Recenzja książki: Majgull Axelsson, „Ja nie jestem Miriam”
W powieściach o obozach koncentracyjnych łatwo o fałszywe tony, o patos, czasem kicz, jednak Axelsson prowadzi nas w swojej opowieści po mistrzowsku przez obozowe życie.
W powieściach o obozach koncentracyjnych łatwo o fałszywe tony, o patos, czasem kicz, jednak Axelsson prowadzi nas w swojej opowieści po mistrzowsku przez obozowe życie.
Czytelnik dowie się tu wiele o źródłach dzisiejszych amerykańskich bolączek, wśród których na pierwszy plan wybija się nadal nierozliczona kwestia niewolnictwa.
Dziś granice Europy szturmują ludzie z innym wzorcem. I o nich jest ta książka. Przy okazji trochę też również o nas.
Wszyscy tu cierpią na tę samą chorobę: Liban. Ale lekarstwa brak i takie pewnie nie istnieje.
Autor, budzi tą wybitną książką nadzieję, że wiadomość o śmierci soborowego katolicyzmu otwartego w Polsce jest przesadzona.
Smutna ballada o Jolce z Żerania, która nie umiała się sprawdzić w roli córki, siostry, żony, matki, sąsiadki, bo nie miał kto jej tego nauczyć. A może sama tego nie chciała?
Porzucenie Wrocławia na rzecz Darłowa dało prozie Krajewskiego nowy oddech.
Autorka z wielką wprawą porusza się po kulturze rosyjskiej I połowy XX wieku.
Największym problemem tej książki jest sama narracja: naiwna i egzaltowana, pełna wykrzykników, wielokropków i zaglądania pod „podszewkę świata”.
Jeden z najlepszych reportaży przetłumaczonych na polski w ostatnich latach.
Zgromadzone w zbiorze fotografie z mniejszych miejscowości obrazują ogromną inwencję Polaków w stwarzaniu pozorów upiększania przestrzeni.
Po lekturze tej powieści pozbędziemy się, przynajmniej częściowo, kompleksu wyższości wobec sąsiadów. Nie tylko nas historia nie pieściła.
Można odnieść wrażenie, że dostaliśmy 80 stron rozmowy i niewiele ponadto.
Nagromadzenie niesamowitych przypadków, zbiegów okoliczności i nagłych olśnień bohatera podważa wiarygodność całej historii.
Głód mieszkaniowy w przedwojennej Warszawie był nie mniej dokuczliwy niż w dzisiejszych miastach.
Zamiast gry literackiej otrzymujemy nużące wywody bohatera, które co raz osuwają się w banał i w jakieś podejrzane egzaltacje.
Dokumentacja największych osiągnięć Krzyszkowskiej, ale nie tylko czarno-białe zdjęcia decydują o jego wartości.
Trudno o bardziej literacko zagospodarowany temat niż macierzyństwo – tutaj ukazane mniej tradycyjnie, bo jako doświadczenie ekstremalne.
Wojenni weterani wspominają swoich kolegów, którzy do ZSRR wrócili w cynkowych trumnach.
Manifest polityczny, nawołując do snu jako buntu. Aż trudno potem beztrosko zmrużyć oko.