Fragmenty książek

To nie tak, że starzy interesowali się nami, tylko gdy coś poszło źle. Fragment książki „Gruby”

Okładka książki „Gruby” Okładka książki „Gruby” mat. pr.
Nie powiem, że wychowała mnie ulica, bo to bzdura. Jaka ulica, dajcie spokój. Ale Seba często tak mówił.

Jak masz prawie dwanaście lat, a nawet jak już masz skończone dwanaście, to większość swoich porażek i dołów przeżywasz sam, a już na pewno bez reakcji ze strony starych. Starzy nie reagują, bo albo ci naprawdę wierzą, kiedy ich zbywasz, albo zwyczajnie wcale ich to nie interesuje.

Ale jak mama ma lepszy dzień, co zdarza się dość rzadko, zresztą sam nie dostarczam jej ku temu wielu powodów, i nie udaje mi się jej spławić albo ewidentnie widać po mnie, że coś jest bardzo nie halo, to nawet przesadnie nie drąży, tylko zamyka się w kuchni, gdzie jara szluga za szlugiem nad wielkim garem sosu bolońskiego, którym zaczyna pachnieć w całej okolicy, przez co wszyscy sąsiedzi wiedzą, że w domu dół jak chuj.

Oczywiście i ja go czuję, a jak zawieje, to nawet kawałek od domu. Wiem wtedy, że jak wrócę, to dostanę wielką porcję makaronu obficie polaną sosem i przykrytą serem tak, że nie będzie spod niego widać talerza. I dzień od razu stanie się odrobinę znośniejszy.

Czułem ten sos, wjeżdżając do miasteczka, gdy wracałem z obozu, a wcześniej w dniu rozdania świadectw prawie że od szkoły, bo oboje wiedzieliśmy przecież, że nie będzie czego nadmiernie świętować. Niby człowiek wie od dawna, ale co innego wiedzieć, co innego zobaczyć na papierze.

Czułem ten zapach pierwszego dnia szkoły, gdy wcale do niej nie wróciłem, o czym matka nie wiedziała, ale poczułem go także pierwszego prawdziwego dnia szkoły, kiedy poznałem Sebę.

Ucieszyłem się, a zaraz potem strasznie zestresowałem, bo pomyślałem, że musiało się stać coś złego, i to coś, o czym mama już wiedziała, a ja miałem się dopiero dowiedzieć.

Podobny rodzaj stresu do tej pory towarzyszył mi chyba tylko w chwilach, gdy z okna swojego pokoju na piętrze widziałem, jak matka wraca z wywiadówki szybszym niż zazwyczaj krokiem, co było sygnałem, że nie usłyszała tam niczego miłego na mój temat, wręcz przeciwnie, więc i ja nie miałem co liczyć na to, że usłyszę coś miłego od niej. Działo się tak właściwie po każdym zebraniu i wiedziałem, że będzie dziać się nadal, ale jednak, z jakiegoś powodu, za każdym razem mnie to zaskakiwało i wpędzało w nerwówkę, co załagodzić mogła tylko paczka grubych Laysów albo rogal Star Foods, skitrane w pojemniku na pościel specjalnie na tego typu okazje.

Ale teraz był dzień, nie wieczór, nie miałem pojęcia, kiedy jest najbliższe zebranie, bo starałem się o takich rzeczach raczej nie pamiętać.
Zacząłem wołać mamę już w drzwiach i gorączkowo szukać jej po różnych pomieszczeniach, ale znalazłem tylko gar z sosem na wolnym ogniu w kuchni.

W końcu zdyszany wpadłem na nią, wybiegając za dom. Nie była w ogóle zmarszczona czy zła. Powiedziała z uśmiechem, że cieszy się że już jestem, bo ugotowała dla mnie moje ulubione danie, tak po prostu, bez powodu, pomyślała, że będzie mi miło.

I faktycznie było, ale za bardzo trzymał mnie jeszcze stres, więc zamiast powiedzieć: dziękuję, mamo, rzuciłem tylko: ja pierdolę, mamo, dopiero co schudłem, i zostawiłem ją, osłupiałą i zawiedzioną, na podwórzu, a sam pobiegłem do swojego pokoju. Wkurzony i wciąż zestresowany, zgarnąłem po drodze całą michę makaronu z sosem. Nie zapomniałem oczywiście grubo posypać serem.

***

To nie tak, co nie, że starzy interesowali się nami, tylko gdy coś poszło źle, albo że tak ogólnie nie bardzo o nas dbali. Dbali o nas na maksa, dlatego właśnie ich nigdy nie było.

Że ojciec wypłynął na długo na ocean, to jedno, drugie, że jak się nigdzie dalej nie ruszał, to realnie widywałem go tylko wieczorami, gdy wracał z połowu. Ledwo wziął prysznic, a zasypiał przed telewizorem z bosmanem w ręku, po pierwszym łyku. Też bym tak robił na jego miejscu, bo jak tylko przejawiał jakieś oznaki energii, to go matka goniła do pomocy przy pokojach. Dlatego zwykle goniła mnie.

Gdy poza sezonem matka nie miała zajęcia, jeździła do któregoś z większych miast w okolicy robić to czy tamto. Przez jakiś czas sprzątała w szpitalu i codziennie po powrocie zarzekała się, że przestanie choćby i jutro, bo żaden turysta, nawet te warszawioki, nie syfi tak jak syfi chory na łożu śmierci.

