Yehuda Prokopowicz dla „Polityki”: Teraz chcę dla was zagrać
Yehuda Prokopowicz dla „Polityki”: Pokochałem publiczność. Ona, jak widać, mnie też
DOROTA SZWARCMAN: – Poprosiliśmy czytelników o pytania do pana i otrzymaliśmy ich bardzo dużo. Zacznę od takiego, które mogłoby paść i w naszym imieniu: „Czy Paszport Czytelników POLITYKI wnosi coś nowego do pana życia?”.
YEHUDA PROKOPOWICZ: – Na pewno wnosi. Przede wszystkim poczułem satysfakcję, że ludzie chcą mnie słuchać, a także głosować na mnie. Już samo zdanie sobie sprawy, jak pokochałem publiczność i ona, jak widać, mnie też, jest czymś wspaniałym. A poza tym zdarzyło się już, że mnie zaproszono na koncerty – ostatnio do Poznania – m.in. właśnie dlatego, że zdobyłem tę prestiżową nagrodę.
I pytanie związane z tym tematem: „Jak radzi pan sobie z wybuchem popularności po udziale w konkursie chopinowskim?”.
Chyba dobrze. Przede wszystkim mam większą motywację do pracy. Liczba koncertów, jakie mam, po pierwsze uczy mnie bycia na scenie, a po drugie rodzi potrzebę przygotowywania nowego repertuaru. Gdyby nie te koncerty, nie wiem, czy miałbym aż taką motywację.
To zdanie od czytelniczki muszę panu po prostu przeczytać: „Czy ma pan świadomość tego, że zebrała się już spora grupa fanek i fanów w słusznym wieku, którzy nie bacząc na przeciwności losu, potrafią wsiąść w pociąg i przejechać kilkaset kilometrów tylko po to, żeby wziąć udział w pana występie?”.
Wow! To niesamowite, dziękuję!
Rzeczywiście niesamowite jest, że czasem wręcz słuchacze załatwiają panu koncerty.
To prawda, tak się stało w Lublinie, gdzie pani Magdalena Pielecha wyprosiła u organizatorów zaproszenie mnie. Ten koncert sprawił mi szczególną przyjemność. Poczułem na sali ogromne ciepło i radość od ludzi, którzy przyszli, bo chcieli mnie posłuchać. I mnie sprawiło to tym większą satysfakcję z tego, że mogłem dla nich zagrać.
To jest sprzężenie zwrotne.
Tak.
Ktoś pyta, jak słyszy pan ciszę przed pierwszym dźwiękiem. To pytanie nawiązuje pewnie do pana zwyczaju, który stał się już słynny: przed rozpoczęciem gry patrzy pan przez pewien czas gdzieś w przestrzeń – czy w publiczność, czy ponad publiczność...
I tak, i tak. Oglądam też architekturę sali, którą za chwilę mam wypełnić dźwiękiem. Ten zwyczaj nauczył mnie też budowania więzi z publicznością w trochę innej sferze niż czysto muzyczna. To jest taki moment, w którym czuję jeszcze większe powiązanie z nią, dzięki czemu wydaje mi się, że lepiej mi się gra. A cisza służy właśnie do nawiązania kontaktu i wyobrażenia sobie, co zaraz nastąpi.
Ciekawe, bo wynika z tego, że nie miewa pan tremy.
Rzeczywiście mi to pomaga, trema jest znikoma, aczkolwiek nie jest tak, żeby nie było jej wcale. Tyle że jest przede wszystkim mobilizująca i koncentrująca, nie taka zniewalająca, która sprawiałaby, że nie byłbym w stanie grać.
Czytaj też: Yehuda Prokopowicz z Paszportem Czytelników „Polityki”
Bierze pan byka za rogi. Jeżeli ktoś boi się publiczności, to nie patrzy w jej stronę, a pan właśnie odwrotnie.
To jest trochę tak, jakbym jej mówił: teraz chcę dla was zagrać. Chcę, nie muszę.
Czytelnicy pytają też o emocje podczas gry.
Zastanawiałem się nad tym niedawno sam, ale też dyskutowaliśmy ze znajomymi na ten temat. Grając, próbuję jak najbardziej wejść w muzykę i stać się z nią jednością. Tak więc bardziej ona wpływa na mnie niż ja na nią; emocje, jakie odczuwam, związane są z muzyką, nie nakładam na nią własnych myśli.
Kto jest dla pana mistrzem i wzorem w rozwoju muzycznym?
Zacznę od śp. prof. Stefana Wojtasa. Wcześniej uczyłem się u pani Bożeny Dobrowolskiej i pani Marii Wosiek, a na samym początku uczyła mnie moja kochana siostra Veronika. Jednak pierwsza mistrzowska klasa była właśnie u prof. Wojtasa, który przez ponad sześć lat mnie prowadził, pokazał mi piękno muzyki i nauczył czerpać przyjemność z ćwiczeń. Nauczył mnie właściwie wszystkiego, za co jestem mu ogromnie wdzięczny. Teraz studiuję u jego ucznia, dr. Krzysztofa Książka, który jest dla mnie bardzo ważnym wzorem do naśladowania jako człowiek i jako fantastyczny pianista, jestem wielkim fanem jego gry i jego uwag. Na każdej lekcji dowiaduję się od niego czegoś ciekawego, pomaga mi w każdej sferze. A jeśli chodzi o mistrzów, których słucham i cenię najbardziej, to Krystian Zimerman, Murray Perahia, Vladimir Horowitz, ostatnio słucham też Wilhelma Kempffa. Mogę ich również nazwać moimi profesorami, ponieważ wiele się z ich gry uczę.
Na koncert którego muzyka chciałby pan pójść najbardziej?
Z nieżyjących – Horowitza.
To rzeczywiście musiałoby być wielkie przeżycie.
Tak, pojechałbym do niego wszędzie. A z żyjących na pewno na Zimermana.
A jeżeli miałby pan możność spędzić więcej czasu z którymś z kompozytorów, to z kim spotkałby się pan najchętniej?
Rozumiem, że z nieżyjących? Na pewno z Chopinem, o tym chyba nawet nie muszę mówić. Ale też bardzo chciałbym się spotkać z Bélą Bartókiem. Powoli poznaję jego muzykę i coraz bardziej ją lubię. Myślę też, że spotkanie z Aleksandrem Skriabinem mogłoby być doświadczeniem metafizycznym.
Czy lubi pan występować z orkiestrą?
Bardzo. Granie z orkiestrą mnie bardziej tremuje, nie aż tak, żebym nie chciał grać, ale technicznie to jest niełatwe, bo jak się wypadnie, to trudno się złapać. Ale podobnie jak lubię poczuć jedność z publicznością, tak z orkiestrą również. Mało mam jeszcze w tej dziedzinie doświadczeń, grałem jak dotąd tylko Koncert e-moll Chopina. Na pewno chciałbym zagrać coś bardziej symfonicznego, chociażby któryś z koncertów Rachmaninowa czy Prokofiewa, bo tam fortepian bardziej współgra z orkiestrą niż u Chopina, gdzie orkiestra jest właściwie tylko tłem dla solisty.
Ciekawe pytanie od czytelniczki: „Gdyby mógł pan zagrać jeden utwór, który najlepiej opisuje pana osobowość, co by to było i dlaczego?”.
Jeden trudno wybrać. Ale podzielę się doświadczeniem sprzed kilku dni: grałem Koncert e-moll Chopina w aranżacji na fortepian i kwartet smyczkowy. Podczas trzeciej części poczułem ogromną swobodę, świadomość, że mogę sobie tu na wszystko pozwolić – może z wyjątkiem przesadzonego tempa, bo wtedy bym się nie wyrobił. Pomyślałem wtedy, że ta część jest bardzo w moim charakterze i łączy mnie z nią radość, taneczność, nawet figlarność.
Czytaj też: Nominacja w kategorii Muzyka poważna: Yehuda Prokopowicz
Wynika z tego, że jest pan pogodną osobą.
Raczej tak. Ale uwielbiam też drugą część tego koncertu, która jest niezwykle romantyczna. Być może taki też jestem, ale to już niech ktoś inny oceni.
Jak pan podchodzi do interpretacji utworu: czy stara się pan być w zgodzie z kompozytorem i jego epoką, czy dokłada pan coś od siebie?
Zaczynam od tego, że jeśli twórca jest mi mniej znany, to staram się jak najwięcej dowiedzieć o nim i o czasie powstawania danego utworu, co kompozytor przeżywał, jaki to był okres jego życia – o ile to w ogóle można sprawdzić. Drugi etap to czytanie nut, realizacja wszystkich oznaczeń, które tam są – crescenda, diminuenda, zwolnienia itp. Gdy to, co kompozytor szczegółowo zapisał, mam już, że tak powiem, w małym paluszku, wtedy mogę sobie pozwolić na małą quasiimprowizację na temat tego utworu, szukać w nim jakichś smaczków, których kompozytor nie zapisał, ale można je dodać w ramach stylu – romantyzmu, baroku itp. W przypadku Chopina jestem w miarę zaznajomiony z tym, co jest u niego dopuszczalne, więc wiem, na ile mogę sobie pozwolić, żeby to dalej miało smak, ale przy tym było yehudowe. Na szczęście jeszcze tego smaku nie psuję. Z innymi kompozytorami jest podobnie, więc pozwalam sobie na coraz więcej, dopóki ktoś, np. Krzysztof Książek, nie powie, że już przesadzam. Jak już przesadzam, to muszę się cofnąć o krok.
Czytelnicy pytają też o „Bhp pianisty”. Czy chroni pan ręce i rezygnuje z jakichś aktywności z tego powodu?
Nie całkiem. Sporo grałem w piłkę nożną, teraz mniej, bo nie mam czasu, mam sporo koncertów, więc dużo ćwiczę. Jak się znajdzie czas na piłkę, to będę oczywiście grał ostrożnie, na bramce na pewno nie stanę. Uprawiam tenis, który wymaga siły ręki, ale fortepian też.
A jak pan dba o higienę psychiczną?
Zawsze byłem wychowywany w takim podejściu do życia, że mam brać rzeczy, jakie są, i nie martwić się na zapas. Tych dwóch zasad się trzymam. Jak coś wyjdzie, to wyjdzie, a jak coś nie wyjdzie, no to nie wyjdzie, to znaczy, że lepiej, że nie wyszło.
Filozofia stoicyzmu.
Tak. Niech się dzieje, co się dzieje. A ponieważ mój tata i jeden z braci są filozofami, to sporo filozofii w życiu mam.
Jak wygląda atmosfera rywalizacji na konkursach pianistycznych? Wiem, że stosował pan raczej metodę Krystiana Zimermana i Rafała Blechacza: zagrać swoje i do domu. Unikał pan tej atmosfery.
Tak, raczej tego unikam, nie mam potrzeby konkurowania. W konkursie brali udział moi dobrzy koledzy z Krakowa, Mateusz Dubiel i Michał Basista; każdemu z nich życzyłem, żeby przeszedł jak najdalej, a nie żebym ja zaszedł dalej od nich, i myślę, że podobne podejście miał każdy z nich. Nie chciałem wtapiać się w życie konkursowe.
To zdrowe podejście.
Też mi się tak wydaje, zresztą Krzysztof Książek też mi to doradzał. Pojechałem w ogóle na ten konkurs bez założenia, że przejdę dalej po I etapie. To, co się stało, było dla mnie samego miłą niespodzianką.
Czy widzi się pan w przyszłości w roli pedagoga?
Zdecydowanie tak. Bardzo chciałbym uczyć. Na Akademii często spotykamy się w gronie znajomych pianistów – nie tylko, ale pianistów przede wszystkim; każdy coś zagra, każdy coś komuś powie. Dowiaduję się wtedy wielu rzeczy okiem zupełnie innym, niż ja na to patrzę czy Krzysztof Książek na to patrzy, tylko od strony mojego kolegi, który mówi coś, o czym w ogóle bym nie pomyślał. Tak samo jest, kiedy ja daję uwagi komuś. Lubię te spotkania i bardzo chciałbym w przyszłości mieć swoją klasę, kontynuować tradycję tej wspaniałej szkoły wywodzącej się od prof. Ludwika Stefańskiego.
Wspomnieliśmy już o rodzinie, a dużo dostaliśmy pytań rodzinnych. Oczywiście także o pana oryginalne imię, które jest hebrajskie.
Wciąż jestem o to wszystko pytany. Moi rodzice urodzili się w Polsce. Mam ośmioro rodzeństwa, jestem najmłodszy. Szóstka z nas też tu się urodziła, później wszyscy wyjechali do Izraela, gdzie się urodziło jeszcze troje, w tym ja, a potem wróciliśmy do Polski poza trójką rodzeństwa, która tam została. W Izraelu rodzina spędziła 12–13 lat. Większość rodzeństwa ma po dwa imiona: polskie i hebrajskie.
Pan ma też polskie imię?
Tak jakby. Używałem go przez pewien czas, ale szybko z niego zrezygnowałem. Moim imieniem jest Yehuda i to mi bardzo pasuje.
Już pan mówił o filozofii, ale jeszcze artystyczne zdolności są w pana rodzinie…
Każdy się zajmuje czymś innym. To jest bardzo przyjemne mieć tak bardzo różnorodną rodzinę.
I rozwijające.
Tak. Muzykiem, który robi karierę zawodową, jestem tylko ja. Veronika studiowała fortepian, ukończyła studia, teraz dalej troszkę uczy – uczyła kiedyś więcej, ale poszła już w trochę innym kierunku, pracuje w szpitalu. Mój brat Piotr jest fantastycznym pianistą, improwizuje i podziwiam, jak świetnie mu to idzie, komponuje też. Ale poszedł teraz też w filozofię i w inne rzeczy. Z nim zawsze niezwykle miło spędzam czas, bo po pierwsze, jest wspólny temat – muzyka, a po drugie, bardzo wiele się od niego dowiaduję z innych dziedzin. Jest też moja kochana siostra Ruti, dwa lata ode mnie starsza, studiuje na ASP w Krakowie, więc również mamy dyskusje artystyczne. W sumie w rodzeństwie połowa jest artystyczna, połowa nie. Jedna z sióstr poszła w medycynę, inna w bankowość, jeden z braci jest skrybą w Izraelu...
Przepisuje Torę?
Tak. Niektórzy pracują w korporacjach. Faktycznie każde z nas idzie w inną stronę. Spotkania rodzinne są więc bardzo ciekawe.
W jakich innych dziedzinach ewentualnie widziałby się pan, gdyby nie był pan muzykiem?
Kiedyś bardzo mnie interesowała architektura, przede wszystkim współczesna, kocham miasta, które mają w sobie dużo elementów współczesności. Gdyby nie w stronę muzyki, to może w tę stronę bym poszedł, ale jako małe dziecko zająłem się od razu fortepianem i tak zostało.
A w muzyce ma pan inne zainteresowania poza fortepianem?
Kompozycję. Piszę trochę, już nawet zdarzyło mi się grać własne utwory w zespole i solo. Na razie uczę się sam, nie studiuję kompozycji. Myślałem, żeby zacząć w przyszłym roku, ale może być ciężko z czasem. Kilka razy prywatnie spotkałem się z prof. Magdaleną Długosz z krakowskiej Akademii.
Ma pan czas na czytanie?
Teoretycznie mam, wieczorami na przykład, ale moja lektura to biografie Chopina czy listy do Chopina. Literatury raczej nie mam ochoty czytać. Brat polecił mi kilka książek quasifilozoficznych, kupiłem je nawet i czekają.
A jakiej muzyki lubi pan po prostu słuchać?
Kocham każdą. Muzyki współczesnej też mi się zdarza słuchać, ale ona wymaga skoncentrowania. A kiedy chcę odpocząć, najchętniej słucham muzyki klasycznej, ale też bardzo lubię jazz. Pop współczesny, ale też starszy, jak Budka Suflera – do tego to lubię sobie nawet pośpiewać.
ROZMAWIAŁA DOROTA SZWARCMAN
***
Rozmowy z laureatami Paszportów POLITYKI w każdą środę o godz. 11.40 w „Kulturze Osobistej” w TOK FM, na tokfm.pl i w aplikacji mobilnej.
***
Yehuda Prokopowicz (ur. 2005 r.) – jeden z najmłodszych członków polskiej ekipy na tegorocznym Międzynarodowym Konkursie Chopinowskim, który okazał się czarnym koniem rywalizacji. I choć do finału nie wszedł (zabrakło mu punktu), jury doceniło jego piękne mazurki, za które otrzymał Nagrodę Polskiego Radia. Jest laureatem ponad 30 konkursów, a w latach 2018–24 z Erykiem Koszelą współtworzył ProKosz Piano Duo.
***
Partner Oficjalny Paszportów Polityki 2025 miasto Warszawa