Sir Patrick Stewart nie żyje. Ta kariera to więcej niż „Star Trek”. Był ikoną popkultury i socjalistą
Gdy w drugiej połowie lat 80. Patrick Stewart podpisał kontrakt na rolę kapitana Jean-Luca Picarda w serialu „Star Trek: Nowe pokolenie”, dziennik „Los Angeles Times” nazwał go „nieznanym brytyjskim aktorem szekspirowskim”. To był jednak bardzo amerykański punkt widzenia. 46-letni wówczas Stewart miał już za sobą doceniane przez widzów i krytyków występy w serialach – w tym cieszącym się olbrzymim powodzeniem widowisku „Ja, Klaudiusz” – i filmach, m.in. „Diunie” Davida Lyncha oraz arturiańskim „Excaliburze” Johna Boormana. Od dawna był również związany z teatrem: w latach 1966–1982 należał do Royal Shakespeare Company, później dołączył do zespołu National Theatre, występował również na Broadwayu. Za rolę w „Antoniuszu i Kleopatrze” zdobył nagrodę im. Laurence’a Oliviera.
Trudno więc było go nazwać aktorem „nieznanym”. Choć wszystko zależy od perspektywy: on sam podobno nie zdawał sobie sprawy, jakim kulturowym fenomenem był w Stanach Zjednoczonych „Star Trek”, i przez dłuższy czas wahał się, czy podpisać wieloletni kontrakt, także dlatego, że nie wierzył w powodzenie „Nowego pokolenia”. Sukces jednak okazał się olbrzymi, Patrick Stewart do końca życia zrósł się z rolą Picarda (nawet ktoś, kto nie widział ani jednego odcinka, zna zapewne memy z kapitanem łapiącym się za głowę) – powtarzał ją zarówno w filmach kinowych, jak i serialach – lecz nigdy nie pozwolił, by jego kariera była podporządkowana „Star Trekowi”.
Zawsze pozostawał za to wierny teatrowi: gdy praca nad „Star Trekiem” na długi czas zatrzymała go w Stanach Zjednoczonych, a napięty grafik nie pozwalał mu na próby sceniczne, występował w monodramach lub spektaklach, w których sam odgrywał wszystkie role: w jednej z inscenizacji „Opowieści wigilijnej” odtwarzał aż czterdzieści postaci.
Patrick Stewart: od „Star Treka” do „X-Men”
Nie unikał kina gatunkowego. W jego dorobu można znaleźć thrillery, komedie romantyczne, widowiska science fiction. Do każdej roli podchodził z pełnym profesjonalizmem. Jego Profesor Charles Xavier, założyciel szkoły dla młodych mutantów w serii „X-Men”, nie jest stereotypowym mędrcem-telepatą z komiksów. To człowiek o skomplikowanym charakterze, mentor przyjaźniący się ze swoim największym wrogiem Magneto, którego grał Ian McKellen. Aktorzy przyjaźnili się także prywatnie, a McKellen poprowadził nawet ceremonię ślubu Stewarta z Sunny Ozell w 2013 r. W filmie „Logan: Wolverine” grał Xaviera u schyłku życia, zniedołężniałego, zależnego od opieki, ale do końca zachowującego godność.
Był także fenomenalnym aktorem dubbingowym – w tej dziedzinie miał zresztą okazję wykazać się dystansem do własnej kariery: dał głos Szekspirowi w komedii „Gnomeo i Julia”, występował gościnnie w serialach „Głowa rodziny”, „Simpsonowie” i „Futurama”, wreszcie zgodził się zagrać emoji kupy w „Emotkach” oraz odciętą świńską głowę w serialu „Przynęta”. Zgoda, to nie zawsze wyrafinowany humor, ale dla Stewarta takie epizody były odskocznią od teatralnych wyzwań.
Kino – poza wspomnianymi już blockbusterami – nie do końca umiało go jednak zagospodarować. Dostawał niewiele naprawdę interesujących ról, choć jeśli trafił mu się dobry scenariusz, dawał z siebie wszystko. W thrillerze „Sala strachu” zagrał przywódcę gangu neonazistów, tworząc przerażającą, na długo zapadającą w pamięć kreację. W produkcjach telewizyjnych stał się specjalistą od ról literackich i historycznych: oprócz licznych realizacji szekspirowskich grał m.in. kapitana Ahaba w ekranizacji „Moby Dicka” (dostał za tę rolę nominację do Złotego Globu), Scrooge’a w „Opowieści wigilijnej”, Karlę, sowieckiego arcywroga George’a Smileya, w serialowych ekranizacjach powieści Johna le Carrégo („Druciarz, krawiec, żołnierz, szpieg”, „Ludzie Smileya”), a także Włodzimierza Lenina w serialu „Upadek orłów” oraz Władysława Gomułkę w telewizyjnym filmie „Papież Jan Paweł II”.
Sny o lataniu. Trudne dzieciństwo Patricka Stewarta
Jego przyjaciele wspominają go jako człowieka dowcipnego, czułego, wrażliwego na krzywdę innych. Był też zaangażowany w działalność społeczną. Uważał samego siebie za socjalistę, był członkiem Partii Pracy, zdeklarowanym przeciwnikiem brexitu. Krytycznie wypowiadał się o rosnącej w siłę prawicy, także o prezydenturze Donalda Trumpa. Sporo czasu poświęcał na działalność charytatywną: od wspierania ofiar przemocy domowej (której sam doświadczył w dzieciństwie), poprzez kampanie na rzecz prawa do godnej śmierci, po adopcję psów ze schronisk. Ze swojej sławy uczynił narzędzie pozwalające mu działać na rzecz innych. Zawsze też pamiętał o trudnym dzieciństwie spędzonym w Mirfield, niewielkim miasteczku w hrabstwie Yorkshire. Najmłodsze lata przypadły na czas wojny i powojennego kryzysu. Wraz z dwójką braci wychowywany był twardą ręką przemocowego ojca, weterana II wojny światowej cierpiącego na zespół stresu pourazowego. Zainteresowanie teatrem i aktorstwem zawdzięczał nauczycielowi z anglikańskiej szkoły w Mirfield.
„Miałem wiele snów o lataniu. Uwielbiałem je. Żeby wznieść się w powietrze, musiałem tylko delikatnie poruszać ramionami w górę i w dół. Wzlatywałem coraz wyżej i wyżej, bez strachu, aż docierałem do punktu, w którym ustawiałem się poziomo. Stamtąd pikowałem w dół, wyrównując lot i pędząc tuż nad ziemią. Potem podnosiłem głowę i znów leciałem w górę. Z jakiegoś powodu w tych snach nigdy nie wznosiłem się ponad nie. Może dlatego, że od chłopców z Mirfield, takich jak ja, nie oczekiwano wielkich ambicji. A na pewno żadnych, które mogłyby zaprowadzić mnie w kosmos” – pisał w wydanych kilka lat temu wspomnieniach „Making It So”.
Patrick Stewart zmarł 28 października 2026 r. po chorobie Alzheimera i otępieniu z ciałami Lewy’ego. Miał 86 lat. Ostatnią rolę – ponownie wcielił się w postać profesora Xaviera – zagrał w filmie „Avengers: Doomsday”, który wejdzie na ekrany kin w grudniu.