Epicka furia naftowa. Iran sięga po swoją ekonomiczną „broń atomową”. Ropa w górę
Cieśnina Ormuz to wąski przesmyk między Omanem a Iranem. Tu ruch jest na co dzień olbrzymi, a wielkie tankowce poruszają się wąskimi torami wodnymi o szerokości 3 km. W normalnych warunkach to spore wyzwanie, a co dopiero w sytuacji wojennej. Pierwsze trafione tankowce już płoną, choć nie wiadomo, kto i jak je trafił. Czy były celem czy też przypadkową ofiarą? Ważne, że firmy ubezpieczeniowe odmawiają ubezpieczania transportów ropy przez Cieśninę Ormuz. Większość armatorów znów, jak w czerwcu ubiegłego roku, nakazała kapitanom by nie wpływali do Zatoki Perskiej, zanim sytuacja się nie wyjaśni. Świat liczy, że jak poprzednio potrwa to kilkanaście dni. Póki obie strony nie wyczerpią zapasów bomb i rakiet.
Kraje Zatoki Perskiej, ale są alternatywy
Iran broni się, jak może, a ponieważ nie ma broni atomowej, która ponoć była jego marzeniem, to sięga po ekonomiczną „broń atomową”, czyli możliwość blokowania Cieśniny Ormuz. Strażnicy Rewolucji ćwiczyli tu już zatrzymywanie statków, a teraz ogłoszono zamknięcie tego szlaku wodnego. Reuters podał, że statki odbierają komunikat radiowy przypisywany Korpusowi Strażników: „Żaden statek nie może przepłynąć przez Cieśninę Ormuz”. Choć formalnie Iran nie ma takiego prawa, ale na wojnie nikt na to nie zwraca uwagi. W potrzasku znalazły się wszystkie kraje Zatoki Perskiej produkujące ropę i gaz LNG, zwłaszcza te, które nie zbudowały sobie alternatywnych szlaków lądowych.
Arabia Saudyjska ma rurociąg East–West do portu Janbu al-Bahr nad Morzem Czerwonym. Zjednoczone Emiraty Arabskie mają ropociąg do portu Fudżajra nad Zatoką Omańską. Irak teoretycznie też ma rurociąg Kirkuk–Ceyhan na Morze Śródziemne, ale z niego jakoś nie korzysta. Także Iran ma w tej dziedzinie pewne możliwości. W tym celu zbudował terminal naftowy w porcie Jask nad Zatoką Omańską i rurociąg Goreh–Jask. W sumie więc kraje Zatoki Perskiej mogą utrzymać eksport trzeciej części swojej naftowej produkcji, omijając wąskie gardło.
Ropa drożej, ale szoku nie ma
Na efekty Epickiej Furii nie trzeba było długo czekać: w poniedziałek ceny ropy poszły mocno w górę. Cena ropy Brent, będąca punktem odniesienia dla rynku ropy, która rosła już od pewnego czasu, skoczyła o 8,48 proc. do 79,05 dol. za baryłkę. Sporo, ale szoku nie było, bo widmo wojny wisiało od dawna i importerzy surowca przygotowywali się do niej od dawna. Zwłaszcza Chiny, które są największym konsumentem tego surowca, zbudowały sobie spore rezerwy, wykorzystując okazyjne zakupy m.in. ropy rosyjskiej. Indie, które Trup zmusił, by nie kupowały rosyjskiej ropy, teraz też deklarują, że jednak do niej wrócą, jeśli nie będzie dostaw bliskowschodnich. W niedzielę spotkali się członkowie kartelu naftowego OPEC+ i ustalili zwiększenie wydobycia, ale nie jakieś szalone – zaledwie o 206 tys. baryłek dziennie. Problem jest tylko jeden – logistyka. Obecna faza konfliktu w porównaniu z zeszłoroczną różni się też tym, że wciągane są weń kraje teoretycznie nieuczestniczące w wojnie. A na dodatek celami stają się instalacje naftowe, jak np. te należące do Saudi Aramco. I znów: nie wiadomo, kto to zrobił. Podejrzenia kierowane są w stronę Hutich, czyli irańskich sojuszników z Jemenu.
Dekoniunktura? Przyspieszy elektryfikacja
Producenci ropy bardziej od wojny w Zatoce Perskiej boją się dekoniunktury na rynku ropy, z czym borykają się od pewnego czasu. Bo to jest dość skomplikowana gra: zbyt niskie ceny to dla nich poważny problem ekonomiczny, zbyt wysokie będą zaś zmuszały konsumentów do zaciskania pasa i szukania alternatywnych rozwiązań. Często przytaczany jest przykład pierwszego szoku naftowego (1973–74 r), kiedy przykręcenie kurka z ropą skłoniło przemysł motoryzacyjny do produkcji aut zużywających dużo mniej paliwa. A dziś świat jest w trakcie transformacji energetycznej i chce się z ropą pożegnać, więc takie turbulencje paliwowe mogą przyspieszyć proces elektryfikacji transportu.