Innym razem sprzedawała ciuchy na bazarze, dzięki czemu miałem całkiem spoko wiatrówkę, której zazdrościli mi chyba wszyscy w szkole, bo bardzo szybko ją ocharchali. Ale to nic nie szkodzi, nic się nie stało, była wodoodporna i mele zeszły z deszczem w drodze do domu.

Matka zawsze gdzieś się zaczepiła, żebyśmy godnie żyli, jak powtarzała, i mieli co do gara włożyć, co zresztą wydawało się nawet ważniejsze, przynajmniej mnie. I faktycznie mieliśmy. Jakby tak pomyśleć, to ostatecznie niczego mi nie brakowało. Poza rodzicami, oczywiście.

Nie powiem, że wychowała mnie ulica, bo to bzdura. Jaka ulica, dajcie spokój. Ale Seba często tak mówił. Rzucał ten tekst od niechcenia, jako odpowiedź na każdą naszą wątpliwość albo wytłumaczenie swojego zachowania. Nie miało to najmniejszego sensu, niby o tym wiedzieliśmy, ale z drugiej strony strasznie nam imponowało, zwłaszcza po tym, jak pierwszy raz nam puścił Nagły Atak Spawacza z jamnika. Muzycznie, przynajmniej mnie to nie poraziło, że tak powiem. Nadal byłem na etapie fascynacji George’em Michaelem i Modern Talking, ale fakt, że oni tam rzucali kurwami i śpiewali o ruchaniu, robił niebagatelne wrażenie na dwunastoletnich umysłach.

Gdyby rodzice czy nauczyciele wiedzieli, czego tak z Sebą słuchamy, to pewnie skończyłoby się szlabanem, ale nie mieli bladego pojęcia, a myśmy po prostu na wszelki wypadek woleli nie puszczać tego głośno przy nich. Raz Mareczek się nieco zapomniał w swoim pokoju i jak jego stary usłyszał, co leci z magnetofonu, to wyrwał kasetę, wywlekł całą taśmę, po czym bezceremonialnie wyjebał ją przez okno, stwierdzając, że jego syn nie będzie słuchał jakiegoś gówna dla półdebili, tak dokładnie się wyraził, i że w jego domu nie ma miejsca dla języka jak z rynsztoka. Stary Mareczka był spawaczem.

Nowe kasety Seba puszczał nam na swoim wyjebistym boomboxie na grube paluchy w bunkrze z pornolami, którymi kompletnie straciliśmy już zainteresowanie. To był, o ile nie siedzieli w nim żadni żule, Nasz Bunkier.

Skąd masz na to kasę Seba, pytaliśmy z Mareczkiem, ale on tylko mówił, że starzy mu dają. Wierzyliśmy, bo nie znaliśmy jego starych i w ogóle, dlaczego mielibyśmy mu nie wierzyć. Nie zdążyliśmy się jeszcze skapnąć, że gościu uczy się co najmniej tak samo słabo jak ja, więc rodzice nie bardzo mają powód, żeby mu cokolwiek kupować, chyba że byli ludźmi pozbawionymi jakichś podstawowych wartości, nieznającymi zasad wychowania, poprzez które postrzegaliśmy świat.

W ogóle Seba uwielbiał się chwalić i pokazywać, co to nie on. Za każdym razem powtarzał przy tym, że nie lubi się przechwalać, ale nam to akurat powie. W zaufaniu. Bardzo to docenialiśmy. Ja chyba trochę bardziej niż Mareczek, który w ogóle był takim typem, co to niewiele go dziwiło czy robiło na nim jakieś większe wrażenie. Zwykle komentował opowieści Seby bezbarwnym „łał”, wypowiadanym w taki sposób, jakby w ogóle nie słuchał, ale ja wiedziałem, że on tak zawsze. Nawet jak kilka lat wcześniej dostał na urodziny naprawdę ekstra sterowany zdalnie samochód terenowy, to była cała jego reakcja. Łał – powiedział do ojca. Łał – powiedział do mnie, pokazując prezent. I koniec, ale znałem go na tyle, że wiedziałem, ile to jego „łał” waży – a ważyło nie mniej niż on sam, czyli no kurde niemało.

Rany, on nawet, jak latem pobiliśmy rekord na automacie z Metal Slugiem, co kosztowało nas kilkadziesiąt ziko i odrętwienie palców od napierdalania w guziki, wydusił z siebie tylko to „łał”. Nie było się czym przejmować, ale Sebę to chyba jakoś tam irytowało, bo kilka razy obruszył się na Mareczka, na mnie zresztą z jakiegoś powodu też, bo skoro tak, to on nic więcej nam już nie pokaże ani nie powie. Ostatecznie nigdy się z tych gróźb nie wywiązywał, a my chłonęliśmy wszystko jak gąbka.

Opowiadał nam najróżniejsze rzeczy, głównie o tym, co robił w poprzedniej szkole, z której go, jak się wyraził, wyjebali. Był z tego wyraźnie dumny, a ja nie bardzo wiedziałem, dlaczego niby miałby nie być.

Michał Michalski, Gruby, Wydawnictwo ArtRage, Warszawa 2023

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

null
Historia

Wanna Berlina. Tak kiedyś wypoczywano w uzdrowiskach nad Bałtykiem

O kuracjuszach w Kołobrzegu, Sopocie, Świnoujściu, Dziwnowie... Jak dawniej odpoczywano nad Bałtykiem.

Dariusz Łukasiewicz
20.07.2024
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną