Recenzja filmu: „O krok od sławy”, reż. Morgan Neville
Film przybliża mechanizmy robienia karier w przemyśle muzycznym za oceanem.
Film przybliża mechanizmy robienia karier w przemyśle muzycznym za oceanem.
Znakomicie skonstruowana, mądrze opowiedziana historia wykracza daleko poza ramy kina familijnego, chociaż powinni ją obejrzeć wszyscy.
Ekranizacja XIX-wiecznej romantycznej powieści Heinricha von Kleista.
Ponadczasowa historia o niemożliwym porozumieniu i nienawiści, która niszczy i zżera człowieczeństwo.
W zależności od nastroju i poczucia humoru, można nazwać „Wilgotne miejsca” niemiecką wersją „Trainspotting”, „C.R.A.Z.Y” albo „Nimfomanki”. Wszystkie te porównania są jak najbardziej uprawnione i nie znaczą wcale, że film Davida F. Wnendta wypada na ich tle wtórnie.
Subtelna historia związku starszego mężczyzny z młodym przybyszem z Ukrainy, która zaczyna się od płatnej usługi seksualnej.
Mimo dramaturgicznej niedoskonałości film warto obejrzeć choćby dlatego, by obserwować dynamiczny rozwój reżysera.
To, co oglądamy, w formacie serialowego odcinka pewnie by się sprawdziło, lecz nie na dużym ekranie.
Zręczna stylizacja na krwawe kino Peckinpaha czy Refna wsparta zabawą w western à la Sergio Leone.
Debiut zaliczony, czekamy na następny film.
Czarno-białe powstanie nabiera współczesnych barw. Wydaje się jeszcze bardziej tragiczne.
Filmowi nie pomaga zachowawcza, naiwnie melodramatyczna konwencja.
Nuda zagrana w filmie Pfistera doskonale.
To niezwykłe uczucie: oglądać film o człowieku, który wygrał z okrutną historią i który zarazem jest bliskim kolegą z redakcji, niezmiennie imponującym wigorem i radością życia.
Mimo nagromadzenia przemocy i okrucieństwa w tym dramacie zemsty dominuje zgoła odmienna, wyciszona, wręcz metafizyczna refleksja, kierująca uwagę na sprawy natury ogólniejszej.
Dominują długie, powolne ujęcia w szarości. Trudno mówić o przyjemności oglądania filmu. Usunąć z pamięci też się go nie da.
Dla świetnych zdjęć i gry aktorskiej warto film zobaczyć.
Na podwójnym albumie wydanym przez Narodowy Instytut Audiowizualny znalazło się 9 tytułów, w tym głośne „Istnienie”.
Tym, którzy w okresie okołowielkanocnym mają potrzebę przeżyć eschatologicznych, radzę, by wybrali Jamesa Franco zamiast okupujący właśnie nasze ekrany amerykański kicz biblijny.
Amerykański debiut znakomitego południowokoreańskiego reżysera.