McCain John

Stary punk McCain
Republikański senator John Sidney McCain, weteran wojny wietnamskiej, znowu startuje w wyścigu do Białego Domu. Czy dziś wojenna karta pomoże mu, czy zaszkodzi?
John McCain podczas kampanii prezydenckiej
Gage Skidmore/Flickr CC by SA

John McCain podczas kampanii prezydenckiej

Każdy, kto dzwoni do jego biura na Kapitolu, usłyszy w słuchawce dźwięki marsza wojskowego. Ojciec i dziadek McCaina byli admirałami marynarki wojennej, weteranami światowych wojen i nosili również imiona John Sidney. John Sidney McCain III miał pójść w ich ślady. Jak pisze jego biograf Paul Alexander, było to oczywiste od początku – nikt nie pytał młodego Johna, co chce w życiu robić. McCain to zaakceptował, ale sytuacja przymusu podświadomie potęgowała bunt. Jako uczeń elitarnej szkoły średniej miał przydomek „punk”, co z grubsza oznacza chuligana. Notorycznie łamał rozmaite zakazy i naruszał regulaminy. W Akademii Marynarki Wojennej w Annapolis nie przykładał się do nauki, tylko imprezował i uwodził kobiety; na wakacjach romansował m.in. z brazylijską modelką. Mimo skromnej postury, brylował w sporcie, zwłaszcza w zapasach i boksie. Służąc w siłach powietrznych marynarki, rozbił dwa samoloty, ale uszedł z życiem. W 1967 r. wyruszył do Wietnamu, gdzie ze stacjonującego w Zatoce Tonkińskiej lotniskowca „Forestall” odbywał loty bojowe. W lipcu tegoż roku na pokładzie okrętu wybuchł pożar, w którym zginęło 135 pilotów i marynarzy; McCain ocalał cudem.

26 października 1967 r. jego myśliwiec bombardujący Skyhawk-4 został trafiony nad Hanoi rosyjską rakietą ziemia–powietrze. McCain się katapultował i z pogruchotanymi kośćmi wpadł w ręce wroga. Pobity najpierw przez tłum, był następnie katowany w więzieniu dla jeńców, osławionym Hanoi Hilton. Wietnamczycy liczyli, że wydobędą z niego informacje dla wywiadu, a ponieważ milczał, odmówili mu leczenia; rany i złamania musiały się goić same. Był bliski śmierci, schudł 30 kg. Kiedy oprawcy dowiedzieli się, że jest synem admirała, dowódcy floty na Pacyfiku, zaproponowali mu zwolnienie, domagając się tylko pisemnego oświadczenia, że dobrze go traktowano. McCain odmówił. Wywołało to furię strażników i kolejną serię tortur. Bity, wielokrotnie tracił przytomność. Czując, że nie wytrzyma, podpisał w końcu napisane w nieznanym mu języku oświadczenie, które Wietnamczycy mogli wykorzystać dla propagandy wojennej. „Każdy ma taki punkt załamania. Ja swój osiągnąłem” – napisał później w swoich słynnych wspomnieniach kombatanckich „The Faith of my Fathers” (Wiara moich ojców).

Z niewoli wrócił w 1972 r. w stopniu kapitana. Poruszał się o kulach. Do dziś lekko utyka i wskutek źle zrośniętych kości nie może podnieść rąk powyżej głowy. Kontuzje uniemożliwiły mu dalszą karierę pilota i dowództwo mianowało go oficerem łącznikowym w Kongresie. McCain nawiązał tam bezcenne potem kontakty i wciągnął się w świat polityki. W 1981 r. zwolnił się z marynarki i wystartował w wyborach do Izby Reprezentantów w okręgu w Arizonie. Przyjechał tam za swoją drugą żoną, młodszą o 17 lat urodziwą Cindy Hensley, córką lokalnego magnata, dystrybutora piwa. Koneksje i pieniądze teścia ułatwiły mu przekonanie miejscowych, że jest swój. Wybory wygrał, a cztery lata później, zaledwie po dwóch kadencjach, zajął miejsce w Senacie, zwolnione przez odchodzącego na emeryturę legendarnego Barry’ego Goldwatera.

McCain wrócił z Wietnamu przekonany, że wojna była słuszna. Jak wielu weteranów uważał, że politycy uniemożliwili armii odniesienie zwycięstwa – choć nie mówi wprost, że było ono możliwe – i miał pretensję do Kongresu, że zablokował fundusze na pomoc dla Wietnamu Południowego. Jego historycznym wzorem jest prezydent Theodore Roosevelt, pionier globalnej ekspansji Ameryki. W książce „Worth The Fighting For” („O co warto walczyć”) rozpisuje się o jego patriotyzmie, witalności i cnotach wojownika. Współczesnym politycznym idolem McCaina był demokratyczny senator Henry („Scoop”) Jackson, jeden z najtwardszych jastrzębi w Kongresie, pryncypialny wróg totalitaryzmu. A ideologicznym mistrzem, co nie powinno zaskakiwać, prezydent Ronald Reagan. „Podzielałem wszystkie jego podstawowe poglądy: wiarę w jednostkę i kapitalizm; antykomunizm, internacjonalizm, czyli obronę naszych wartości za granicą, i najważniejsze: jego wiarę w narodową wielkość Ameryki i naszą historyczną wyjątkowość” – napisał w swojej książce wydanej w 2002 r. Nieprzypadkowo jednak McCain użył tu czasu przeszłego. Byłoby błędem zaszufladkowanie go dziś jako konserwatysty, a przynajmniej przedstawiciela prawicy pokrewnego Bushowi. Jego największym idolem, nie tylko literackim – co podkreśla w prologu do „Worth The Fighting For” – jest Robert Jordan, bohater „Komu bije dzwon” Ernesta Hemingwaya. Romantyk, rycerz przegranej sprawy, wierny do końca nakazowi honoru i obowiązku. W zakończeniu swej książki McCain pisze, że zawsze pojmował politykę jako służbę w publicznym interesie. Upomina rodaków, że ci, którzy „roszczą sobie prawo do wolności, ale nie poczuwają się do obowiązku wobec cywilizacji, która ją zapewnia, żyją półżyciem, pobłażając własnym interesom kosztem szacunku do siebie”. „Najbogatsi i najsławniejsi Amerykanie nie posiadają nic ważnego, jeżeli ich życie nie ma większego celu niż oni sami” – dodaje.

Biografia senatora przydaje wiarygodności tym słowom, które wyjaśniają też głębsze przyczyny jego ewolucji ku centrum. Przeciwnicy sugerują, że jest trochę postacią z przeszłości, dinozaurem zimnej wojny, starym biologicznie i mentalnie. Czy swoim uporem i wiarą w misję Ameryki nie wywoła III wojny światowej? McCain ma 70 lat, po kontuzjach wietnamskich zachorował na raka skóry (znów cud – wyzdrowiał), a w Ameryce, mimo starzenia się populacji, kult młodości i zdrowia wciąż trwa. Niedawne badania opinii pokazały, że podeszły wiek może być nawet większym minusem w wyborach prezydenckich niż kolor skóry czy płeć. Ale równocześnie sondaże wskazują, że McCain nie przegrałby z Hillary Clinton ani Barackiem Obamą. I nie jest wcale ideologicznym doktrynerem, tylko trzeźwym, realistycznym pragmatykiem.

Dziś, kiedy Ameryka jest w stanie wojny, a senator z Arizony to urodzony wojownik i przywódca, wielu uważa, że nadszedł jego czas. Jednak głosy są mocno podzielone. Obok olbrzymiej grupy zwolenników równie dużo osób uważa, że czas McCaina minął i dziś może być już dla niego za późno. Gdyby senator wygrał w przyszłorocznych wyborach, byłby najstarszym prezydentem w dziejach USA. I chociaż tym razem wydaje się faworytem do republikańskiej nominacji, gdyż stara się pogodzić z partyjnym establishmentem, to cena, jaką za to płaci, może znów być bardzo wysoka. Zwłaszcza że postawił na ryzykownego konia: zwycięstwo Ameryki w Iraku.

W 2000 r. McCain ubiegał się o prezydenturę opromieniony legendą bohatera wojny wietnamskiej. W prawyborach podkreślał niezależność od republikańskich grup interesów – był m.in. głównym sponsorem ustawy o restrykcjach za finansowanie kampanii politycznych przez wielkie korporacje, zaciekle zwalczanej przez jego partię. Śmiertelnie naraził się religijnym konserwatystom z Południa, nazywając ich „agentami nietolerancji”. Potępił flagę konfederatów powiewającą na gmachu parlamentu stanowego w Karolinie Południowej. Został idolem mediów, które zapraszał do swego wyborczego autobusu „Straight Talk Express” (Ekspres Prosto z Mostu) i częstował smakowitymi bon mots łamiącymi bariery poprawności politycznej. Uwielbiali go niezależni wyborcy, popierało wielu demokratów, a sondaże wskazywały, że jeśli republikanie wysuną jego kandydaturę, wygra spacerkiem. Machina partyjna, w której religijni fundamentaliści stanowią potęgę, powiedziała jednak: nie. Bardziej niż nieobliczalny luzak, odpowiadał jej układny i nijaki Bush.

Senator nigdy nie zrezygnował z prezydenckich planów, ale z czasem również zrozumiał, że musi grać w drużynie. W wyborach w 2004 r. ostentacyjnie poparł starającego się o reelekcję Busha. Pozował do zdjęć w niedźwiedzim uścisku z prezydentem, co było dla niego ważnym atutem. W zeszłorocznych wyborach do Kongresu solidarnie wspomagał republikańskich kandydatów. Demonstracyjnie odwiedził jednego z liderów religijnej konserwy, pastora Jerry’ego Falwella, obsypując go komplementami. Mimo wcześniejszej opozycji wobec zakazu małżeństw homoseksualistów – jako jeden z nielicznych republikanów głosował przeciw poprawce do konstytucji w tej sprawie – oświadczył, że „nie powinny one być legalne”. Miało to przekonać nieufnych, że jest lojalnym republikaninem.

McCain jest złym aktorem – nie potrafi udawać, że nagle pokochał swych byłych antagonistów. Na wiecach odczytuje pojednawcze deklaracje z kartki, jakby porozumiewawczo mrugał do swoich przyjaciół z centrum: ja to mówię, bo muszę... Pozostał sobą i znowu wyłamuje się z szeregu. Na przekór religijnej prawicy, głosował za badaniami z użyciem komórek macierzystych z ludzkich embrionów. Z demokratycznym senatorem Edwardem Kennedym sponsorował projekt ustawy (nieuchwalonej) otwierającej drogę do legalizacji pobytu w USA nielegalnym imigrantom, która nie przewidywała w dodatku poważniejszego uszczelnienia granic. Wywołało to furię orędowników „ładu i porządku”, niechętnych latynoskiej imigracji. Bushowi zaś naraził się kampanią przeciwko torturowaniu więźniów podejrzanych o terroryzm.

Ustawa o specjalnych trybunałach wojskowych, będąca wynikiem tych starań, okazała się w końcu zgniłym kompromisem – rząd znalazł legalną furtkę do twardych przesłuchań więźniów – ale rola McCaina w sprawie wystarczyła, by prawica ponownie zaostrzyła czujność i szukała alternatywnego kandydata. W sondażach przeprowadzonych ostatnio wśród republikańskich wyborców na czoło wysunął się były burmistrz Nowego Jorku Rudy Giuliani. Na ponad półtora roku przed wyborami sondaże znaczą niewiele, ale są miarą nieufności wobec McCaina. Tymczasem po drugiej stronie kompromisy senatora wywołały niesmak jego liberalnych i progresywnych sympatyków. Dawny buntownik i outsider zaczął być postrzegany jako rzecznik establishmentu.

Demokratom przeszkadza najbardziej poparcie McCaina dla wojny w Iraku. To akurat nie wynika z jego oportunizmu, a głębokich przekonań. Senator uważa, że nie można sobie pozwolić na porażkę. Wycofanie z Iraku wojsk, zanim nie pozostawi się tam w miarę stabilnego i prozachodniego rządu, gwarantuje, jego zdaniem, iż kraj stanie się azylem dla Al-Kaidy. Popiera więc prezydencki plan zwiększenia amerykańskiego kontyngentu o przynajmniej 20 tys. żołnierzy. Alternatywne propozycje, jak wycofanie wojsk do baz w pobliżu Iraku, uznaje za nierealistyczne. Nie zraża go, że idzie pod prąd nastrojów w USA, gdzie większość społeczeństwa ma dość wojny i nie chce jej eskalacji. „Chcę być prezydentem, ale nie tak bardzo, żeby zrobić coś, co nie jest słuszne z punktu widzenia bezpieczeństwa kraju i młodych ludzi, którzy go bronią. Jeśli będę przez to uchodził za militarystę, z przyjemnością poniosę polityczne konsekwencje, ponieważ będę spał spokojnie” – powiedział tygodnikowi „Vanity Fair”.

McCain od początku wojny krytykował Busha zarzucając mu, że wojsk w Iraku jest za mało. Wzywał do zwolnienia szefa Pentagonu Donalda Rumsfelda, wytykając mu niekompetencję. W odróżnieniu od propagandzistów Busha, przyznaje też, że sytuacja w Iraku się nie poprawia i nie ma sensu oskarżać mediów o defetyzm. Samą jednak decyzję o inwazji do dziś uważa za słuszną, ponieważ reżim Saddama Husajna – jego zdaniem – stanowił zagrożenie dla Ameryki i regionu. McCain jest tu konsekwentny: zawsze był zwolennikiem zamorskich interwencji wojskowych wszędzie tam, gdzie chodzi o bezpieczeństwo USA, ich interesy strategiczne – ale i najważniejsze amerykańskie wartości. W latach 90. popierał operacje NATO w Bośni i Kosowie, uważane przez republikańskich realistów za wyraz naiwnego idealizmu ekipy Clintona. Zbliża to McCaina do neokonserwatystów, z ich wiarą w misję Ameryki, uniwersalność jej modelu demokracji. Dlatego też był jednym z najgorętszych zwolenników rozszerzenia NATO. Trudno również sobie wyobrazić, by przeszedł na ty z prezydentem Putinem i „zajrzał w jego duszę”. McCaina ukształtowała zimna wojna i wyniesiony z niej nawyk widzenia świata w kategoriach dychotomicznego podziału, który dziś przenosi się na konflikt z „islamofaszyzmem”.

Ameryka przechodzi trudny okres, uwikłana w wojny i skłócona z zagranicą, stojąc wobec wyzwania nowych potęg (Chiny). Pesymiści, jak Zbigniew Brzeziński w najnowszej książce „Second Chance: Three Presidents and the Crisis of American Superpower”, obawiają się, że jej pozycja dalej będzie słabnąć. Niezwykłe czasy wyłaniają prawdziwych przywódców, polityków niekierujących się sondażami, z wizją, posiadających autorytet moralny i kapitał zaufania. Wielki kryzys w latach 30. nie zostałby przezwyciężony, gdyby nie odwaga i charyzma Franklina D. Roosevelta. Z moralnej depresji po Wietnamie i Watergate wydobył Amerykę Ronald Reagan. Dziś jej problemem, poza kłopotami globalnymi, jest kulturowo-polityczna polaryzacja społeczeństwa. Także pogłębianie przepaści między biedą a bogactwem wskutek zachwiania równowagi między interesem prywatnym a publicznym. Potrzeba – jak zauważają niektórzy – liderów zdolnych do zjednoczenia kraju i przywrócenia prestiżu urzędu prezydenckiego. Takich jak senator McCain – dodają jego fani.

 

Czytaj także

Ważne w świecie

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną