Społeczeństwo

Majowa matura pod znakiem zapytania. A planu „B” nie ma

Próbny egzamin ósmoklasisty we Wrocławiu Próbny egzamin ósmoklasisty we Wrocławiu Tomasz Pietrzyk / Agencja Gazeta
Lepszy jest błąd niż nicnierobienie. A tak właśnie zachowuje się MEiN – nie robi nic ponad rozsyłanie zapewnień, że egzaminy w maju się odbędą i już.

Przemysław Czarnek zachowuje się, jakby miał bezpośredni telefon do Pana Boga. Zadzwonił i dowiedział się, że w maju epidemia osłabnie i będzie można bez przeszkód zorganizować maturę oraz egzamin ósmoklasisty. To śmieszne, że osoba odpowiedzialna za edukację w Polsce nie bierze pod uwagę, iż wiosną liczba zakażonych koronawirusem jeszcze się zwiększy, a my zostaniemy zamknięci w domach. Totalny lockdown.

Dlatego w MEiN nie przygotowano żadnego planu awaryjnego na wypadek, gdyby egzaminów nie dało się przeprowadzić w tradycyjnym stylu. Widocznie trzeba być niedowiarkiem, aby myśleć o alternatywie dla stacjonarnych egzaminów. A ponieważ w otoczeniu ministra nie ma niedowiarków, nikt nie zadaje sobie pytania, co zaoferujemy młodzieży, gdy przeprowadzenie matury w maju będzie niemożliwe. Czy powiemy, że Czarnek dzwoni do Pana Boga i prosi o cud?

Czytaj też: Nauczanie hybrydowe. Kiedy będziemy gotowi?

A jeśli egzaminów nie będzie?

W mojej szkole co roku już w lutym dyrekcja ogłasza plan organizacji matury. Każdy nauczyciel wie wcześniej, kiedy i w jakich komisjach będzie pracował. Można sobie ułożyć życie. W tym roku, a piszę te słowa w drugiej połowie marca, nie ma jeszcze żadnego planu. Jednak nikt się temu nie dziwi, bo każdy rozumie, że dyrekcja nie chce pracować na próżno. A jest bardzo prawdopodobne – w szkołach pracuje wielu niedowiarków – że matura nie odbędzie się w maju, bo będzie to niemożliwe z powodu pandemii. No chyba że według zasady „po trupach do celu”. Nie wiem jak Ty, drogi Czytelniku, droga Czytelniczko, ale ja nie chcę, aby egzaminy odbyły się po moim trupie. Dlatego zakładam, że w maju, podobnie jak rok temu, egzaminów może nie być albo też czeka nas jeszcze inna niespodzianka. I co wtedy zrobimy?

Rok temu dyrekcja wylała siódme poty, aby opracować organizację majowej matury. W ostatniej chwili minister – wtedy był nim Dariusz Piontkowski – odwołał egzaminy i przełożył je na nie wiadomo kiedy. Piontkowski nie miał telefonu do Pana Boga, więc był kompletnie zdezorientowany, nie wiedział, co robić. Dyrekcja napracowała się na próżno, ale nikt nie jest wszechwiedzący. Nikt rok temu nie mógł wiedzieć, jak groźna w skutkach okaże się pandemia. Nikt też nie mógł w marcu poprzedniego roku przewidzieć, że nie da się zorganizować matury w tradycyjnym terminie. Dlatego dyrekcja nie ma pretensji do poprzedniego ministra.

Natomiast do obecnego będzie miała wielkie pretensje, gdy każe jej napracować się na próżno. Przecież każdy widzi, że majowa matura stoi pod wielkim znakiem zapytania. Dlatego przydziałów do komisji egzaminacyjnych w mojej szkole jeszcze nie ma. Będą na ostatnią chwilę, o ile – całkiem poważnie bierzemy to pod uwagę – matura nie zostanie przełożona na inny termin albo zorganizowana całkiem inaczej.

Matura. Nie chodzi tylko o termin

Dyrekcję martwi nie tylko niepewny termin majowy. Nawet jeśli uda się go utrzymać, to sytuacja z pandemią jest zupełnie inna niż rok temu. Wtedy wszyscy pracownicy jechali na jednym wózku: nikt nie był zaszczepiony, więc ryzyko zarażenia było dla wszystkich jednakowe. Obecnie pracownicy są podzieleni na dwie grupy: zaszczepionych i nie. W maju większość nauczycieli będzie po dwóch dawkach szczepionki. Niektórzy po jednej, bardzo nieliczni po żadnej. Ale przy egzaminach pracują nie tylko nauczyciele. Właściwie nie ma pracownika szkoły, który nie byłby zaangażowany w opiekę nad zdającymi. Portierka, sekretarka, woźne, konserwator, kierownik administracyjny – wszyscy mają jakąś rolę do odegrania.

W dniu egzaminów zwali się tłum rozentuzjazmowanych nastolatków, którzy będą stanowić poważne zagrożenie dla pracowników niezaszczepionych. Dyrekcja powinna otrzymać jasne wytyczne, czy ma prawo w imię bezpieczeństwa tych osób w większym stopniu zaangażować w obsługę egzaminów pracowników zaszczepionych, wręcz obciążyć ich ponad miarę. Niby sprawa oczywista, ale to trzeba ludziom wytłumaczyć zawczasu. Właściwie już by trzeba było uprzedzać, że taka sytuacja może wystąpić. Oczywiście szkoła to miejsce pracy, więc za pracę należy się zapłata. Jeśli pracuje się ponad normę, należy się dodatkowa zapłata. Czy rząd oczekuje, iż zaszczepieni mają się poświęcić? Jak będziemy pracować podczas egzaminów? Jak będą rozdzielane obowiązki? Po równo czy według zasady, że trzeba chronić niezaszczepionych?

Nauczyciele powinni wiedzieć, w jakiej sytuacji zostaną postawieni. A jeszcze bardziej powinni wiedzieć pracownicy niepedagogiczni, czyli niezaszczepieni, jak zostaną potraktowani w czasie egzaminów. Czy minister ma plan na wypadek bardzo poważnego wzrostu liczby zarażonych i totalnego lockdownu? Może warto rozważyć sytuację, że egzaminy odbędą się w maju, nawet gdyby było bardzo ciężko z pandemią, ale bez obecności w szkole pracowników niezaszczepionych? Niech w trakcie egzaminów mają wolne. Niech przyjdą do pracy dopiero, gdy ze szkoły wyjdą uczniowie. Nie wiem, jakie wyjście jest najlepsze, zapewne nikt tego nie wie. Ale minister powinien zainicjować opracowanie planów na wypadek pogorszenia się sytuacji pandemicznej. Abyśmy byli przygotowani na każdą sytuację. I o tych planach pracownicy oraz uczniowie powinni wiedzieć wcześniej, np. że egzaminy się odbędą, ale w specjalnych warunkach, choćby bez obecności pracowników niezaszczepionych.

Troska ministra Czarnka

Troska o los swój i osób bliskich jest sprawą naturalną. To się ma we krwi. Natomiast troska o powierzonych sobie ludzi, np. uczniów, pracowników, jest kwestią profesjonalizmu. Nie wątpię, że Przemysław Czarnek potrafi troszczyć się o siebie i swoich bliskich, o krewnych i przyjaciół, całe środowisko PiS to potrafi aż do przesady. Wątpię jednak, czy minister potrafi troszczyć się o powierzonych mu ludzi. Czy rozumie dylematy uczniów, którzy chcieliby wiedzieć, co będzie się działo, jeśli z powodu rozszerzania się skutków pandemii organizacja egzaminów w maju nie będzie możliwa? Byłoby nieludzkie ogłaszać decyzję o zmianie terminu na dzień czy dwa przed. Tego się nie robi, bo to nieprofesjonalne, nieludzkie, a dla ministra wręcz haniebne.

Mam też wątpliwości, czy minister oświaty i nauki potrafi wczuć się w sytuację pracowników niezaszczepionych. Wejście w tłum nastolatków, którzy – bądźmy szczerzy – nieraz dość nonszalancko podchodzą do obostrzeń pandemicznych, do zakładania maseczek czy trzymania dystansu, może być dla woźnych poważnym zagrożeniem. Byłoby gestem dobrej woli, wyrazem troski o słabszych opracować plan, że w razie wzrostu zagrożenia pracownicy niezaszczepieni nie muszą się bać: po prostu zostaną odsunięci z pierwszej linii. Powierzy im się obowiązki niewymagające kontaktu z uczniami. Zostaną zastąpieni przez pracowników zaszczepionych, czyli nauczycieli. Minister mógłby pomyśleć o takiej strategii.

Może się mylę, może plany organizacji egzaminów w zależności od rozwoju pandemii powinny wyglądać całkiem inaczej, niż tu proponuję. Lepszy jest jednak błąd niż nicnierobienie. A tak właśnie zachowuje się MEiN – nie robi nic ponad rozsyłanie zapewnień, że egzaminy w maju się odbędą i już. Czy się odbędą i jakie będą tego skutki, wie tylko Bóg. No i pewnie ci wszyscy, którzy mają do Pana Boga telefon. Oby nie okazało się, że Stwórca z nich zadrwił. Nie zdziwiłbym się wcale. Przecież organizacja egzaminów to nie jest sprawa Pana Boga, lecz ludzi, ludzi ministra i jego samego. Nie zawracajcie więc głowy Niebu, tylko weźcie się do roboty i przygotujcie dobre plany na wypadek każdej ewentualności. Czasu zostało niewiele.

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Ja My Oni

Dlaczego niektórzy są bardziej kochliwi?

Co sprawia, że jedni zakochują się łatwiej niż inni, i dlaczego niektórzy mają w miłości szczęście, a inni nie.

Magdalena Kaczmarek
09.02.2016
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną