Rozmowa z prof. Kennethem Rogoffem, ekonomistą

Grecjo: padnij!
O wypłacalności Grecji, długach Ameryki i szansach przetrwania strefy euro - mówi Kenneth Rogoff.
Kenneth Rogoff jest profesorem ekonomii na Uniwersytecie Harvarda i autorytetem w dziedzinie zadłużenia państw.
JEON HEON-KYUN/EPA/PAP

Kenneth Rogoff jest profesorem ekonomii na Uniwersytecie Harvarda i autorytetem w dziedzinie zadłużenia państw.

Wawrzyniec Smoczyński: – W ubiegłą środę banki zgodziły się zrezygnować z połowy wartości greckich obligacji. Czy to oznacza, że Grecja zbankrutowała?
Kenneth Rogoff: – Każda znacząca restrukturyzacja długu na warunkach wysoce niekorzystnych dla wierzycieli oznacza niewypłacalność. Nie ma znaczenia, że kraj jej nie ogłosił ani że do restrukturyzacji doszło w porozumieniu z wierzycielami. W wypadku Grecji banki postawiono pod ścianą, grożono im utratą całości zobowiązań, jeśli nie zrezygnują z połowy. Tej połowy Grecja już nie zwróci, a w myśl programów ratunkowych nie musi spłacać niczego przez najbliższych 7–8 lat. Jej wypłacalność jest więc czysto umowna.

Wierzy pan, że jej dług spadnie do końca dekady do 120 proc. PKB, jak spodziewają się przywódcy strefy euro?
Nie, ten plan nie jest wiarygodny.

Dlaczego Grecja nie ogłosiła w takim razie całkowitego bankructwa?
W normalnych okolicznościach zrobiłaby to już dawno, wiele krajów ogłaszało niewypłacalność przy znacznie niższym poziomie zadłużenia. Ale Unia Europejska wywiera na Grecję ogromną presję, by tego nie robiła, sama Grecja obawia się o swoją pozycję w Europie, poza tym inwestorzy srogo by ją ukarali. Jednocześnie kraje strefy euro są gotowe dać jej nadzwyczajne ilości pieniędzy i to też odwleka chwilę prawdy. Grecja chce dostać kolejne pożyczki, chce też, by wierzyciele sądzili, że spłaci resztę swoich zobowiązań. Ale jej wiarygodność jako dłużnika jest znikoma.

Z pana badań wynika, że jest bankrutem seryjnym.
Tak, Grecja była niewypłacalna przez połowę czasu od ogłoszenia niepodległości w 1829 r. Jak na europejski kraj ma bardzo słabe świadectwo obsługi długu, pod tym względem pasuje raczej do Ameryki Łacińskiej.

Dlaczego tak często popada w tarapaty finansowe?
Główny powód to fakt, że Grecja wciąż jest krajem rozwijającym się. Strefa euro przedstawia ją jako szczególny przypadek, ale takich krajów jest w unii walutowej więcej. Portugalia, Hiszpania, Włochy czy Irlandia – dopiero co weszły do grupy krajów rozwiniętych, ale nie są w niej dość długo, by uznać, że groźba niewypłacalności już ich nie dotyczy.

Czyli kłopoty z regulowaniem długów to choroba krajów na dorobku?
Tak wynika z badań, które przeprowadziłem z Carmen Reinhart. Każdy z dzisiejszych krajów rozwiniętych w przeszłości co najmniej raz ogłaszał niewypłacalność, niektóre robiły to wielokrotnie. Ale gdy kraj już się rozwinie, jawne bankructwa stają się rzadkie. Dzieje się tak dlatego, że bogatemu łatwiej emitować dług we własnej walucie, a to z kolei pozwala go redukować poprzez dopuszczenie większej inflacji. W ten sposób większość bogatych krajów obeszła ryzyko niewypłacalności w latach 70. Kraje rozwijające się tym narzędziem nie dysponują.

Jak będzie wyglądała niewypłacalność Grecji, gdy ta już ją ogłosi?
Wprowadzą kontrolę przepływu kapitału, by z kraju nie uciekły wszystkie pieniądze, dojdzie do poważnych zaburzeń finansowych. Ale dla Grecji ogłoszenie niewypłacalności nie jest wcale najgorszym wyjściem. Recesje po bankructwach nie są tak dotkliwe jak ta, która czeka Grecję pod obecnym programem UE i MFW. Ona potrwa w sumie 5–6 lat, tymczasem po ogłoszeniu niewypłacalności kraje wracają na ścieżkę wzrostu już po dwóch latach. Bankructwa państw nie są niczym nadzwyczajnym, w niektórych krajach zdarzają się co 30–50 lat, tylko ludzie o nich zapominają albo wierzą – jak głosi tytuł naszej książki – że „tym razem będzie inaczej”.

Jak ocenia pan dwuletnią walkę strefy euro z kryzysem?
Euro jest na wpół ukończonym przedsięwzięciem, a decydenci stoją dziś wobec problemów, które nie zostały przemyślane, gdy tworzono wspólną walutę. Problem nie leży tak naprawdę w sposobie radzenia sobie z kryzysem, tylko w samej konstrukcji euro, którą postawiono w pośpiechu i nie poddano testom obciążeniowym. Taki test właśnie się odbywa.

Europa Zachodnia szczyci się tym, że od 1946 r. żaden z jej krajów nie zbankrutował. Czy rozwinięte kraje strefy euro mogą stracić wypłacalność?
Ta dobra passa nie wynikała ze szczególnej gospodarności Europejczyków, tylko z braku kryzysów bankowych, bo to one są głównym zagrożeniem dla krajów rozwiniętych. Zapominamy, że podczas drugiej wojny światowej nastąpiło załamanie rynku kapitałowego. W 20-leciu powojennym nie doszło do żadnego kryzysu bankowego, bo trwała odbudowa systemu finansowego i był on mniej rozwinięty niż przed pierwszą wojną światową. Ale gdy w latach 70. zaczęto znosić ostre ograniczenia kapitałowe, kryzysy bankowe powróciły – poza Holandią wszystkie kraje Europy przeszły przynajmniej jeden taki kryzys.

Sam pomysł, że kraje rozwinięte są z jakiegoś powodu odporne na niewypłacalność, jest absurdalny. Francja w czasach nowożytnych ogłaszała bankructwo 9 razy, Hiszpania 13 razy, Stanom Zjednoczonym też zdarzyło się wystawić do wiatru zagranicznych wierzycieli. Podczas Wielkiego Kryzysu zbankrutowało 40 proc. krajów świata, w tym Niemcy i Japonia. Nowa Funlandia straciła niepodległość przez długi – w latach 30. XX w. była jeszcze de facto suwerennym krajem, ale gdy zbankrutowała podczas drugiej wojny światowej, Imperium Brytyjskie zaaranżowało jej przyłączenie do Kanady.

 

Czytaj także

Aktualności, komentarze

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną