Społeczeństwo

Nie potrafimy rozmawiać o pieniądzach. Są na to liczne dowody

Tuż po przegranym meczu z Senegalem pojawiały się kąśliwe komentarze, że nasi to grać potrafią tylko w reklamach, że gdyby skupili się na piłce, a nie zarabianiu, to poszłoby im lepiej. Tuż po przegranym meczu z Senegalem pojawiały się kąśliwe komentarze, że nasi to grać potrafią tylko w reklamach, że gdyby skupili się na piłce, a nie zarabianiu, to poszłoby im lepiej. Tadeusz Koniarz / Reporter
Co łączy kwestię obniżenia pensji parlamentarzystom, kiepską formę polskich piłkarzy na mundialu i Szczepana Twardocha? Pieniądze.

Odchodząc na chwilę od pełnych skrajnych emocji światów polityki i piłki nożnej, skupmy się na kulturze, na książkach. Jak reagują czytelnicy i czytelniczki, gdy wydawca ogłasza, że nie opublikuje kolejnych tomów danego cyklu powieściowego, bo pierwszy kiepsko się sprzedał? Furią i zarzutami, że wydawcy zależy tylko na pieniądzach. Jak miłośnicy książek komentują ogłoszenie premiery kolejnej pozycji „Harry’ego Pottera” J.K. Rowling? Krzykiem, że autorka robi skok na kasę. Jak polski internet zareagował na antologię „Szpony i kły”, w której znalazły się opowiadania-hołdy dla wiedźmina? Podśmiewaniem się, ile to Andrzej Sapkowski na tym nie zarobi i jak szybko te pieniądze przepije. A gdy Szczepan Twardoch został ambasadorem Mercedesa, twierdzono, że „się sprzedał”.

Mercedes Szczepana Twardocha

Rzecz jasna nikt nie chciał słuchać, że za „Szpony...” Sapkowski nie dostał nawet grosza, tylko wyraził zgodę na druk z własnej dobrej woli. Nikt też nie pomyślał o tym, że pływająca w stertach złotych galeonów Rowling, rozdająca na prawo i lewo miliony funtów na fundacje charytatywne, raczej nie interesuje się „drobnymi” z nowej książki. (Zresztą do kupowania jej książek nikogo się nie zmusza). Trudno też było znaleźć kogoś, kto by wyjaśnił, w jaki sposób posiadanie nowiutkiego „merola” miałoby wpłynąć na prozę Twardocha – bohaterowie rozgrywającego się w pierwszej połowie XX w. „Króla” mieliby jeździć s-klasą? Wydawcom z kolei regularnie pluje się w twarz zarzutami, że książki publikują dla pieniędzy – bo przecież powinni to robić społecznie, a żywić się wdzięcznością czytelników!

Piłkarze mają grać (ale nie w reklamach)

Te same irracjonalne dyskusje możemy przełożyć na grunt piłkarski – tuż po przegranym meczu z Senegalem pojawiały się kąśliwe komentarze, że nasi to grać potrafią tylko w reklamach, że gdyby skupili się na piłce, a nie zarabianiu, to poszłoby im lepiej. A że piłka to właśnie ich praca zarobkowa – nikt nie pamięta. Że udział sportowców w reklamach to coś najzwyczajniejszego w świecie, też jakoś nie rejestrujemy – a przecież taki Michael Jordan, dzieląc i rządząc na parkietach NBA, rok w rok za działalność poza boiskiem zgarniał setki milionów dolarów. Lewandowskiemu jednak z pewnością zaszkodził ten jeden dzień zdjęciowy na planie reklamy szamponu do włosów...

Dyskusje o pieniądzach, czyli czysty populizm

W każdej rozgrywającej się w przestrzeni publicznej dyskusji argument „sprzedania się” jest bronią ostateczną. Popierasz rozwój GMO? Kupiło cię Monsanto. Szczepisz siebie i swoje dzieci? Koncerny farmaceutyczne zapłaciły ci za takie gadanie. Wystawiłeś pozytywną recenzję filmowi, który mnie się nie podobał? Dystrybutor ci zapłacił! Przy takim nastawieniu przestrzeni do dyskusji już nie ma. A szkoda.

Bo na logikę rzecz biorąc, nikogo nie powinno dziwić, że np. Robert Lewandowski dziennie zarabia więcej niż, weźmy na to, nauczyciel czy ratownik medyczny w ciągu pięciu czy dziesięciu lat. W końcu jest twarzą obracającego niebotycznymi kwotami klubu z Monachium i nie tylko „kopie piłkę”, ale tym kopaniem generuje zyski z biletów, sprzedaży koszulek, praw telewizyjnych itp. – jego pensja jest pochodną zysku, który albo wypracowuje bezpośrednio, albo inni wypracowują, korzystając z jego wizerunku czy osiągnięć.

Nie powinno się więc stawiać porównań typu: kopanie piłki vs. ratowanie ludzkiego życia, bo to czysty populizm i spłycenie dyskusji. Dyskusji, która powinna się toczyć raczej wokół tego, czy aby na pewno pensja ratownika medycznego jest odpowiednia, zważywszy na trudne i stresujące warunki pracy i przede wszystkim odpowiedzialność, jaką ci ludzie na siebie biorą. I nie, Robert Lewandowski nie ma z tym wiele wspólnego, to raczej pytanie do nas, obywateli, czy chcemy, żeby w razie wypadku zajmował się nami człowiek, który nie skupia się na pracy, bo ciągle myśli o tym, jak dociągnąć do pierwszego.

Rozwiązaniem jest więc nie tyle ucinanie pensji Robertowi Lewandowskiemu (bo jak to zrobić? ograniczyć emisję w TV, żeby klub mniej zarabiał i mniej płacił zawodnikom?), ile podniesienie ratownikom czy nauczycielom, którzy zarabiają śmiesznie mało.

Młodzi lekarze jak politycy

Ale wiemy, jak takie dyskusje by się skończyły, prawda? Tak jak wiedzą o tym np. w TVP – wszak za jeden z najcięższych argumentów wytaczanych przeciw protestującym młodym lekarzom uznano fakt, że mogliby chcieć podwyżek dla siebie. I ci musieli zapewniać: nie, nie o nas chodzi, nie chcemy podwyżek, to ma iść na służbę zdrowia. Bo gdyby otwarcie powiedzieli, że walczą o wyższe zarobki, z miejsca zostaliby zlinczowani.

W dyskusji o pieniądzach trzeba też wziąć w obronę... polityków. Dokładnie tych, którzy przestrzegali, że obniżka średnich wynagrodzeń parlamentarzystów będzie miała negatywne skutki, bo wielu osobom bycie politykiem po prostu przestanie się opłacać. I racja! Oczywiście refleksem wyborcy jest okrzyk: „Zabrać im koryta!”, co jest zrozumiałe, biorąc pod uwagę „dokonania” naszej klasy politycznej i to, jak się rwą do wszelkich rad nadzorczych itp. Czy jednak obcinanie podstawowych uposażeń rozwiąże jakikolwiek problem?

Dochodzimy do momentu, w którym na bycie zawodowym politykiem pozwolić sobie będą mogli: a) ludzie jak Mateusz Morawiecki czy Janusz Palikot, którzy dorobili się olbrzymiego majątku i pensja polityka w sumie im do niczego niepotrzebna, b) ludzie, dla których obecne uposażenie poselskie to płacowy awans. Ale w przypadku tej pierwszej grupy możemy być skazani na bogaczy chcących albo posmakować władzy, bo w biznesie już się udało, albo mających nadzieję na to, że jako politycy jeszcze bardziej wesprą swój biznes. Druga grupa natomiast wyklucza doświadczonych menedżerów, ludzi sukcesu, którzy chcieliby wejść na wyższy poziom i spróbować przejść od skutecznego zarządzania firmą, do zarządzania państwem.

Polska wielką firmą

A państwo to firma, tyle że wielka. I teraz pytanie: czy ogromne, obracające setkami miliardów złotych przedsiębiorstwo, zatrudniające całą armię pracowników i mające 40 mln „klientów”, powinno stwierdzić, że do zarządzania będzie się starać ściągnąć ludzi, którzy wezmą 8000 zł brutto pensji? Czy w ten sposób ściągnie z rynku najbardziej wykwalifikowanych pracowników, czy ci raczej pozostaną w sektorze prywatnym, który zgodnie z prawami rynku zapłaci im kilkakrotnie więcej?

Spójrzmy na obecną sytuację w kraju: gdy Polska gospodarka pędzi i od lat jest wzorem dla innych, samo państwo grzęźnie w mule, puchnie od nowych urzędników i nie jest w stanie od kilku lat kupić choć jednego helikoptera dla wojska. Wygląda więc na to, że mamy zaradnych i nastawionych na sukces menedżerów, tyle że w sektorze prywatnym.

Owszem, zgodzę się, że dla większości naszych drogich sejmowych darmozjadów te osiem tysięcy brutto to wciąż zbyt dużo. Ba, sam mogę wytypować więcej niż kilkoro posłów, którzy tak urągają powadze urzędu, że powinni wręcz dopłacać nam za to, że ich znosimy. Zapytam jednak: czy sądzimy, że tnąc pensje, przyciągniemy do polityki ludzi, którym chcielibyśmy powierzyć zarządzanie tak ogromną firmą, jaką jest Polska?

Nastawienie do polityków jest kluczowe

Powtórzę: nie ma u nas przestrzeni do spokojnej i rzeczowej dyskusji o pieniądzach. Przykład? Pensja dla pierwszej damy. Przecież to w oczywisty sposób oburzające, że w Polsce w 2018 r. ktoś może pracować pięć lat, mieć szereg obowiązków, reprezentować Polskę na szczeblu międzynarodowym i nie pobierać za to ani gorsza wynagrodzenia. Co oburza tym bardziej, że pierwsza dama przecież nie może kontynuować swojej normalnej pracy – w końcu ma, jako pierwsza dama, obowiązki. Tymczasem temat wynagrodzenia dla niej w zasadzie nie istnieje, podobnie jak to, że pięć lat rządów jej męża to dla niej czas wyjęty z zawodowego życiorysu. Toż to graniczy z niewolnictwem.

I co? I nic. Niech ktoś np. teraz podniesie ten temat, a utonie pod lawiną komentarzy dotyczących Agaty Dudy. Tak, też nie jestem fanem, ale przecież nie o tę konkretną pierwszą damę chodzi. Chodzi o przyzwoitość i powagę urzędu.

Tego typu problemy będą więc narastać. Wzajemna niechęć zaś wzrastać, a klasa polityczna będzie coraz bardziej odpychać tych, dla których – przy godziwych warunkach – polityka mogłaby być ścieżką kariery, a nie sposobem na spuszczenie mnóstwa negatywnych emocji.

Bez zmiany własnego nastawienia do polityki nie zmienimy polityków.

Reklama

Czytaj także

Pomocnik Historyczny

Patrząc na Chiny

Im bliżej końca XX w., tym Chiny częściej przypominały się Zachodowi, Zachód ma jednak nieodmiennie kłopoty ze zrozumieniem Chińczyków. Jakie są te Chiny w oczach Zachodu?

Krzysztof Kardaszewicz
13.04.2021
Reklama