Rekordowe pożary lasów. Czy to nowy front wojny hybrydowej? Nie można wykluczyć
Najpierw Puszcza Solska, teraz okolice Wołomina. Od 1992 r. polskie lasy nie płonęły na tak rozległych obszarach. Na Lubelszczyźnie ogień dotknął ponad 1 tys. ha, na Mazowszu co najmniej 300 ha. Tam akcja gaśnicza jeszcze trwa. Pożar jest daleki od opanowania, ale się nie rozprzestrzenia. Także dlatego, że wybuchł w mniejszym kompleksie leśnym i po prostu doszedł do ściany lasu, a strażacy spod Warszawy wyciągnęli wnioski z Puszczy Solskiej. Wykorzystali m.in. noc, by w ciemności lokalizować zarzewia na obwodzie pożaru i zamknąć go w okrążeniu.
Działali też w znacznie bardziej przystępnym i lepiej skomunikowanym terenie. I wcześnie skierowano do akcji większą liczbę samolotów gaśniczych i helikopterów z podwieszanymi zbiornikami. Minusem było to, że to jednocześnie okolice gęściej zamieszkane. Konieczna okazała się ewakuacja mieszkańców dwóch miejscowości, narażonych przede wszystkim na ogromne, utrudniające oddychanie zadymienie. Chmura dymu była widoczna z odległości dziesiątek kilometrów.
Rekordowe leśne pożary
Dotąd w polskich lasach normą były pożary częste, wybuchające tysiącami rocznie, ale szybko wykrywane, gaszone w zarodku i ograniczone do bardzo niewielkich rozmiarów. Teraz w odstępie ledwie kilkunastu dni doszło do pożarów – jak na nasze warunki – bardzo dużych, w zasadzie rekordowych. Skoro klimat się zmienia i schniemy, to należy się spodziewać, że będzie dochodzić do powtórek. Co wywoła szereg wyzwań.
Widać, że obecna ekipa rządowa traktuje leśne pożary bardzo serio. Tak samo było z ogniem w Biebrzańskim Parku Narodowym (w 2020 r. spaliło się ponad 5 tys. ha, w zeszłym roku 450 ha). Od razu w kadrach pojawia się przepełniony odpowiedzialnością premier. Szef MSW i komendant główny Państwowej Straży Pożarnej fatygują się na miejsce, gdzie tworzony jest polowy sztab. Pełni frasunku ministrowie w towarzystwie kamer pochylają się nad mapami, odbierają meldunki, ze szczegółami, także technicznymi, relacjonują przebieg działań w wieczornych programach telewizyjnych.
Akcjom towarzyszy narracja o walce z żywiołem, który trzeba jak najsprawniej zdusić. Tak wysoka aktywność polityków ma pokazać, że nie tylko nie ignorują zagrożeń, ale są sprawczy, zdecydowani i panują nad naturą. W przypadku ognia idzie to lepiej niż z zeszłoroczną powodzią na Dolnym Śląsku, znacznie bardziej dynamiczną i w konsekwencji niosącą więcej zagrożeń zamieszkanym okolicom.
Czytaj też: Płoną lasy, to cicha apokalipsa. „Cała sztuka polega na tym, żeby szybko zobaczyć dym”
Nowy front wojny?
Jest jeszcze jeden bardzo ważny wątek. Statystyki leśnych pożarów podpowiadają, że za prawie wszystkie – o ile uda się ustalić przyczynę – odpowiada człowiek. Czasem to zaniedbanie, czasem lekkomyślność, czasem świadome podpalenie. Oba majowe pożary wyglądają na wywołane ludzką ręką. Może osób zaburzonych, a może kogoś działającego całkowicie świadomie i z premedytacją. Mieliśmy kryzys migracyjny reżyserowany przez Moskwę i Mińsk. Doszło do pożarów hal magazynowych. Były wysadzone tory kolejowe. Nie można wykluczyć, że w lasach otwarty został właśnie front wojny hybrydowej.
Zła wiadomość jest taka, że podczas przedłużającej się suszy dałoby się niewielkimi nakładami wywołać wiele pożarów w wielu miejscach. Wystarczy trochę łatwopalnej substancji i wietrzne popołudnie. Nie da się przecież upilnować wszystkich państwowych i prywatnych lasów, rosną na 9,5 mln ha, to prawie jedna trzecia powierzchni kraju. Z tej perspektywy gaszenie pożarów pod Biłgorajem i Wołominem to faktycznie walka, toczona nie tylko z ogniem. To też sygnał wysłany ewentualnym zleceniodawcom, że Rzeczpospolita radzi sobie z podobnymi kryzysami.
W utrzymaniu wysokiego społecznego morale – niezależnie od faktycznych przyczyn obu pożarów – raczej nie pomogą nieodpowiedzialne sugestie, które padały przy okazji fałszywych wezwań do domu matki prezydenta czy szefa telewizji Republika i „Gazety Polskiej”. Do partyjnej młócki wciągnięto reagujące służby, które zajmowały się odpowiedzią na wezwanie i ratowaniem potencjalnie zagrożonego życia. Pojawiły się bezmyślne głosy, które m.in. strażaków – pozostających grupą zawodową o najwyższym zaufaniu – porównały do siepaczy reżimu Tuska.
Czytaj też: Pożar na Roztoczu. Nie żyje pilot, zaangażowano setki strażaków i żołnierzy WOT. Co z pogorzeliskiem?
Nie dać satysfakcji podpalaczom
Im więcej będzie dużych leśnych pożarów, tym poważniejsza stanie się odpowiedź na pytanie o przyszłość pożarzysk. Tak, pożar w lesie wywołuje duże straty gospodarcze. Nadpalone drewno można zebrać, wywieźć i sprzedać, ale jego cena nie będzie tak wysoka jak drewna uzyskanego zwykłym trybem. Pożar w lesie może być też niebezpieczny dla okolicznych mieszkańców. Ale już przyrodnicy radzą, by nie widzieć w nim jednowymiarowego kataklizmu, a zwłaszcza nie dać się zwieść narracji o katastrofie ekologicznej.
Rzecz ma znacznie więcej wymiarów. Na przykład w Puszczy Solskiej spłonęły lasy o dużej wartości przyrodniczej (znacznie większej niż te spod Wołomina), ale walory te nie zostały znacząco umniejszone przez ogień. Państwowa Rada Ochrony Przyrody (złożony głównie z naukowców organ doradczy ministrów klimatu i środowiska) podpowiada, by w Puszczy Solskiej możliwie dużą część pożarzyska zostawić do renaturalizacji. Skorzystają tzw. organizmy pirofilne, m.in. grzyby i owady uzależnione od obecności ognia w środowisku.
A jeśli już coś robić, to zasypać rowy, które od dziesięcioleci bardzo skutecznie odwaniają spalony teren. To dawne mokradła, które zostały osuszone po to, by zasadzić na nich sosnę. Przyrodnicy prognozują, że odtworzenie sosnowej plantacji i brak ponownego nawodnienia tych terenów będzie przepisem na kolejne pożary w tym miejscu. Swoją drogą, przyjęcie takiej optyki to też niezły sposób i na podtrzymanie wysokiego morale, i na niedawanie satysfakcji ewentualnym podpalaczom.