Państwowe koncerny energetyczne pod kloszem władzy

Lex na wszystko
Kto lepiej radzi sobie w gospodarce: właściciel państwowy czy prywatny? Oczywiście, że państwowy. Bo kiedy jego firma przegrywa w walce o rynek, w każdej chwili może zmienić reguły gry.
Lex Energa jest kolejnym uderzeniem w branżę energetyki wiatrowej, której obecna władza obsesyjnie wręcz nie znosi.
Getty Images

Lex Energa jest kolejnym uderzeniem w branżę energetyki wiatrowej, której obecna władza obsesyjnie wręcz nie znosi.

Nieustannie słyszymy o tym, że nasz kraj stanie się europejskim centrum handlu gazem i w tym celu rozbudujemy Gazoport.
Maciek Kwiatkowski/Wikipedia

Nieustannie słyszymy o tym, że nasz kraj stanie się europejskim centrum handlu gazem i w tym celu rozbudujemy Gazoport.

W ubiegłym roku zaczęto wojnę z wiatrakami tak zaciętą, że teraz przyszła refleksja, czy nie poszliśmy za daleko.
zhunisali/Wikipedia

W ubiegłym roku zaczęto wojnę z wiatrakami tak zaciętą, że teraz przyszła refleksja, czy nie poszliśmy za daleko.

Gdy na polskich ulicach toczyła się batalia o Sąd Najwyższy, przez parlament przemknęła jak meteor nowelizacja ustawy o zapasach gazu. Mało kto zwrócił wówczas na nią uwagę. A szkoda, bo jej skutki dostrzeże niebawem większość z nas w rachunkach za gaz. Ustawa została znowelizowana – cytując klasyka – „w żadnym trybie”. Dotychczas bowiem znaliśmy dwa tryby: rządowy, kiedy projekt jest tworzony zgodnie z zasadami sztuki (konsultacje społeczne, uzgodnienia międzyresortowe itd.), oraz tryb poselski, kiedy autorów ustawy udają posłowie PiS, co automatycznie zwalnia z jakichkolwiek wymogów formalnych.

Tym razem jednak projekt ustawy został zgłoszony przez rząd „w trybie odrębnym”. Minister energii Krzysztof Tchórzewski stwierdził, że projekt, choć nie był konsultowany, musi zostać szybko przyjęty, bo chodzi o bezpieczeństwo energetyczne. Czy Polsce nagle zajrzał w oczy kryzys energetyczny?

Ustawa po raz kolejny zaostrza wymogi stawiane firmom handlującym gazem ziemnym. Już w zeszłym roku wprowadzono wymóg, że wszystkie firmy importujące gaz muszą utrzymywać w magazynach odpowiednie zapasy. Wcześniej mniejsi importerzy byli z tego obowiązku zwolnieni. Doprowadziło to do ożywienia rynku gazu i pojawienia się na nim konkurencji. Na Towarowej Giełdzie Energii (TGE) handlowano gazem, coraz więcej firm samodzielnie importowało go na własne potrzeby albo kupowało u konkurentów PGNiG. Gaz zaczęły importować, i nim handlować, także państwowe koncerny z branży elektroenergetycznej, oferując go w pakiecie razem z prądem.

Z grubej rury

Gaz na zachodnioeuropejskich giełdach jest tańszy niż ten, który sprzedaje nasz państwowy gigant. Różnica była na tyle duża, że nawet po doliczeniu kosztów przesyłu interes się opłacał. W 2016 r. niezależni uczestnicy rynku gazowego zaspokoili 15 proc. potrzeb gazowych kraju. To się oczywiście nie mogło podobać szefom PGNiG ani ministrowi Naimskiemu, strategowi energetycznemu PiS.

Już zeszłoroczna ustawa była ciosem dla konkurentów państwowej firmy, ale minister uznał go za zbyt słaby. Stąd poprawka „w trybie odrębnym”. O co w niej chodzi? Otóż firmy, które importują gaz, muszą utrzymywać zapasy w zagranicznych magazynach, bo w polskich jest to trudne. Te bowiem są własnością Grupy PGNiG, która nie jest zainteresowana wspieraniem konkurencji. Oficjalnie nie odmawia, ale stawia warunki zaporowe.

Przechowywanie zapasów gazu podniosło koszty importu, a więc sprawiło, że stał się mniej konkurencyjny. Teraz dodatkowo zaostrzono przepisy dotyczące warunków, jakim musi sprostać importer gazu, który korzysta z zagranicznych magazynów. Musi np. zarezerwować sobie odpowiednią przepustowość połączeń gazociągowych na polskiej granicy. Kosztuje to niemało, bo państwowy Gaz-System słono sobie liczy za ten typ usług. Nowość polega jednak na tym, że o ile w zeszłym roku z zarezerwowanych rur można było korzystać do normalnej wymiany handlowej, o tyle teraz tego robić nie wolno. Rury mają czekać w pogotowiu, trzeba za nie płacić, ale wykorzystać można tylko wtedy, kiedy zostanie ogłoszony kryzys gazowy.

– I jeszcze trzeba przedstawić gwarancję, że gaz będzie dostępny „w każdych warunkach”. Nikt takiej gwarancji nie może udzielić. To ostatecznie zamknie polski rynek gazu, bo niezależni importerzy nie będą w stanie go sprowadzić. I o to chyba chodziło – tłumaczy Piotr Kasprzak, prezes Hermes Energy Group, polskiej spółki, jednej z największych wśród niezależnych importerów gazu.

Cena monopolu

Kiedy ustawa gazowa mknęła przez parlament, posłowie doszli do wniosku, że mimo wszystko warto zasięgnąć opinii szefów UOKiK i Urzędu Regulacji Energetyki. Były miażdżące. „Należy liczyć się z zarzutem ograniczania konkurencji, ograniczania wolności wykonywania działalności gospodarczej oraz prawa własności” – ostrzegał szef URE. Ocenił też, że efektem ustawy będzie „wzmocnienie pozycji przedsiębiorstwa zasiedziałego”, czyli PGNiG. Szef UOKiK zwrócił uwagę, że nowa ustawa spowoduje wzrost cen, bo faktycznym monopolistą znów będzie PGNiG.

Odczują to odbiorcy, zwłaszcza że jednocześnie wchodzi w życie uwolnienie cen gazu. Jedynie odbiorcy domowi będą do pewnego stopnia chronieni przez taryfy zatwierdzane przez prezesa URE. Oczywiście na większości parlamentarnej nie zrobiło to szczególnego wrażenia. Ustawa przeszła bezboleśnie. Eksperci PwC oceniają, że w jej efekcie za gaz zapłacimy dodatkowo ok. 600 mln zł rocznie.

Lex PGNiG gwarantuje dodatkowe zyski państwowemu koncernowi, który żyje z handlu rosyjskim gazem. Oficjalnie jednak nowe prawo ma nas bronić przed zmonopolizowaniem rynku przez gaz rosyjski, który niezależni importerzy sprowadzają z Zachodu.

Czytaj także

Aktualności, komentarze

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną