Zwolennicy niepodległości Katalonii wciąż mają większość. Wybory nie rozładują kryzysu

Bez konkluzji
Katalonia pozostaje testem demokracji hiszpańskiej. Na razie wypada on tak sobie.
Zwolennicy centrolewicowej partii ERC obserwują pierwsze informacje o wynikach wyborów w Katalonii.
Juan Medina/Reuters/Forum

Zwolennicy centrolewicowej partii ERC obserwują pierwsze informacje o wynikach wyborów w Katalonii.

Wybory regionalne w Katalonii zmieniły układ sił w nowym parlamencie, ale nie pogrzebały niepodległościowców. Mają oni nadal większość, choć najwięcej głosujących poparło partię przeciwną wyjściu Katalonii z państwa hiszpańskiego. Rezultat wyborów był oczekiwany z napięciem nie tylko w samej Katalonii i Hiszpanii, ale też w politycznej Europie.

Sprawę komentowali liderzy zaniepokojeni kryzysem katalońskim jako źródłem dodatkowych turbulencji w UE, a także działacze antyestablishmentowi, tacy jak Julian Assange czy Jose Bove, oraz separatyści w całej Europie, dla których Katalonia jest testem skuteczności ich własnej polityki. Na razie raczej negatywnym.

Jak rozłożyły się głosy w wyborach regionalnych w Katalonii?

Najwięcej mandatów (37) zdobyła unionistyczna nacjonalistyczno-prawicowa partia Obywatele (Ciutadans, C′s, budżet wyborczy 2,1 mln euro, w tym, według jednej z grup ruchu Anonymous, 200–300 tys. euro wyniosła donacja tajemniczej „Familia Kaczynski”).

Ale partie proniepodległościowe też odnotowały sukcesy. Centroprawicowy blok Razem dla Katalonii, którego liderem jest Carles Puigdemont, były szef władz autonomicznych, obecnie na politycznym uchodźstwie w Belgii, zajął drugie miejsce, zdobywając 34 miejsca, o trzy więcej niż w poprzednich wyborach dwa lata temu (budżet 1,4 mln).

Trzecią siłą będzie proniepodległościowa centrolewicowa partia ERC: 32 mandaty, aż o sześć więcej (budżet 1,8 mln). Ma długą, zdecydowanie antyfrankistowską historię, a jej lider, Oriol Junqueras, zastępca zdymisjonowanego Puigdemonta, przebywa w więzieniu pod Madrytem pod zarzutem działalności antypaństwowej.

Z kolei trzecia z partii niepodległościowych, radykalnie lewicowa CUP, zrobiła wynik gorszy niż w 2015 roku: cztery mandaty, o sześć mniej. Mimo to będzie prawdopodobnie języczkiem u wagi przy formowaniu regionalnego rządu przez partie niepodległościowe.

Co ciekawe, aż o siedem mandatów mniej zdobyła katalońska sekcja rządzącej w Hiszpanii centroprawicowej Partii Ludowej (PP) premiera Rajoya. Z budżetem 1,8 mln euro wywalczyła tyle samo miejsc co skrajna lewica: 4. A niepodległościowa ERC z takim samym budżetem co PP uzyskała wynik aż ośmiokrotnie lepszy.

Wszystko wskazuje, że wybory nie rozładują politycznego kryzysu katalońskiego. Choć najlepszy wynik ma partia unionistyczna, to partie głosujące 26 października w katalońskim parlamencie za niepodległością mają w nim znów większość. A przecież chyba nie o to chodziło Rajoyowi, kiedy uderzał w Puigdemonta. Uderzenie miało odesłać niepodległościowców do politycznego czyśćca, tymczasem przy bardzo wysokiej frekwencji zdobyli w sumie więcej głosów niż partie prohiszpańskie: 47,5 proc. do 43,4. Czyli sprawa niepodległości nie zeszła z wokandy politycznej i ma nadal poparcie społeczne.

Katalonia testem demokracji w Hiszpanii

Zanosi się więc na długotrwałe targi podczas formowania rządu regionalnego, każdy głos będzie się liczył, a potencjalną koalicję rządzącą mogą też próbować montować ugrupowania unionistyczne. Polityczni przeciwnicy nazywają je „partiami artykułu 155” hiszpańskiej konstytucji, na który powołał się premier Rajoy, zawieszając katalońską autonomię: Obywatele, plus katalońskie sekcje Partii Socjalistycznej i Partii Ludowej, czyli partii ogólnokrajowych popierających interwencję polityczną w Katalonii po jednostronnym ogłoszeniu niepodległości przez rozwiązany potem przez Rajoya parlament.

Katalonia pozostaje testem demokracji hiszpańskiej. Na razie wypada on tak sobie. Z jednej strony wybory przebiegły spokojnie, z drugiej – dwaj czołowi przywódcy niepodległościowi nie mogli brać udziału w kampanii wyborczej i nie wiadomo, czy będą mogli wykonywać swe mandaty w nowym parlamencie.

Grupie europarlamentarzystów nie pozwolono przed wyborami odwiedzić uwięzionego lidera ERC, Junquerasa. Pojawiły się głosy, by niepodległościowców surowo ukarać, a katalońskie media publiczne poddać kontroli.

Jak na standardy demokratyczne, nie brzmi to dobrze. Więzienie za poglądy polityczne niewzywające do przemocy to nie jest coś, czego oczekujemy po państwie członkowskim UE. Tak samo jak może zaskakiwać uporczywe odmawianie obywatelom prawa do referendum w sprawie niepodległości. Od tego zaczął się kryzys kataloński. W Wielkiej Brytanii centralny rząd w Londynie nie zablokował referendum niepodległościowego w Szkocji.

Katalońskie partie niepodległościowe wycofały się przed wyborami 21 grudnia z jednostronnej deklaracji niepodległości. Tym samym wysłały do Madrytu komunikat, że są gotowe do dialogu i kompromisu. Ale czy jest gotowy sam Madryt Rajoya?

Czytaj także

Ważne w świecie

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną