Czy postulaty protestujących studentów w ogóle mają sens?

Autonomia i samorządność, czyli o pomieszaniu pojęć przy okazji protestu na UW
Na balkonie rektoratu protestujący wywiesili hasło „Samorządność naszą bronią”. Ładne hasło. Ale ta broń nie naostrzy się sama i nie ma na nią wpływu ta czy inna ustawa.
Studenci na balkonie w Pałacu Kazimierzowskim w Warszawie.
Agencja Gazeta

Studenci na balkonie w Pałacu Kazimierzowskim w Warszawie.

Na balkonie rektoratu UW trwa protest okupacyjny. Obserwuję go od początku, choćby z tej racji, że siedziba mojego macierzystego instytutu mieści się na kampusie głównym UW przy Krakowskim Przedmieściu, a na dodatek w sprawach służbowych regularnie kursuję między nim a rektoratem. Przyglądam się zatem protestowi. Niestety z rosnącym rozgoryczeniem.

Czy protestujący wiedzą, przeciw czemu protestują?

Sam fakt, że studenci zdobyli się na jakiekolwiek działanie, jest wart uwagi. Od dawna bierność studencka była rzeczą, która w mojej opinii czyniła rozmowę o przyszłości uniwersytetu jałową. Z tej przyczyny pojawienie się jakiś czas temu Uniwersytetu Zaangażowanego przyjęłam z radością. Dlaczego więc teraz nie wspinam się na balkon rektoratu, żeby solidaryzować się z protestującymi?

Ano dlatego, że kilkuletnia działalność w Ruchu Społecznym Obywateli Nauki nauczyła mnie kilku rzeczy, które mi na to nie pozwalają. Po pierwsze, kiedy protestowaliśmy przeciwko czemuś, wiedzieliśmy, przeciwko czemu protestujemy. Innymi słowy: czytaliśmy przepisy, które nam się nie podobały, wspólnie nad nimi dyskutowaliśmy, a później w wypowiedziach odnosiliśmy się do konkretów. Widać to taka przywara naukowców: mówić o faktach, a nie interpretacjach z drugiej ręki i medialnych hasłach. Było to czasem śmiertelnie nudne, ale mieliśmy przekonanie, że jest konstruktywne. A protest na UW, czegokolwiek by o nim nie mówić, konstruktywny nie jest. Co więcej, odnoszę wrażenie, że protestujący przeciw ustawie Gowina nie za bardzo wiedzą, przeciw czemu protestują.

Zacznijmy od początku: 11 postulatów Akademickiego Komitetu Protestacyjnego. Czytam je i zastanawiam się, czy dotyczą tego samego projektu ustawy, który leży teraz w Sejmie i który czytałam? Protestujący żądają:

1. „Demokratyzacji uczelni. Gwarantowanych w ustawie wyborów przedstawicieli społeczności akademickiej do wszystkich organów decyzyjnych i kierowniczych oraz zwiększenia standardów demokratycznych przy wyborach rektorskich”.

Dobrze, tyle że zgodnie z projektem ustawy przedstawiciele wszystkich kurii będą nadal wybierani do kolegialnych organów decyzyjnych, a wpływy studentów się zwiększą (choćby nieszczęsne rady uczelni, w których jedyną osobą wchodzącą w jej skład z urzędu jest przewodniczący samorządu studentów). Czy jednak oznacza to również, że np. dyrekcja Biblioteki UW albo kierownictwo LACH ma być wybierane w wyborach? Kierownika zakładu lub katedry mają wybierać studenci? Co do wyboru rektora, zasady określane mają być w statucie, a nie w ustawie. Czy protestujący chcą, żeby w ustawie minister napisał, jak każda uczelnia – od wielkiego uniwersytetu po lokalną akademię – ma wybierać wszystkie swoje organy? A gdzie owa autonomia, o której mowa w punkcie drugim?

2. „Autonomii uczelni. Pozbawienia rady uczelni prawa do przedstawiania kandydatów na rektora i ustalania strategii uczelni”.

Ustawa rozszerza autonomię uczelni, bo jej wewnętrzna struktura i standardy funkcjonowania, ewaluacji wewnętrznej, tworzenia programów itd., dotąd szczegółowo regulowane ustawowo, będą ustalane w statucie. Rada, poza przedstawicielem studentów, jest wybierana przez senat. Kandydatów na rektora wskazuje rada, ale po zaopiniowaniu przez senat (który radę wybiera). No to gdzie ten zamach na autonomię? Zastrzegam: moim zdaniem w tej postaci rada jest tylko zbędnym balastem biurokratycznym.

Czytaj także: Reforma Gowina nie powiedzie się, jeśli władza nie zacznie szanować naukowców

3. „Utrzymania struktury wydziałowej. Utrzymania istnienia struktury wydziałowej na poziomie ustawy”.

Ten punkt prawdziwie mnie zadziwił. Jeśli uczelnia będzie chciała mieć wydziały w starym stylu, to może je mieć, bo ustawa w ogóle nie mówi, czy na uczelniach mają być wydziały, pozostawiając to do ustalenia w statutach. Ale nasunęło mi się pytanie, dlaczego ten punkt protestujący uważają za tak niezwykle ważny dla grupy, w której dominują przecież studenci? Utrzymania czego chcą? Federacyjnej i rozproszonej struktury uniwersytetu, gdzie się prowadzi na pięciu wydziałach takie same konkurencyjne kierunki, a każdy dziekan sobie sterem, żeglarzem, okrętem (no i sponsorem – bo to dziekan dzieli pieniądze) na kursie kolizyjnym z innymi dziekanami? Gdzie nie sposób integrować badań, nie mówiąc już o projektach interdyscyplinarnych, bo trzeba się liczyć z podziałami wydziałowymi? Gdzie na jednym wydziale nie można zamówić zajęć u pracownika z innego wydziału, bo się to innemu dziekanowi nie opłaca finansowo? Gdzie student nie może zapisać się na zajęcia na innym wydziale (poza OGUN-ami), bo jest przypisany jak chłop pańszczyźniany do swojego wydziału? Wydawało mi się, że utrzymanie obecnej struktury wydziałowej, gdzie to wydział, a nie uczelnia, jest samodzielną de facto jednostką, jest w pierwszym rzędzie w interesie dziekanów, bo z pewnością nie szeregowego pracownika, a studenta to już w najmniejszym stopniu.

Aktualności, komentarze

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj