Przejdź do treści
Reklama
Reklama
Świat

Czy krytyka prezydent Kolindy Grabar-Kitarović ma sens? Polemizujemy z ambasador Chorwacji

Kolinda Grabar-Kitarović Kolinda Grabar-Kitarović Kolinda Grabar-Kitarović / Facebook
W debacie o kwestiach pamięci zbiorowej i polityki historycznej warto używać czegoś więcej niż zer i jedynek.

List ambasador Chorwacji

Szanowni Państwo, w internetowym wydaniu POLITYKI 17 lipca został opublikowany artykuł „Kolinda Grabar-Kitarović, prezydent Chorwacji, gwiazdą mundialu?” i chociaż zawodowe kwalifikacje autora tekstu wydają się idealne (ukończona uczelnia wyższa itp.), jestem zmuszona wyrazić rozczarowanie niniejszym tekstem. Nie mogłam uwierzyć, że Pańskiemu dziennikarzowi tak łatwo było ożywić słownictwo i metody agitpropu, te same, których używali polscy staliniści, kiedy w 1948 r., w czasach Kominformu, napadali na Titę i Jugosławię.

Stronę tytułową wydania drukowanego POLITYKI z 18 lipca ozdabia tytuł „Chorwacki Adriatyk: nowe polskie morze. Dzięki mundialowi świat odkrył Chorwację. My zrobiliśmy to wcześniej”, i sugeruje on, że Polacy kochają Chorwację, oczywiście tylko jako miejsce na spędzenie urlopu i zabawę, który zachwycił mnie, jako chorwackiego ambasadora, gdyż już prawie pięć lat promuję chorwacką turystykę w Polsce jako najbardziej efektywny instrument zbliżania naszych przyjacielskich narodów. Mój zachwyt niestety szybko ustał, kiedy w wydaniu internetowym natrafiłam na wyżej wspomniany pamflet, prawdopodobnie przekopiowany z tekstów licznych jugosłowiańskich i wielkoserbskich propagandystów, tych samych, którzy na początku lat 90. próbowali zapobiec utworzeniu demokratycznej i suwerennej Republiki Chorwacji.

Ok. 40 lat po Kominformie, po pierwszych wolnych wyborach w Chorwacji, po tym jak nowi chorwaccy przywódcy poprzez negocjacje i kompromis chcieli dojść do pokojowego rozwiązania politycznego, była Jugosławia, ze względu na wojskową agresję hegemonistycznych i ultranacjonalistycznych przywódców w Belgradzie, w odróżnieniu od Czechosłowacji i Związku Radzieckiego była jedynym postkomunistycznym europejskim państwem wielonarodowym, które się rozpadło w krwawej agresji, która nas, Chorwatów, zmusiła do wojny obronnej, w której odnieśliśmy zwycięstwo. Kiedy Vukovar był systemowo równany z ziemią, a Dubrownik płonął, wiele światowych mediów i „ekspertów” przedrukowywało swoje artykuły, w których Jugosławia była idealizowana, a osądzano w nich „chorwacki faszyzm” i autentyczne pragnienie wolności naszego narodu oraz własnego państwa. Wojna obronna, którą prowadziliśmy, była wiązana z jakoby naszą „mroczną przeszłością” i w ten sposób próbowano osłabić nasze szanse na utworzenie własnego demokratycznego państwa. W pamięć zbiorową narodu chorwackiego wpisały się wtedy na zawsze dziesiątki tysięcy zabitych i wygnanych cywilów i setki tysięcy uchodźców z Bośni i Hercegowiny, których przyjęliśmy w naszym kraju. Zamiast tego POLITYKA i teraz oferuje fake news, twierdząc, że „wielu socjologów zajmujących się pamięcią zbiorową krajów bałkańskich zauważa, że neofaszyzm w Chorwacji rośnie w siłę, a rehabilitowani retorycznie ustasze i ich mit zapewniają polityczne paliwo do dalszego rozwoju”. Poza wszystkimi rażącymi wymysłami Państwa autor – wprost nieprawdopodobnie – stwierdza, że w Chorwacji do „codziennego użytku” zostało przywrócone pozdrowienie Za dom spremni! To nie do pomyślenia! Może zapyta Pan przynajmniej jednego z miliona Polaków, którzy spędzają wakacje w Chorwacji, kto i kiedy przywitał ich w taki sposób?

Republika Chorwacji i jej przywódcy nigdy nie negowali i umniejszali okropieństw, które zbrodniczy, quislingowski reżim „Niepodległego Państwa Chorwackiego” spowodował Żydom, Serbom, Romom i przedstawicielom innych narodów. Ale my wiemy, w przeciwieństwie do POLITYKI, że reżim ustaszowski po okupacji w 1941 r. narzuciły narodowi chorwackiemu hitlerowskie Niemcy, tak samo jak wiemy, że nasz kraj wyzwoliliśmy sami, o własnych siłach. W Konstytucji Republiki Chorwacji zapisana jest prawda historyczna, że Republika Chorwacji opiera się tak samo na tysiącletniej ciągłości państwowoprawnej, jak na wartościach antyfaszyzmu i wspólnoty w koalicji antyhitlerowskiej z czasów II wojny światowej. Każda ofiara reżimu ustaszowskiego to o jedną za dużo, ale najgorzej jest, kiedy te ofiary i ich liczba jest sztucznie zwiększana w celu osiągania celów polityczno-propagandowych, a nie prawdy i prowadzenia obiektywnych rozmów o historycznych kontrowersjach. Pański „ekspert”, który mówi o „wymordowanych setkach tysiącach przedstawicieli innych narodów bałkańskich”, powinien jednak sprawdzić źródła, z których korzysta w czasie pisania o tak poważnych tematach i wykładania polityki prezydent Republiki Chorwacji. Lakoniczne korzystanie z nieprawdziwych danych nie przynosi nikomu zaszczytu, szczególnie zaś nie dziennikarzom i mediom, które pretendują do określania ich jako wiarygodne.

Naród chorwacki nigdy z własnej woli nie wybierał partii ekstremalnie prawicowych lub nawet profaszystowskich lub innych partii totalitarnych – ani w 1939 r. ani w 1990, nawet dzisiaj takie siły nie mają swoich reprezentantów w Chorwackim Saborze. Autorzy jak ten, który podpisał się pod artykułem, wytrwale i uparcie próbują stworzyć wrażenie, że Chorwacja jest zaślepiona nienawiścią i nacjonalizmem, i to właśnie teraz, po mundialu, kiedy ludzie wyrażają swoją radość i patriotyzm z powodu sukcesów swojej reprezentacji w piłce nożnej. To, co mnie jako ambasador Republiki Chorwacji w Polsce szczególnie boli, to fakt, że z Polski, przyjacielskiego kraju, na północy którego stacjonują także chorwaccy żołnierze gotowi oddać życie w razie zagrożenia dla Pańskiego kraju, płyną fałszywe oskarżenia, i że szczególnie obrażany jest przywódca tych wojsk, prezydent Republiki Chorwacji Kolinda Grabar-Kitarović.

Zamiast takich gryzmołów tygodnik POLITYKA powinien dbać o swoją reputację, a zamiast powielania powierzchownych stereotypów i mówienia o negatywnych zjawiskach w chorwackim społeczeństwie, obecnych niestety także w każdym innym europejskim narodzie i państwie, powinien spróbować dotrzeć także do jakiegoś „innego punktu widzenia”, w czym Ambasada Republiki Chorwacji w Warszawie służy pomocą.

Z poważaniem
dr Andrea Bekić
ambasador

Odpowiedź autora na list ambasador Chorwacji

Każda odpowiedź na opublikowany tekst, nawet w formie krótkiego komentarza w mediach społecznościowych, jest dla autora zawsze niewątpliwą nobilitacją i komplementem. Piszemy bowiem właśnie po to, by nasze teksty były czytane, prowokowały do debat, naruszały powierzchowne interpretacje rzeczywistości. Tym bardziej wypada mi się cieszyć, gdy na mój tekst otrzymałem odpowiedź tak długą i pełną emocji – jak list pani ambasador Bekić. Z tego miejsca pragnę podziękować za poświęcony czas – zarówno na przeczytanie tekstu, jak i przygotowanie komentarza. A teraz do meritum.

Po pierwsze, chciałbym podkreślić, że zawarte w tekście informacje nie są ani nieprawdziwe, ani niesprawdzone, ani tendencyjne. Głównym założeniem tekstu było zaprezentowanie prezydent Chorwacji Kolindy Grabar-Kitarović w spektrum dużo szerszym i pełniejszym, niż czyniły to niektóre polskie portale opinii i media internetowe w bezpośrednim następstwie finału mundialu. Absolutnie celem nie było, jak zarzuca mi się, „wypominanie” narodowi chorwackiemu czarnych kart historii. Moją intencją było przede wszystkim zwrócenie uwagi czytelników na fakt, że bezkrytyczna egzaltacja osobami ze świata polityki, zwłaszcza pochodzącymi z innych krajów, niekoniecznie tak dobrze nam znanych, pod wpływem chwilowych uniesień wywołanych przez wydarzenia sportowe, jest postawą błędną i nierozsądną.

Nie można zarzucić pani prezydent Grabar-Kitarović efektowności w prowadzeniu polityki w czasie mistrzostw. Podkreśliłem to w swoim tekście, uwypuklając niewątpliwe kampanijne i wizerunkowe talenty chorwackiej głowy państwa. Niemniej Kolinda Grabar-Kitarović jest przede wszystkim zawodowym politykiem. A wszyscy wiemy, że zawodowi politycy, także z powodu ich profesji, nie należą do postaci jednowymiarowych.

Zawołanie „Za dom spremni” przypomina czasy haniebne w historii nie tylko Chorwacji, ale całej Europy. Co do tego nie ma najmniejszych wątpliwości i mam nadzieję, że w tym miejscu się zgadzamy. Niestety, funkcjonuje ono w chorwackiej przestrzeni publicznej, i to w sposób nie do końca usankcjonowany. Jeśli używają go piłkarze narodowej reprezentacji, szczycą się nim kibice większości klubów piłkarskich, występuje ono na ulicznych graffiti – nie można mówić, że go nie ma. Chciałbym w dodatku przypomnieć, że pozdrowienie to było używane nie tylko w czasie nazistowskiej okupacji, ale również w czasie konfliktów zbrojnych lat 90. Dlatego pamięć o nim nie dotyczy jedynie ustaszy, lecz także dużo bardziej współczesnych ruchów nacjonalistycznych. „Za dom spremni” znajduje się w herbie organizacji weteranów wojny 1991 r. i zostało w takim kształcie zaakceptowane do rejestracji w 1998 r. W marcu ubiegłego roku premier Chorwacji Andrej Plenković powołał nowy organ administracyjny: Radę ds. Rozliczenia się z Konsekwencjami Reżimów Niedemokratycznych. W lutym 2018 r. rada ta wydała oficjalne oświadczenie, w którym zawołanie to uznała za niezgodne z chorwacką konstytucją, jednak „dopuszczalne prawnie w niektórych okolicznościach”. Trudno uznać to za jednoznaczne potępienie. W dodatku moim zdaniem sam fakt, że w celu usankcjonowania prawnego statusu tego zawołania powołano nowe ciało, świadczy chyba właśnie o tym, że problem jest realny i wymaga poważnej debaty.

Przypomnę również, że w 2015 r. do kancelarii prezydent Kolindy Grabar-Kitarović wpłynęła petycja podpisana m.in. przez przedstawicieli świata sportu, organizacji weteranów wojskowych, hierarchów chorwackiego Kościoła katolickiego, mająca na celu ustanowienie zawołania „Za dom spremni” oficjalnym zawołaniem chorwackiej armii. Petycja została przez panią prezydent oddalona, aczkolwiek Kolinda Grabar-Kitarović nie potępiła jej za odwołania do faszystowskich wartości, lecz uznała za polityczną prowokację. Można zatem pogratulować jej politycznego zagrania, jednak z punktu widzenia polityki historycznej nie było to posunięcie rozwiązujące problem. Sama pani prezydent nazwała zresztą hasło ustaszy „tradycyjnym chorwackim pozdrowieniem”, tym samym legitymizując jego używanie i normalizując tę kwestię. Biorąc jednak pod uwagę, że sama wspomina publicznie, że jej ulubionym piosenkarzem jest Marko Perković Thompson, którego jeden z największych hitów zaczyna się właśnie od słów pozdrowienia ustaszy, taka reakcja pani prezydent nie powinna dziwić.

W internecie bez trudu można znaleźć filmy z koncertów rockowych czy meczów piłkarskich, na których tysiące ludzi głośno intonuje „Za dom spremni”. Bronią go również wpływowi politycy liberalnej (podobno) partii HDZ, której poparciem cieszy się prezydent Grabar-Kitarović, jak chociażby Milijan Brkic, który publicznie dowodził zgodności z prawem tablicy zawierającej zawołanie ustaszy, zamontowanej w miejscu upamiętnienia obozu w Jasenovacu. Mało chwalebne deklaracje w tej kwestii ma zresztą na swoim koncie także sama pani prezydent. Nie dalej jak w kilka miesięcy temu, w marcu, wzbudziła kontrowersje w czasie wizyty w Argentynie, wyrażając dumę „ze wszystkich pokoleń Chorwatów, którzy wyemigrowali do tego kraju”. Wśród Chorwatów wyjeżdżających do Argentyny było też jednak wielu zbrodniarzy wojennych, o czym prezydent Grabar-Kitarović powinna wiedzieć. Jej słowa wywołały dość gwałtowną reakcję na świecie i protesty m.in. Centrum im. Szymona Wiesenthala.

To wszystko nie jest bynajmniej „wypominaniem” czegokolwiek komukolwiek. To suche fakty. Dzięki nim portret prezydent jest na pewno pełniejszy i bardziej wielowymiarowy. Oczywiście, Kolinda Grabar-Kitarović ma na swoim koncie wiele liberalnych sukcesów. Skuteczna walka z prawicowym ekstremizmem i uporządkowanie ekosystemu pamięci zbiorowej do nich jednak nie należą.

Chciałbym z całą mocą podkreślić, że na wagę i skalę tego zjawiska zwracam uwagę nie tylko ja. Socjologia pamięci, zarówno ta międzynarodowa, jak i natywna, wywodząca się z Bałkanów, kwestią odradzającego się faszyzmu i bierności współczesnych polityków w tej sprawie zajmuje się od dawna i bardzo skrupulatnie. Przytoczę tu jedynie prace Dario Brentina z Uniwersytetu w Grazu (notabene Chorwata), Any Ljubojevic z Florencji (też Chorwatki) czy Nikoliny Zidek (też Chorwatki, o zgrozo!) – wszyscy oni zajmują się pamięcią zbiorową Chorwacji i w swoich pracach kwestiom zawołania „Za dom spremni” i pamięci o chorwackim nacjonalizmie, również tym na wygnaniu w Argentynie, poświęcają dużo miejsca.

Z grona badaczy innych niż chorwaccy wymienić wypada też Teę Sindbæk Andersen z uniwersytetu w Kopenhadze, która przygotowała jako redaktor, wraz z Barbarą Törnquist-Plewa, książkę „Disputed Memory: Emotions and Memory Politics in Central, Eastern and South-Eastern Europe”, jedną z ważniejszych publikacji na temat pamięci zbiorowej w tym regionie. Analiza nacjonalistycznego ekstremizmu, zawołania ustaszy i istnienia tych tendencji we współczesnym społeczeństwie jest w tej książce bardzo dokładna i niezwykle skrupulatna, a wnioski zbieżne z artykułem opublikowanym przez mnie – że problem ten istnieje i bynajmniej nie dotyczy marginesu społeczności.

Wreszcie dodam, że POLITYKA nie była jedynym medium w Polsce, które krytycznie wypowiedziało się o prezydent Grabar-Kitarović jako zawodowej polityczce. Artykuły o podobnej wymowie ukazały się m.in. na portalu naTemat czy blogu Rafała Steca z „Gazety Wyborczej”. Zakładam, że autorzy wszystkich tych tekstów otrzymali od Pani Ambasador podobne, równie krytyczne noty.

Konkludując: warto pamiętać, że historia nie jest możliwa do zapisania kodem binarnym. Nie składa się tylko z elementów białych i czarnych, zer i jedynek. Jest wielowymiarowa, wielowątkowa i przede wszystkim, co widać zwłaszcza na styku z polityką, jest materią czynną, aktywną w każdym społeczeństwie. Pamiętajmy o tym, gdy debatujemy na jej temat.

Mateusz Mazzini

Więcej na ten temat
Reklama

Warte przeczytania

Czytaj także

null
Społeczeństwo

Czynsze grozy. Są takie bloki, które zamieniły się w miejsca walk. Podwyżki, straszenie sądem, finansowa panika

Wspólnoty mieszkaniowe zaczęły masowo powstawać w Polsce 30 lat temu. Były jak powiew wolności: małe środowiska rządzące się przejrzystymi, demokratycznymi zasadami. Dziś to tylko wspomnienie. Demokracja wynaturzona, zarząd jak dyktatura, kontroli państwa brak.

Marcin Kołodziejczyk
06.03.2026
Reklama