Przejdź do treści
Reklama
Reklama
Rynek

Reforma PIP: obrona pracowników czy polowanie na „prywaciarzy”?

Prawdziwy cel reformy lepiej niż sejmowe uzasadnienia odsłaniały materiały promocyjne Lewicy. Choćby plakat, na którym szef – wyglądający jak przywódca gangu pruszkowskiego – zmusza pracowniczkę do przejścia na B2B, mimo że przysługuje jej etat. Prawdziwy cel reformy lepiej niż sejmowe uzasadnienia odsłaniały materiały promocyjne Lewicy. Choćby plakat, na którym szef – wyglądający jak przywódca gangu pruszkowskiego – zmusza pracowniczkę do przejścia na B2B, mimo że przysługuje jej etat. Joanna Składanek / Forum
Reforma PIP sprzedawana jest jako obrona pracowników, kobiet i przyszłych emerytów. Ale argumenty jej zwolenników prowadzą do jednego wniosku: problemem nie są patologie rynku pracy, lecz ludzie, którzy nauczyli się omijać coraz droższy i mniej atrakcyjny model etatu.

W zamyśle reforma PIP miała stać się politycznym złotem dla Agnieszki Dziemianowicz-Bąk, choć sama idea nie wzięła się od niej. Wzmocnienie PIP wpisano jako kamień milowy do Krajowego Planu Odbudowy jeszcze za rządów Mateusza Morawieckiego, w ramach negocjacji z Komisją Europejską. Ministra przejęła więc nie tylko projekt, ale i zobowiązanie, nadając mu własny polityczny sens. Uznała, że realizacja tego punktu KPO pozwoli Lewicy pokazać sprawczość, odpiąć łatkę polityków zaczadzonych ideologią „woke”, rzucić wyzwanie Razem i może odzyskać część wyborców, którzy wcześniej odwrócili się od projektu lewicy rządowej.

Wszystko to dzieje się wbrew strukturze elektoratu partii. Z danych CBOS wynika, że wyborcy Lewicy nie tylko należą do najlepiej zarabiających, ale są też wyraźnie świadomi swojej uprzywilejowanej pozycji ekonomicznej. Proponowana w najszerszym wariancie reforma PIP mogłaby im realnie zaszkodzić, zwłaszcza tam, gdzie decyzją inspektora kontrakt B2B zostałby przekształcony w etat. Mówimy jednak prawdopodobnie o jedynej grupie wyborców gotowej głosować wbrew własnemu interesowi, a nawet obniżyć własny komfort życia w imię dobra wspólnego. W tym sensie Agnieszka Dziemianowicz-Bąk ryzykowała niewiele.

Powiecie zapewne, że to nie tak, bo w oficjalnych komunikatach reforma PIP dotyczy wyłącznie najbardziej oczywistych patologii: umów B2B narzucanych pielęgniarkom, kierowcom autobusów czy pracownikom fizycznym, których pracodawcom samozatrudnienie służy jedynie do obejścia prawa pracy. Problem w tym, że raz uruchomione przepisy nie działają w trybie selektywnym. Jeśli inspektor otrzymuje realne narzędzie do przekształcania kontraktu B2B w etat, trudno wskazać racjonalny powód, dla którego miałby nie sięgnąć po nie także w firmie informatycznej czy agencji reklamowej.

Prawdziwy cel reformy lepiej niż sejmowe uzasadnienia odsłaniały materiały promocyjne Lewicy. Choćby plakat, na którym szef – wyglądający jak przywódca gangu pruszkowskiego – zmusza pracowniczkę do przejścia na B2B, mimo że przysługuje jej etat. Grafika pouczała, że na takiej umowie nie ma prawa do L4 ani płatnego urlopu i można zostać zwolniona z dnia na dzień. Twórcy zapomnieli jednak dodać istotny detal: że w zamian pracowniczka co miesiąc zachowuje w kieszeni nawet 30 proc. pensji.

Czytaj też: Szef PIP dla „Polityki”: W niektórych firmach panują standardy jak z czasów rewolucji parowej

Komu naprawdę ma sprzyjać reforma PIP?

Ponieważ twórcy reformy dozowali informacje o jej realnych skutkach, z tym większym zainteresowaniem przeczytałem tekst Marii Korcz i Kasi Bieleckiej „Co łączy ZUS, młode matki i uczciwe firmy? Wszyscy tracą na bezradności państwa wobec fikcyjnych przedsiębiorców na B2B”, opublikowany niedawno w „Gazecie Wyborczej”. Autorki otwarcie popierają reformę i przedstawiają siedem argumentów przemawiających za jej wprowadzeniem. Warto im się uważnie przyjrzeć.

W pierwszym punkcie, zatytułowanym „Fikcyjnie samozatrudnieni płacą niższe stawki”, autorki zauważają, że pracownik zatrudniony na umowie o pracę przy wynagrodzeniu 18 tys. zł brutto, swoją drogą całkiem hojnej stawce jak na przykład modelowy, dostaje na rękę ok. 10 tys. Tymczasem przy B2B do kieszeni trafia niemal 14 tys. I zamiast zatrzymać się przy tym, co konkretnie państwo oferuje w zamian za tę różnicę, pojawia się okrzyk, że to niesprawiedliwe. Wraz z tą kalkulacją w magiczny sposób znika też troska o „płatne urlopy” i „ochronę pracownika”, bo przy takich dochodach pracownik bez większego wysiłku może sam sfinansować ubezpieczenie. Z dnia na dzień przestaje więc być poszkodowanym, a zaczyna funkcjonować w narracji jako kombinator i oszust, który nie chce „uczciwie się rozliczać”.

Jeszcze lepszy jest punkt drugi, zatytułowany „Dziś oszczędności, za dwadzieścia lat głodowe emerytury”. Redaktorki „Gazety Wyborczej” grzmią, że z możliwości płacenia składki emerytalnej jedynie od 60 proc. przeciętnego wynagrodzenia korzysta aż 99,18 proc. samozatrudnionych, mimo że ich średni miesięczny dochód przekracza średnie zarobki w Polsce nawet dwukrotnie. Zaznaczają przy tym, że według badań Santandera dla 79 proc. Polaków jedyną formą zabezpieczenia emerytalnego jest ZUS. To jednak zakrawa na drobną manipulację, bo Santander badał ogół społeczeństwa, a my mówimy przecież o jednoosobowych działalnościach gospodarczych. Przy dochodach rzędu 14 tys. zł netto, biorąc kwotę z punktu pierwszego, i przy nierozrzutnym trybie życia spokojnie można odkładać pieniądze, zostawiać je na lokatach, kupować obligacje czy akcje, słowem, robić wszystko, co w długim horyzoncie może zapewnić spokojną emeryturę i być przy tym pewniejsze niż państwowa.

Te słowa mogą brzmieć jak herezja, bo wypłacalność emerytur uchodzi za samo jądro istnienia państwa. Nawet jeśli nie będzie ono w stanie sfinansować świadczeń wyłącznie ze składek ZUS, to znajdzie inne źródła. Problemem nie jest bowiem to, czy emerytury będą wypłacane, lecz jakiej będą wysokości. Autorki tekstu zdają się z góry zakładać, że przyszłe świadczenia będą głodowe, i odpowiedzialnością za ten stan rzeczy obciążają osoby pracujące na B2B. W ten sposób z pola widzenia znikają czynniki znacznie istotniejsze dla systemu emerytalnego, takie jak demografia czy inflacja. Cynicznie można by powiedzieć, że młodzi Polacy już dawno zagłosowali nogami przeciwko państwowym emeryturom, rezygnując z posiadania dzieci. Skoro nie będzie miał kto pracować na przyszłe świadczenia, to obwinianie samozatrudnionych staje się wygodnym, ale fałszywym skrótem myślowym.

Czytaj też: Reforma PIP do poprawy? To niewiele pomoże. Czeka nas utrata funduszy

Reforma PIP nie zastąpi dyskusji o ochronie zdrowia

Wątpliwości mam też przy punkcie trzecim, mówiącym, że ucieczki na „fikcyjne B2B” pogłębiają deficyt w NFZ.

Owszem, preferencyjne zasady naliczania składki dla samozatrudnionych sprawiają, że do systemu trafia mniej pieniędzy. Tyle że deficyt NFZ nie powstał dlatego, że ktoś wybrał ryczałt zamiast umowy o pracę, lecz dlatego, że państwo przez lata dokładało nowe obowiązki do systemu ochrony zdrowia (wspomnijmy choćby o rosnących pensjach lekarzy), nie zapewniając mu stabilnego finansowania. Składka zdrowotna została w praktyce oderwana od realnych kosztów leczenia, a NFZ stał się workiem, do którego łatwo dorzucić kolejne obietnice, trudniej natomiast wskazać trwałe źródło ich pokrycia.

Jeśli więc naprawdę chcemy rozmawiać o pieniądzach na zdrowie, trzeba przenieść ciężar tej dyskusji z form zatrudnienia na system podatkowy. Progresywna danina dochodowa, niezależna od tego, czy ktoś pracuje na etacie, B2B czy ryczałcie, jest rozwiązaniem prostszym i uczciwszym niż mnożenie wyjątków w składce zdrowotnej. Oznaczałaby jasną zasadę: wraz z rosnącymi dochodami rośnie udział w finansowaniu ochrony zdrowia. Taki model likwiduje pole do arbitrażu, zamyka narrację o „ucieczkach” i przenosi odpowiedzialność tam, gdzie powinna się znaleźć.

Ze wszystkich argumentów przywoływanych w tekście naprawdę mogę zgodzić się tylko z jednym: punktem piątym, mówiącym, że B2B jest gorszą formą zatrudnienia dla kobiet. To akurat prawda i nie ma sensu jej rozmywać. Ciąża, poród i opieka nad dzieckiem znacznie silniej uderzają w kobiety pracujące na samozatrudnieniu, które nie mają automatycznego prawa do urlopów macierzyńskich, chorobowych czy ochrony przed nagłym zerwaniem współpracy.

Sens tej debaty rozmywa się jednak w gąszczu pozostałych argumentów, z których w gruncie rzeczy wyłania się jeden wniosek. Zwolennikom reformy PIP chodzi nie tyle o to, by każdy miał realny dostęp do L4 czy urlopu macierzyńskiego, ile o to, by „dowalić” lepiej zarabiającym „prywaciarzom”. Najwyraźniej słychać to w punkcie szóstym, gdzie autorki zaczynają wytykać niską innowacyjność małych firm.

To w tym momencie lewicowa wrażliwość uchodzi z tekstu z sykiem jak powietrze z balonu przebitego igłą. „Struktura polskich przedsiębiorstw pozostaje zdominowana przez małe podmioty o ograniczonym potencjale inwestycyjnym. W tym sensie system ulg podatkowych i składkowych nie realizuje swojej funkcji rozwojowej”, czytamy. Aż chciałoby się dopytać: czy w takim razie lepiej byłoby, aby te małe firmy po prostu zniknęły, ustępując miejsca wielkim zachodnim korporacjom, które rzekomo słyną z innowacyjności? W tej logice wsparcie dla drobnej przedsiębiorczości przestaje być wartością, a staje się błędem systemu.

Ostatecznie rząd jakąś wersję reformy Państwowej Inspekcji Pracy przeprowadzi. Można wręcz powiedzieć, że ministra Agnieszka Dziemianowicz-Bąk, choć solidnie poturbowana przez premiera, wyszła z tego starcia obronną ręką. Aż 60 proc. Polaków deklaruje bowiem, że chce zmian w tym obszarze (badanie IBRiS przeprowadzone na zlecenie „Rzeczpospolitej”). Brawo, ale stawiam, że to poparcie ma więcej wspólnego z dobrą socjotechniką i mamieniem benefitami wynikającymi z przejścia na umowę o pracę niż z realną, uczciwą rozmową o kosztach pracy w Polsce.

Reklama

Czytaj także

null
Świat

Lęk przed drugą Jałtą. Trzech drapieżców gra już nowy koncert mocarstw? Trudny czas dla Europy i Polski

Amerykańska interwencja w Wenezueli i zapowiedzi Donalda Trumpa o zagarnięciu Grenlandii zapowiadają inny porządek świata. Fatalny dla takich krajów jak Polska.

Tomasz Zalewski z Waszyngtonu
13.01.2026
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną