Przejdź do treści
Reklama
Reklama
Kultura

Emancypacja i ekstaza. „Testament Ann Lee” odkrywa roztańczoną wizjonerkę

„Testament Ann Lee” odkrywa roztańczoną wizjonerkę. „Testament Ann Lee” odkrywa roztańczoną wizjonerkę. mat. pr.
Dlaczego w XXI w. potrzebujemy opowieści o XVIII-wiecznej mistyczce, którą zwolennicy ogłosili żeńskim Chrystusem? Odpowiedź przynosi nietypowy musical „Testament Ann Lee”, o którym opowiadają „Polityce” jego twórczynie.

Reżyserka Mona Fastvold scenariusz napisała wspólnie ze swoim życiowym partnerem Bradym Corbetem, twórcą oscarowego „Brutalisty”, a realizację wsparły polska producentka Klaudia Śmieja i kostiumografka Małgorzata Karpiuk. Projekt nie tylko odkrywa fascynującą, zapomnianą postać historyczną, ale i staje się aktualnym komentarzem w dyskusji o równouprawnieniu, wolności wyznania i autonomii kobiecego ciała.

Gdy pytam reżyserkę, dlaczego w szalonym świecie Trumpa biografia Ann Lee jest warta przypomnienia, Mona Fastvold daje prostą odpowiedź: – Dlaczego, do diabła, mamy się nią nie zajmować? Kiedy ją odkryłam, nie mogłam uwierzyć w swoje szczęście – mówi z wyczuwalną pewnością siebie. – Pomyślałam, że to dar: odkryć postać historyczną, która została całkowicie pominięta w historii. Postać, która niemal zniknęła w czasach dominujących liderów rządzących poprzez strach i zastraszanie. A przecież obok wszystkiego, co stworzyło Amerykę, była ta kobieta i jej idee dotyczące wolności słowa, wolności religii oraz całkowitej równości społecznej, ekonomicznej, płciowej i rasowej. To były fundamenty, na których zbudowano to społeczeństwo. Oczywiście otaczali ją głęboko religijni ludzie – wierzący w powtórne przyjście Chrystusa w osobie kobiety. Uznawali, że Bóg jest zarówno męski, jak i żeński, praktykowali celibat. Na tym polegał fenomen sekty szejkersów.

Czytaj też: Rusza Berlinale! Kto powalczy o nagrodę? Na te filmy czekamy szczególnie

Mistyczny trans

Zjednoczone Towarzystwo Wyznawców Powtórnego Przyjścia Chrystusa, o zmierzchu i narodzinach którego opowiada film, to jedno z najbardziej radykalnych i fascynujących zjawisk religijnych w historii Ameryki. Ich praktyki były tak wyjątkowe, że jednocześnie przyciągały gorliwych konwertytów i budziły powszechne osłupienie. Radykalnie zrywały z chłodnymi, intelektualnymi zasadami protestantyzmu. Fundamentem rytuału był wibrujący taniec. Wierni zbierali się w prostych, drewnianych salach spotkań i przez długie godziny kiwali się i poruszali w rytmicznym, wywołującym drżenie tańcu. Nie robili tego dla przyjemności, był to akt duchowej higieny – wstrząs mający dosłownie wyrwać grzech z ciała, oczyścić duszę, prowadząc do stanu niewinności sprzed Upadku.

Mona Fastvold ukazuje to jako hipnotyczny, niemal transowy obrzęd, jakby jednostka rozpływała się w ciele wspólnoty. Oglądając film, trudno jednak uwolnić się od wątpliwości, czy osobliwe rytuały są autentyczne, czy to tylko wyobraźnia twórczyni? – Trochę jedno i drugie – śmieje się reżyserka. – Sama mam doświadczenie taneczne z dzieciństwa, więc łatwo mi było operować ruchem. Istnieją jednak opisy ich tańców – uderzali się w klatki piersiowe, drapali, rzucali na ziemię, wydawali dźwięki, płakali i śpiewali przez wiele godzin, aż sąsiedzi wzywali policję. Wiele z tego ruchu narodziło się z improwizacji podczas prób – zaczynaliśmy od oddawania czci i uwalniania cierpienia, a wzorce ruchowe wyłaniały się naturalnie z długiego tańca. Dla mnie było to wsparte realizmem.

Szejkersi uznawali abstynencję seksualną za znak wybrania. Dla Ann Lee, której osobiste doświadczenia były traumatyczne, współżycie płciowe stanowiło esencję grzechu pierworodnego. Celibat nie wiązał się z dyscypliną – był objawieniem. Szejkersi wierzyli, że żyją w erze Królestwa Bożego, gdzie dzięki nawróceniu biologiczna reprodukcja ustąpi miejsca duchowym narodzinom. Członkowie wspólnoty świadomie skazywali się więc na wymarcie, co tylko potwierdzało akt ich radykalnego zerwania ze światem.

W Ann Lee wciela się hollywoodzka gwiazda Amanda Seyfried, którą w tym sezonie podziwialiśmy w erotycznym horrorze „Pomoc domowa”. Zapytana przeze mnie, jak się czuła, wchodząc w skórę żeńskiej wersji Jezusa Chrystusa, twierdzi, że granie dziewczyny obdarzonej tak wielką pewnością siebie dawało jej poczucie stabilności. – Granie kogoś tak silnego w swoich przekonaniach bywa onieśmielające, bo sama tak się nie czuję w życiu. Ale możliwość zaabsorbowania tej perspektywy była atrakcyjna. Każda rola to szansa na poznanie czegoś nowego. Poczucie braku wątpliwości było bardzo ciekawe. Można to nazwać naiwnością, szaleństwem lub desperacją, ale dla Ann Lee i jej wyznawców było to niezwykle pozytywne. W pełni rozumiałam, co się z nią stało i jak doszło do tego, że uwierzyła, iż jest żeńskim Chrystusem.

Czytaj też: Jazzowa sensacja Berlinale. Kino wreszcie zrozumiało Billa Evansa. W jego muzyce była rozpacz

Analfabetka i wizjonerka

Ann Lee urodziła się w 1736 r. w Manchesterze, w biednej, wielodzietnej rodzinie. Jako analfabetka, pracująca w fabryce tekstyliów, po dołączeniu do grupy Trzęsących się Kwakrów (Shaking Quakers) w 1774 r. poprowadziła garstkę wyznawców do Ameryki, gdzie w Niskayunie koło Nowego Jorku założyła utopijną wspólnotę. Charyzmę zawdzięczała nie wykształceniu, lecz doświadczeniom granicznym: przemocy domowej, przymusowemu małżeństwu, śmierci czworga dzieci. W kulturze, która widziała w cierpieniu kobiet karę boską lub naturalny porządek, Lee dokonała rewolucyjnej alchemii: przekształciła osobistą klęskę w uniwersalne przesłanie o grzechu świata. Jej autorytet wynikał z bólu – mówiła nie z pozycji teologa, lecz ekspertki od krzywdy, co dla pozbawionych praw kobiet i robotników było bardziej przekonujące niż kazania uczonych mężów.

Jako analfabetka i imigrantka była uosobieniem społecznej słabości. A jednak to właśnie ta słabość stała się jej siłą. Władza, którą posiadała, była całkowicie nieziemska – opierała się na wizjach i objawieniach. Nie można jej było zakwestionować racjonalnymi argumentami. Film pokazuje, jak mężczyźni (nawet jej przemocowy mąż Abraham) początkowo pełni sceptycyzmu, poddają się jej woli, bo ta pochodzi z rejonów dla nich niedostępnych.

Lee stworzyła wspólnotę odwracającą tradycyjne role. Kobiety i mężczyźni mieli być traktowani równo, żyli w osobnych celach, a przywództwo duchowe często spoczywało na siostrach. To nie była tylko teoria, lecz praktyczna terapia dla kobiet uciekających przed przemocą, biedą lub przymusowymi małżeństwami. Oaza szejkersów pełniła funkcję bezpiecznego azylu, była przestrzenią resocjalizacji, gdzie kobiece doświadczenie nie było obarczane piętnem, przeciwnie – budowało nową duchowość.

Dla wyznawców Ann Lee uosabiała drugie przyjście Chrystusa. Nie uważali, że zastąpiła Jezusa, ale że dopełniła dzieło odkupienia. Jeśli pierwsze przyjście Zbawiciela w postaci męskiej odkupiło ducha, to drugie przyjście w postaci żeńskiej odkupywało materię, ciało, a przede wszystkim – grzech seksualności i uprzedmiotowienie kobiety związane z biblijną Ewą. To była radykalna teologia gender.

Aktorka Amanda Seyfried gra tę rolę z męczącą świadomością jej ciężaru. Mesjanizm nie jest tryumfalny, lecz pełen duchowej agonii, zwątpienia i poczucia osamotnienia. Kreacja Amandy świetnie tłumaczy, dlaczego Lee potrafiła dać kobietom bezprecedensową władzę duchową i społeczną, a jednocześnie skazała ruch na zagładę.

Po śmierci przywódczyni sekty w 1784 r. nie było następcy – nikt nie mógł zastąpić żeńskiego wcielenia Chrystusa. Szejkersów czekało powolne wymieranie, a ich niezwykłe dziedzictwo równości i pacyfizmu pozostało jak piękna, zamknięta księga. W napisach końcowych podana jest informacja, że współcześnie jedynie dwie osoby wyznają kult Ann Lee.

Film nie gloryfikuje jej historii. – Opowiadając ją, zdecydowałam się jej nie oceniać ani nie demontować jej legendy. Nie chciałam też budować jej pomnika. Sama nie jestem religijna – przyznaje reżyserka. – Oczywiście, że wyznawcy Ann Lee byli fanatykami, ale chciałam zrozumieć, skąd brała się ta determinacja i oddanie. Myślę, że ona jest portretem swoich czasów. Wtedy niemal każdy wyznawał jakąś religię z ogromnym oddaniem, ponieważ ludzie mieli tak mało odpowiedzi i musieli jakoś nadać sens otoczeniu. Z naszej nowoczesnej perspektywy powiedzielibyśmy o większości ludzi z tamtego okresu, że byli fanatykami, bo ich oddanie religijne było dla nas przytłaczające i niezrozumiałe.

Ann Lee, poprzez swoją doktrynę, chciała zmazać nie tylko grzech, ale i przekroczyć człowieczeństwo w jego biologicznym, zwierzęcym wymiarze. Jej sekta była ostatnią, desperacką próbą zbudowania raju na ziemi, zanim nowoczesność, industrializacja i stary, grzeszny świat ostatecznie zatriumfowały.

Czytaj też: Berlinale: „Zbawienie”, czyli Smarzowski po turecku. Tak się rodzi przemoc absolutna

Mistyczny musical

Fastvold i Seyfried przypominają o cenie takiego marzenia, niegasnącej sile kobiecości, odwadze bycia dla swoich wyznawców zarówno Matką, jak i Bogiem. Tytuł też nie jest przypadkowy. Zamiast klasycznej biografii, autorki proponują spekulatywną reinterpretację, odważne artystyczne rozliczenie z przeszłością i jej wpływem na naszą teraźniejszość.

Najdziwniejsze jest jednak to, że Fastvold opowiada tę historię w formie musicalu, co – wbrew pozorom – jest wyborem naturalnym. Dla szejkersów śpiew i ekstatyczny taniec były nieodłącznym elementem modlitwy, sposobem na duchowe odrodzenie. Film, realizowany z rozmachem na taśmie 35 mm, a następnie powiększany do 70 mm, jest wizualną ucztą i hołdem dla tamtego czasu. Scenografia i ręcznie szyte kostiumy, stworzone przez Małgorzatę Karpiuk, przywodzą na myśl surową elegancję znanych z minimalistycznego designu kwakrów.

Kluczową warstwę stanowi muzyka autorstwa zdobywcy Oscara Daniela Blumberga. Czerpie ona z autentycznych hymnów szejkersów, przekształcając je w hipnotyczne, nierzadko niepokojące sekwencje, dalekie od konwencji broadwayowskiego musicalu. Choreografia Celii Rowlson-Hall zamienia zbiorową modlitwę w intensywny, fizyczny performans, w którym drżenie staje się wyrazem duchowego uniesienia, co czasami niestety wydaje się niezręcznie wystylizowane, sztuczne.

Sercem filmu jest porywająca rola Amandy Seyfried, uważana za przełomową w jej karierze. Gwiazda musicalu „Mamma Mia!” dokonuje niesamowitej transformacji. Jej Ann Lee to postać psychologicznie mocno niejednoznaczna. Charyzmatyczna przywódczyni o żelaznej woli, która w patriarchalnym świecie ośmieliła się wywalczyć własną przestrzeń i zdobyć głos. Z drugiej strony kobieta zraniona, której duchowość rodzi się z głębokiego cierpienia: przemocy, wymuszonego małżeństwa i bólu utraty dzieci.

Pierwsza feministka

Seyfried pokazuje, jak kobiece doświadczenie mistyczne może być odpowiedzią na opresję. Jej ekstaza jest nie tylko religijna, ale i wyzwalająca społecznie. W scenach muzycznych aktorka nie dąży do „pięknego” śpiewu; jej głos staje się zwierzęcym krzykiem, lamentem, aktem wyzwolenia, chociaż nie zawsze brzmi to wiarygodnie. Film nie przedstawia jej ani jako świętej, ani jako hochsztaplerki, pozostawiając widzowi miejsce na własną interpretację.

W kontekście społecznym Lee jawi się jako prekursorka feminizmu. Jej wizja wspólnoty, gdzie mężczyźni i kobiety są równi, a tradycyjna struktura rodziny zostaje zastąpiona bratersko-siostrzanymi relacjami, była aktem buntu przeciwko światu, w którym kobieta stanowiła własność męża, a jej głównym przeznaczeniem było rodzenie dzieci. Upór w kwestii pacyfizmu, za który prześladowano ją zarówno w Anglii, jak i w rewolucyjnej Ameryce, nabiera szczególnej wagi w kontekście współczesnych konfliktów.

„Testament Ann Lee”, choć nie jest dziełem wybitnym, przypomina, że walka o równouprawnienie ma długą i złożoną historię, której korzenie często tkwią w ruchach religijnych czy utopijnych. Film wszedł do dystrybucji w USA pod koniec ubiegłego roku. W Berlinie został pokazywany poza konkursem. Być może dlatego, że wydaje się dziełem niewygodnym i radykalnym, nie spodobał się amerykańskiej widowni, o czym świadczy skromny wynik box-office’u (niecałe 2,2 mln dolarów ze sprzedaży biletów przy budżecie 10 mln). Na polskie ekrany wejdzie 13 marca.

Reklama

Czytaj także

null
Świat

Akta Epsteina. Światowe elity na widelcu, skala jest oszałamiająca. Kogo jeszcze zatopi tsunami?

Tony dokumentów z archiwum Jeffreya Epsteina to materiał, jakiego jeszcze nie było. Potężna kompromitacja amerykańskich i globalnych elit. I służby specjalne w tle.

Tomasz Zalewski z Waszyngtonu
11.02.2026
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną