Nauka

Szmaciana gorączka

Moda niszczy Ziemię

Fabryka tkanin w Radżastanie. Fabryka tkanin w Radżastanie. Tuul & Bruno Morandi / EAST NEWS
Gazy cieplarniane, ścieki, tysiące ludzkich ofiar. Przemysł odzieżowy jest jednym z najszybciej rosnących największych trucicieli planety.
Fabryka dżinsów w Karnatace.Dhiraj Singh/Bloomberg/Getty Images Fabryka dżinsów w Karnatace.
Jamuna – rzeka ścieków.Reuters/Forum Jamuna – rzeka ścieków.
Odpady z fabryki odzieży w Dhace.Palash Khan/Getty Images Odpady z fabryki odzieży w Dhace.
W 2015 r. dokument „The True Cost” zaszokował świat obrazami zniszczeń dokonanych w środowisku przez przemysł odzieżowy.materiały prasowe W 2015 r. dokument „The True Cost” zaszokował świat obrazami zniszczeń dokonanych w środowisku przez przemysł odzieżowy.

Rzeka Jamuna, Indie. Przepastna wstęga, która cuchnie tak bardzo, że aż trudno zatrzymać się na jej brzegu na dłużej niż kilka sekund. Na powierzchni mętnej wody bąbelkuje metan, zniechęcając do kąpieli nawet najodważniejszych.

Ta jedna z największych rzek subkontynentu, gigantyczny ściek przecinający New Delhi, przekracza normy zanieczyszczeń zezwalające na bezpieczne pływanie czasem nawet i sto tysięcy razy. W jej górnym biegu, w okolicach miasta Panipat w stanie Haryana, kwitnie przemysł tekstylny. Setki farbiarni pompują do Jamuny toksyczny koktajl chemikaliów, przyczyniając się w znacznym stopniu do opłakanego stanu tej wielkiej hinduskiej rzeki.

W 2015 r. film dokumentalny „The True Cost” (dostępny na Netflixie) zaszokował świat obrazami zniszczeń dokonanych w środowisku przez przemysł odzieżowy: rzek spienionych trującymi ściekami, hałd śmieci, dymiących fabryk. A z roku na rok jest coraz gorzej. Przyczyna? Nasze rosnące zamiłowanie do szybkiej mody. Do tego żeby mieć ciągle taniej, bardziej stylowo – i więcej, więcej, więcej.

W 2014 r. ludzkość kupiła 60 proc. więcej ubrań niż w roku 2000. Zachłysnęliśmy się dżinsami za 100 zł, T-shirtami po 20 zł, vlogerkami, które z YouTube’a mówią nam, co mamy nosić, żeby czuć się młodziej i piękniej. Niemal 2 mln Polaków są tak uzależnione od mody, że nabywają nową odzież co najmniej raz w tygodniu. W skali Unii wciąż jednak wypadamy dość przeciętnie – największymi fashionistami są mieszkańcy Wysp Brytyjskich, kupujący rocznie na głowę ok. 50 sztuk, albo licząc inaczej ponad 26 kg ubrań (Szwedzi, dla porównania, „tylko” 12 kg). Zaś w skali planety coroczna konsumpcja ciuchów i innych tekstyliów to więcej niż 30 mln ton, czyli tyle, ile waży 6 mln słoni albo całkiem pokaźna asteroida.

24 sezony na rok

Kiedyś tak nie było. Dawno, dawno temu, jakieś 20, 30 lat wstecz, mieliśmy w modzie dwa sezony na rok – jesień/zima i wiosna/lato. A potem na świat przyszły Zara i H&M, inicjując zmiany. Swój pierwszy sklep hiszpańska Zara otworzyła w 1975 r. Do Nowego Jorku wprowadziła się w 1989 r., do Paryża w 1990 r. To właśnie ta sieć zasłynęła na cały świat, praktykując szybkie zmiany kolekcji – dziś jest już ich aż 24 na rok. Szwedzki H&M ma dziś tylko 12 do 16 kolekcji rocznie, ale za to zapisał się w historii przemysłu swoją ideą mody jednorazowej, wyrzucalnej (ang. disposable fashion) – czyli takiej, co się założy raz albo dwa i do kosza. Dziś Zara wylicza, że typowy klient zakłada ubranie zakupione u nich zaledwie siedem razy.

Moda wyrzucalna to także moda niskiej jakości, której spadek postępuje w szybkim tempie – o czym pisze się sporo w literaturze branżowej. Potwierdzają to też badania – choćby to przeprowadzone w jednej sortowni używanych tekstyliów na Litwie, które wykazało, że spadek jakości da się zauważyć nawet w skali dwóch lat.

Oprócz chęci zysków wielkich sieciówek, prócz vlogerów, Instagramów i mediów społecznościowych wszelkiej maści, tym, co pozwoliło napędzić szybką modę, była liberalizacja handlu międzynarodowego, szczególnie od połowy lat 90. ubiegłego wieku. Azja, a szczególnie Chiny, wysunęła się na przodownika w produkcji tekstyliów. Dzięki tanim dostawcom ceny ubrań spadły – w porównaniu z ogólnym koszykiem zakupowym w Unii Europejskiej – aż o 36 proc. w latach 1996–2012. Mogliśmy zacząć kupować więcej.

23 kwietnia 2013 r. w budynku Rana Plaza niedaleko stolicy Bangladeszu pojawiły się głębokie pęknięcia. Następnego dnia, nad ranem, zaczął się walić; runęły ściany, stropy. W niecałe 90 sekund Rana Plaza zamieniła się w stertę gruzu. Zginęły 1134 osoby, ponad 2 tys. zostało rannych. W fabryce ubrań, którą zajmowała Rana Plaza, szyto ciuchy dla firm szybkiej mody, m.in. Mango. Podobnych tragedii, choć na mniejszą skalę, jest w przemyśle tekstylnym sporo. Wszystko przez ignorowanie zasad bezpieczeństwa i korupcję. A to pożar w Karachi w Pakistanie, w którym ginie około 250 osób. A to wybuch w Dhace zabija 13 osób. Kolejne 13 ginie w pożarze w Delhi. O dramatycznych warunkach pisze się wiele; o kilkunastogodzinnych dniach pracy, o biciu i zastraszaniu, o marnych zarobkach.

Z drugiej jednak strony szybka moda tworzy wiele miejsc pracy w ubogich regionach Ziemi. Taki przykład: dla młodych kobiet w Chinach migracja z terenów wiejskich do miast, by szyć ciuchy i buty, to przepustka do większej wolności i niezależności, alternatywa dla życia w zaaranżowanym małżeństwie. W sumie więc pełny rachunek plusów i minusów nie jest tak łatwo wystawić.

Plusy ujemne

Co innego jeśli chodzi o środowisko naturalne. Tu jakichkolwiek plusów szybkiej mody ciężko się doszukać. Przemysł tekstylny jest jednym największych trucicieli naszej planety. Zarzut pierwszy: gazy cieplarniane. W 2015 r. produkcja tekstyliów odpowiedzialna była za emisję 1,715 mld ton CO2, czyli więcej niż lotnictwo cywilne (859 mln ton CO2). Zarzut drugi: woda i ścieki. Żeby wyprodukować jeden bawełniany T-shirt (ważący 250 g), potrzeba ok. 2,5 tys. litrów wody – by tyle uzyskać, przeciętny łazienkowy kran musiałby być odkręcony na maksimum przez pięć i pół godziny. A para bawełnianych spodni to 2800–4900 litrów zużytej wody.

Ze wszystkich materiałów, z których powstają nasze ubrania, bawełna jest szczególnie uciążliwa dla środowiska. Nie tylko pożera ogromne ilości wody, ale też wymaga chemikaliów: ze wszystkich środków owadobójczych stosowanych na świecie 16 proc. idzie na ochronę upraw bawełny. W sumie do produkcji odzieży używa się ponad 1900 środków chemicznych – pestycydów, substancji do barwienia, zmiękczania, itd. – z czego 165 Unia Europejska klasyfikuje jako niebezpieczne dla zdrowia lub środowiska.

W odróżnieniu od bawełny, z tkaninami sztucznymi wiąże się inny zestaw problemów. Choćby to, że mogą lądować w naszym jedzeniu. Z raportu Komisji Europejskiej wynika, iż jedno pranie syntetycznych ubrań – poliestrów, nylonów i akryli – może uwolnić do środowiska aż 700 tys. mikroskopijnych plastikowych włókien, które następnie trują ryby i skorupiaki. A potem, w konsekwencji, prawdopodobnie i nas.

Mikroplastiki lądują po praniu w rzekach i morzach, zaś ubrania, które się zniszczyły albo zwyczajnie znudziły – na gigantycznych wysypiskach. W filmie „The True Cost” można zobaczyć następującą scenę z Haiti: ulice stolicy zawalone ciuchami, ogromne hałdy ubrań zalegające bezpośrednio na ziemi albo w wielkich worach. Dżinsy, T-shirty, bluzki, spódnice – gdzie nie spojrzeć. I ludzie sortujący to wszystko jak mrówki. Nasze niechciane ubrania zalewają kraje Trzeciego Świata i nawet tam już sobie nie radzą z ich przerobem. Jak wynika z danych Eurostatu, w 2004 r. Polska miała do pozbycia się 79 tys. ton tekstyliów – sporo mniej niż inne kraje Europy. Ale już w 2014 r. tych ciuchowych śmieci było ponad 261 tys. ton i staliśmy się niechlubnym liderem kontynentu. Innym krajom udało się zmniejszyć ilość produkowanych odpadów z przemysłu tekstylnego – np. Francji o 64 proc., a Czechom o 71 proc. W Polsce liczba ta wzrosła o 229 proc.

Większość szybkiej mody ląduje na śmietnikach, gdzie produkuje metan i przyczynia się do kryzysu klimatycznego. W Wielkiej Brytanii wyliczono, że tylko 13 proc. ścinków i niechcianych ubrań idzie do odzysku – kolejne 13 proc. do spalarni, a pozostałe 74 proc. na wysypiska. Co gorsza, tych tekstylnych odpadów będzie w skali świata najprawdopodobniej coraz więcej. Z raportu przygotowanego przez Boston Consulting Group i duńską organizację Global Fashion Agenda wynika, iż w porównaniu z 2015 r. w 2030 r. ilość takich śmieci wzrośnie o 60 proc.

Łataj, wypożyczaj

Żeby nie zalało nas tsunami ciuchowych odpadów, Unia stawia na recykling. Do 2025 r. wszystkie kraje członkowskie mają stworzyć specjalny, osobny system zbiórki niechcianych tekstyliów. Dziś państwa Unii różnią się drastycznie, jeśli chodzi o poziom zbiórki i recyklingu starych ubrań czy tkanin. We Włoszech, na przykład, jest to tylko 11 proc., zaś w Niemczech aż 70 proc. Wszelkie spodnie, bluzki i sukienki, które nie nadają się do ponownego użytku, przerabiane są na szmaty do czyszczenia używane choćby w przemyśle naftowym albo cięte na strzępy i używane do izolacji w samochodach czy w produkcji mebli. Najlepiej jednak, jeśli ubrania zostaną po drobnych naprawach ponownie sprzedane w second handach. W Wielkiej Brytanii wyliczono, że tamtejsze sklepy z używanymi ubraniami w 2017 r. uchroniły przed wysypiskiem aż 330 tys. ton tekstyliów, oszczędzając środowisku wielu milionów ton CO2.

Nadzieją na zmniejszenie szkodliwości mody na naszą planetę są też nowe technologie i materiały. Niektórzy eksperymentują z metodami barwienia – dla przykładu holenderska firma DyeCoo używa dwutlenku węgla do farbowania tkanin zamiast wody, dzięki czemu powstaje mniej toksycznych ścieków. Inni szukają zamienników dla bawełny czy poliestru.

Na sklepowych półkach, także tych polskich, pojawia się też coraz więcej nowinek. Choćby ubrania z lyocelu, materiału produkowanego z celulozy drzewnej, który nie tylko wymaga niewiele wody i chemii, ale jest też w stu procentach biodegradowalny. Jest też ingeo z kukurydzy i pińatex z liści ananasa. Jeszcze dalej idącym pomysłem są materiały z białek pająków produkowane przez zmodyfikowane genetycznie bakterie E. coli. Coś w rodzaju jedwabiu.

Oczywiście te wszelkie pińatexy i pajęcze jedwabie to wciąż rozwiązania wtórne – najważniejsze i jednocześnie najprostsze to kupować mniej. Gdyby przeciętny Europejczyk nosił te same spodnie czy bluzki dwa razy dłużej, niż robi to obecnie, emisje gazów cieplarnianych z ubrań zostałyby zmniejszone aż o 44 proc. Problem w tym, że niechętnie naprawiamy wszelkie, nawet drobne, poprucia czy naderwania. Mark Sumner, wykładowca technologii mody na Uniwersytecie w Leeds w Wielkiej Brytanii, podsłuchał kiedyś, jak jeden z jego studentów, przyszły kreator mody, który codziennie zajmował się szyciem, mówi do drugiego: „Muszę iść do centrum handlowego kupić nowy płaszcz. Urwał mi się guzik w starym”.

Rozwiązaniem dla tych, którzy sami nie lubią sięgać po igłę, ale pragną często zmieniać styl, mogą być nowo powstające wypożyczalnie ubrań, i to nie tylko ślubnych czy ciążowych. W Stanach Zjednoczonych kwitnie platforma Rent the Runway, poprzez którą można wypożyczać wszystko: od sukienek na imprezy po garnitury do pracy i szorty na weekend. W Polsce mamy już E-Garderobe czy Bibliotekę Ubrań, poprzez którą można wykupić abonament np. na cztery nowe ubrania do noszenia przez tydzień (97 zł) albo na miesiąc (249 zł). Ci zaś, którzy gotowi są pójść dalej, mogą zadeklarować udział w „detoksie modowym” – np. na stronie Uniwersytetu Kaledońskiego w Glasgow można podpisać deklarację niekupowania nowych ciuchów i butów przez dziesięć tygodni – na dobry początek.

Oczywiście można argumentować, że świat ma większe problemy ekologiczne niż zwały ubrań: piece kopciuchy, elektrownie węglowe, stare samochody, lotnictwo. Ale kupowanie mniejszej ilości ubrań może pomóc w walce z kryzysem klimatycznym i zanieczyszczeniami także i od tej strony – mniej wydatków na modę równa się więcej oszczędności w portfelu choćby na doszczelnienie domu. Może zaś w przyszłości doczekamy się znacznie mniej szkodliwych technologii produkcji ubrań.

Albo, jak sugeruje raport Boston Consulting Group i Global Fashion Agenda z 2018 r., będziemy wkrótce mieli „instant fashion” – ubrania dostosowujące się do życzeń właściciela, na przykład zmieniające kolor. Może, jak pisał Stanisław Lem w „Powrocie z gwiazd”, każdy będzie robił sobie ubrania w domu, natryskując się specjalnymi płynami ze słoiczków, które w mig będą zastygać na ciele w dowolne formy – do wyboru, do koloru. Jeśli ludzkość dotrwa do momentu wynalezienia takich technologicznych cudów.

Polityka 36.2019 (3226) z dnia 03.09.2019; Nauka; s. 64
Oryginalny tytuł tekstu: "Szmaciana gorączka"
Więcej na ten temat
Reklama

Codzienny newsletter „Polityki”. Tylko ważne tematy

Na podany adres wysłaliśmy wiadomość potwierdzającą.
By dokończyć proces sprawdź swoją skrzynkę pocztową i kliknij zawarty w niej link.

Informacja o RODO

Polityka RODO

  • Informujemy, że administratorem danych osobowych jest Polityka Sp. z o.o. SKA z siedzibą w Warszawie 02-309, przy ul. Słupeckiej 6. Przetwarzamy Twoje dane w celu wysyłki newslettera (podstawa przetwarzania danych to konieczność przetwarzania danych w celu realizacji umowy).
  • Twoje dane będą przetwarzane do chwili ew. rezygnacji z otrzymywania newslettera, a po tym czasie mogą być przetwarzane przez okres przedawnienia ewentualnych roszczeń.
  • Podanie przez Ciebie danych jest dobrowolne, ale konieczne do tego, żeby zamówić nasz newsletter.
  • Masz prawo do żądania dostępu do swoich danych osobowych, ich sprostowania, usunięcia lub ograniczenia przetwarzania, a także prawo wniesienia sprzeciwu wobec przetwarzania, a także prawo do przenoszenia swoich danych oraz wniesienia skargi do organu nadzorczego.

Czytaj także

Rynek

Jak PGNiG dosala Zatokę Pucką

Dlaczego mieszkańcom nadmorskiego Kosakowa przeszkadza, że morze jest słone?

Ryszarda Socha
12.11.2019
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną