Płoną tankowce w cieśninie Ormuz. Mnożą się teorie, co dalej. A może w tym wszystkim chodzi o Chiny?
Na papierze wygląda to bardzo sensownie. Ormuz to punkt krytyczny na surowcowej mapie świata z powodu rachunku, który często opisywany jest za pomocą hasła 3x20. 20 mln baryłek ropy dziennie, 20 proc. światowego zapotrzebowania na ropę, 20 proc. globalnego handlu LNG. Oczywiście te dane dotyczą tylko oficjalnych rynków zbytu, nie mówimy tu o tzw. flocie cieni czy o ropie, która ładowana jest na nieoflagowane tankowce, żeby omijać zachodnie sankcje. Można więc założyć, że realne proporcje nadające znaczenie tej cieśninie są jeszcze większe.
Brama do Azji
Co więcej, ma ona różne znaczenie dla różnych części świata. Kluczowa jest chociażby dla Chin. Irańskie rafinerie eksportują do Państwa Środka aż 1,4 mln baryłek dziennie każdego dnia. Jak informuje Reuters, powołując się na dane firmy analitycznej CEIC, stanowi to ponad 58 proc. całego eksportu irańskiej ropy. Ormuz to zresztą brama energetyczna przede wszystkim do Azji. CEIC podaje, że aż 83 proc. całej ropy i 84 proc. LNG, które tamtędy przepływają, trafia właśnie na rynki azjatyckie.
„Rynki azjatyckie” w tym kontekście to zarówno kraje sprzymierzone ze Stanami Zjednoczonymi (przynajmniej w teorii), jak i Chiny właśnie. Azja ma trochę własnych węglowodorów, czerpie je także z innych źródeł, przede wszystkim z Rosji. I znowu – robią to i Chińczycy, i inne kraje. Rosyjską ropę masowo kupowały np. Indie, dopóki Donald Trump nie przymusił ich, by tego procederu zaprzestały. W obliczu blokady cieśniny Trump wprowadził jednak chwilowe ulgi celne, by New Delhi mogło znowu zasilać swoją gospodarkę rosyjskim paliwem. Nawet jeśli jest ono wciąż tańsze, sprzedawane nie po cenach rynkowych z powodu zachodnich i amerykańskich sankcji, jego cena także poszła w górę – średnio o 13–14 dol. Przynajmniej na krótko Rosja na konflikcie więc zyska.
O co może chodzić w tej wojnie?
Jasne jest więc, że kto kontroluje ruch w cieśninie Ormuz, jest w stanie złapać za gardło większość azjatyckich gospodarek. I coraz częściej pojawiają się głosy, że być może właśnie o to chodzi w tej wojnie. Owszem, zwłaszcza Chiny elektryfikują się na potęgę – w 2025 r. energia odnawialna stanowiła średnio 36 proc. ich miksu energetycznego, a teraz momentami sięga wręcz połowy. Tyle tylko, że prądem da się zasilić niemal wszystko poza jednym kluczowym elementem: sprzętem wojskowym.
Teoria ta zakłada, że Stany Zjednoczone chcą wykorzystać moment, w którym reżim ajatollahów, przynajmniej w ocenie USA, jest najsłabszy od rewolucji Chomeiniego z 1979 r. To doskonała okazja, żeby ostatecznie wyeliminować go z pola gry. Wówczas ze światowej układanki zniknąłby poważny, silny i bezwarunkowo wrogi Amerykanom gracz, który stanowi logistyczne i energetyczne zaplecze dla największego rywala USA, czyli Chin. Trzeba zrobić to teraz, bo przyszły rok może okazać się kluczowy.
Xi Jinping i inni członkowie chińskiego establishmentu wielokrotnie sugerowali, że rok 2027, w którym Chiny świętować będą stulecie powstania Chińskiej Armii Ludowo–Wyzwoleńczej, będzie doskonałą okazją do przyłączenia Tajwanu do macierzy. Oczywiście nie musi się to odbyć w formie tradycyjnej inwazji lądowej na pełną skalę. Jak wskazują chociażby analizy Włoskiego Instytutu Spraw Międzynarodowych (IAI), Chińczycy realizują wszystkie możliwe strategie przejęcia kontroli nad Tajwanem jednocześnie. Presja militarna, próby szantażu gospodarczego, wpływanie na lokalną politykę, odcinanie wyspy od partnerów zagranicznych – prędzej czy później coś z tego arsenału metod ma szansę zadziałać.
Jeśli jednak miałoby dojść do konwencjonalnej inwazji, nie byłaby ona wcale prosta do przeprowadzenia – z kilku powodów. Po pierwsze, chińska armia jest potężna i technologicznie zaawansowana, ale nie ma specjalnego doświadczenia bojowego. Dlatego właśnie Pekin wysyła obserwatorów wojskowych na front w Ukrainie – żeby patrzyli, co w ogóle na froncie dzisiaj działa. Po drugie – górzyste wybrzeże Tajwanu i cała masa wyrzutni rakiet pochowanych w skałach sprawiają, że siłowe przejęcie kontroli nad wyspą byłoby niesłychanie trudne i kosztowne. Po trzecie – tajwańskie społeczeństwo jest bardzo odporne, zdeterminowane do walki, gotowe do poświęceń.
Czwarty element tego równania to ewentualne wsparcie militarne Stanów Zjednoczonych. Nie wiadomo, czy Amerykanie broniliby wyspy, bo nie ma pewności, jaka jest w ogóle polityka Donalda Trumpa wobec Chin. Mówił o tym wielokrotnie bułgarski politolog Iwan Krastev z Europejskiej Rady Stosunków Międzynarodowych (ECFR), ostatnio zauważył to prof. Henry Farrell z Johns Hopkins University w rozmowie z „New York Timesem”. Obaj wskazują, że antychińscy „jastrzębie” w administracji Trumpa, jak Robert O’Brian czy Elbridge Colby, przegrywają walkę o wpływy z ludźmi, którzy chcą się z Pekinem jakoś ułożyć, oraz z samym Trumpem. Nie jest wykluczone więc, że w myśl oklepanej koncepcji stref interesów Waszyngton po prostu pozwoliłby Chińczykom Tajwan zająć.
Chiny są przygotowane
Gdyby jednak miało być inaczej, przydałoby się uderzyć wyprzedzająco. I zgodnie z teorią rynków surowcowych takim uderzeniem antycypującym ruch Chin miałaby być dzisiejsza wojna z Iranem. Logika wydaje się prosta. Najpierw należy obalić reżim ajatollahów, potem znacząco osłabić zdolności ofensywne Teheranu, zmusić Iran do wystrzelania się z pocisków i dronów. Wtedy można myśleć o powtórzeniu tam modelu wenezuelskiego, czyli umieszczeniu na czele państwa kogoś, kto będzie wprawdzie wywodził się z nomenklatury, ale utrzyma kurs posłuszeństwa wobec USA. Wzorcowo na razie robi to w Caracas Delcy Rodriguez, ale już Modżtaba Chamenei, nowy wysoki przywódca Iranu, raczej do tej roli się nie nada.
Teoretycznie w ten sposób Amerykanie chcieliby przejąć kontrolę nad cieśniną Ormuz i przepuszczać przez nią tylko statki płynące do krajów sojuszniczych: Indii, Japonii, Korei Południowej. Do Chin już nie – w ten sposób mieliby unieruchomić chińskie wojsko, zwłaszcza chińską marynarkę. Brzmi sensownie, tyle tylko, że to wyłącznie gra wojenna – i to dość słabo rozpisana.
Trzeba pamiętać, że Chińczycy mają zakumulowane gigantyczne rezerwy ropy naftowej. Obecnie dodają do nich prawie milion baryłek dziennie, a zachodnie szacunki wskazują, że łączne zasoby w obwodzie Pekinu wynoszą już 1,45 mld baryłek. RAND Corporation w ramach własnej gry wojennej oszacowało, że pozwoliłoby to Xi Jinpingowi prowadzić wojnę z Tajwanem i jednocześnie utrzymywać gospodarkę na prawie pełnym poziomie działania przez 30 do nawet 60 dni, w zależności od intensywności blokady morskiej i transferów energii z Rosji. Samo to stawia teorię wiążącą Ormuz z Chinami pod dużym znakiem zapytania.
Co więcej, Pekin też ma możliwości uderzenia prewencyjnego w Stany Zjednoczone. Amerykańska flota pacyficzna potrzebowałaby przecież linii zaopatrzeniowej, która mogłaby zostać przecięta przez chińskie jednostki. Chiny mają bogatą historię używania statków cywilnych, w tym handlowych, do celów militarnych, chociażby pasywnej blokady. Mają też pozwalającą na takie ruchy infrastrukturę – jak peruwiański port w Chancay, kluczowy ze strategicznego punktu widzenia. Nie mówiąc już o portach na Kubie, które stoją w całości na chińskiej infrastrukturze i skąd Chiny mogłyby prowadzić operacje wywiadowcze i dywersyjne przeciwko USA.
Widać więc, że nawet jeśli Amerykanie mają jakieś przewagi taktyczne, Chiny mogą odpowiedzieć na nie w sposób symetryczny. Po raz kolejny okazuje się, że Pekin był sprytniejszy, zakorzenił się niepostrzeżenie w wielu strategicznie wrażliwych miejscach. Może więc nie ma sensu racjonalizować na siłę amerykańskiego zaangażowania w wojnę, która w ogóle nie musiała wybuchać? W końcu Donald Trump nie próbuje nawet stworzyć iluzji uzasadnienia bombardowania Teheranu przez siły USA. Inni nie powinni tego robić za niego.