Hoffmanem i Gene’em Hackmanem. Grywał na scenach teatrów niezależnych, pod koniec lat 50. zdołał też załapać się na pojedyncze występy w popularnych serialach telewizyjnych, m.in. w „Ściganym”, „Strefie mroku” i „Alfred Hitchcock przedstawia”.
Pierwszą rolę w filmie pełnometrażowym dostał w „Zabić drozda” Roberta Mulligana. Zagrał Boo Radleya, wycofanego samotnika o dobrym sercu, jedną z najbardziej zapadających w pamięć drugoplanowych postaci filmu. Udowodnił, że nawet z niewielkiej roli jest w stanie wycisnąć emocje. A kolejne lata pozwoliły mu pokazać, jak szerokim wachlarzem umiejętności dysponuje.
Grał dużo i bardzo często u znakomitych reżyserów. Czasami małe, wręcz epizodyczne role – jak w „Bullicie” – czasami nieco większe, za to bardzo różnorodne. Czuł się znakomicie w filmach gatunkowych, ale nieoczywistych, przełamujących schematy: od science fiction („Odliczanie” Roberta Altmana, „TXH 1138” George’a Lucasa), poprzez westerny („Prawdziwe męstwo” Henry’ego Hathawaya), po wojenne komedie („M.A.S.H.” Altmana).
Spotkanie z Francisem Fordem Coppolą uczyniło z niego gwiazdę wielkiego formatu. Toma Hagena zagrał w dwóch częściach „Ojca chrzestnego” – za występ w pierwszej części dostał swoją pierwszą nominację do Oscara. „Duvall widział Hagena tak samo jak Coppola i Puzo. »Facet był jak agent służb specjalnych«, tłumaczył. Duvalla zainspirowała zasłyszana od znajomego opowieść o Carmine Tramuntim, ówczesnej głowie przestępczej rodziny Lucchese. Ten korzystał z usług »potężnego gońca«, mężczyzny, który był na każde jego zawołanie, »przypalał mu papierosy, podsuwał krzesło i tak dalej. Nie można umniejszać znaczenia takiej pozycji. Tym się kierowałem«. Miał być specjalnym agentem, który chroni i wspomaga dona Corleone z szacunkiem i usłużnością”, pisał Mark Seal w książce „Zostaw broń, weź cannoli”, poświęconej kulisom realizacji „Ojca chrzestnego”. Co ciekawe, początkowo wytwórnia była przeciwna obsadzeniu Duvalla (podobnie jak Ala Pacino w roli Michaela Corleone), ostatecznie jednak Coppola postawił na swoim, jak wiadomo, ze znakomitym efektem.
U Coppoli Duvall zagrał jeszcze kilka razy. Pojawił się w maleńkiej rólce w „Rozmowie”, ale już za epizodyczny – a przy tym znakomity – występ w „Czasie apokalipsy” dostał drugą oscarową nominację. Zafascynowany surfingiem pułkownik Kilgore podobno w pierwotnej wersji scenariusza był jeszcze bardziej groteskowo przerysowany, ale Coppola zgodził się na zmiany sugerowane przez aktora, który chciał, by jego bohater był bardziej złożony i niejednoznaczny.
Czytaj też: Zmarła Bożena Dykiel. Temperament, energia, talent komediowy – miała to wszystko
Watson, tyran, sędzia
Po sukcesie „Ojca chrzestnego” Duvall przez kolejne dekady właściwie nie znikał z ekranów. Szukał dla siebie kolejnych intrygujących ról, nie pozwalał się zaszufladkować. Jego przyjaciel i wieloletni mentor, dramaturg i scenarzysta Horton Foote uważał, że Duvall świetnie wczuwa się w postaci zwyczajnych ludzi, ale aktor równie chętnie angażował się w produkcje, które przełamywały ten schemat.
Równie wiarygodnie wypadał jako nazistowski generał w „Orzeł wylądował”, jak i jako doktor Watson w przewrotnej „Obsesji Sherlocka Holmesa”. W 1977 r. zadebiutował jako reżyser dokumentem „We’re Not the Jet Set” o rodzinie od pokoleń biorącej udział w rodeo. Dwa lata później rola wojskowego tyranizującego rodzinę w „Wielkim Santinim” przyniosła mu trzecią nominację do Oscara, jednak dopiero czwarta, za „Pod czułą kontrolą”, dała mu nagrodę, jednocześnie symbolicznie zamykając pierwszy, najbardziej zróżnicowany etap jego kariery.
W późniejszych latach wciąż grywał bardzo dużo, a w jego filmografii dominują propozycje ciekawe, udane lub przynajmniej interesujące. Rzadko zdarzały mu się potknięcia, nawet gdy wybierał epizodyczne role w tytułach komercyjnych. Nietrudno odnieść wrażenie, że nawet jeśli jego filmografia z późnego okresu wydaje się mniej fascynująca niż wczesne dokonania, to dlatego, że to kino się zmieniało, a nie sam Duvall. Jak zawsze nie unikał ani kameralnych dramatów (świetny policyjny thriller „Barwy”, ekranizacja „Opowieści podręcznej”), ani blockbusterów („Szybki jak błyskawica”), wrócił też z sukcesami do telewizji, grając m.in. w popularnym serialu „Na południe od Brazos” oraz tytułową rolę w dramacie „Stalin”. Okazyjnie wracał także na scenę.
Nie mógł narzekać na brak propozycji, lecz coraz rzadziej dostawał role na miarę swojego talentu. Nie znaczy to, że rozmieniał się na drobne, miał przy tym szczęście do świetnych reżyserów, jednak sporo tytułów w jego późnej filmografii to zapychacze. Czasami udane, zręcznie nakręcone i nieźle obsadzone, ale drugorzędne. Nieustająco jednak potrafił wykreować aktorskie perełki: zmęczony pracą policjant tropiący ogarniętego szałem urzędnika (Michael Douglas) w „Upadku”, uparty prawnik w „Adwokacie”, surowy patriarcha prawniczego rodu oskarżony o spowodowanie śmiertelnego wypadku w „Sędzim” (dwie ostatnie role przyniosły mu kolejne oscarowe nominacje) to postaci, które stały się emblematyczne dla jego późnej kariery – nieoczywiste, skomplikowane mimo prostych kulturowych skojarzeń, jakie początkowo ze sobą niosą.
Czytaj też: Jazzowa sensacja Berlinale. Kino wreszcie zrozumiało Billa Evansa. W jego muzyce była rozpacz
Czuły konserwatysta
Nakręcony w 1997 r. „Apostoł” był chyba spełnieniem jego zawodowych ambicji. Duvall nie tylko zagrał w nim główną rolę (bez zaskoczenia: nominowaną do Oscara) – pastora Zielonoświątkowców, który zabija kochanka swojej żony i ucieka, szukając sposobu na odkupienie swoich grzechów – lecz także napisał scenariusz, wyreżyserował i współprodukował film. To był projekt, nad którym myślał podobno od lat 60., zainspirowany kazaniami wygłaszanymi przez pastorów. „To było dobre uczucie. Była w nim prostota, zrozumienie i poczucie lokalności. Kazania to jedna z wielkich amerykańskich form sztuki. Mają rytm i harmonię i nikt o tym nie wie poza samymi kaznodziejami”, opowiadał w rozmowie z „New York Timesem”. Być może to jedna z najważniejszych ról w jego karierze, nie tyle ze względu na wagę filmu skądinąd bardzo udanego, ile dla zrozumienia Duvalla jako człowieka: tradycjonalisty i konserwatysty (przez wiele lat był zadeklarowanym wyborcą Republikanów, choć przestał otwarcie popierać partię dobrą dekadę temu, gdy uznał, że zmierza w złym kierunku), który nieustannie szuka swojej życiowej drogi.
Niemal do końca życia pozostawał zawodowo aktywny. Ostatnie role zagrał kilka lat temu w zrealizowanych dla Netflixa „Rzucie życia” oraz „Bielmie”. Zmarł w domu, o czym media poinformowała Luciana Duvall, jego czwarta żona. Miał 95 lat, ponad siedem dekad spędził przed kamerą lub na teatralnych deskach.