Przejdź do treści
Reklama
Reklama
Świat

1484. dzień wojny. Małe kontrofensywy Kijowa. To gra o coś więcej niż teren

Rekruci obu płci 59. Samodzielnego Batalionu Szturmowego „Szkwał”. Ukraina, styczeń 2026 r. Rekruci obu płci 59. Samodzielnego Batalionu Szturmowego „Szkwał”. Ukraina, styczeń 2026 r. Maciek Musiałek / AA / ABACA / Abaca Press / Forum
To nie są lokalne kontrataki, ale element szerszej strategii. Ukraińskie uderzenia mają zatrzymywać Rosjan na froncie, ale też zmuszać ich do reagowania na uderzenia w najbardziej wrażliwe punkty.

Generał armii Walerij Gierasimow, szef Sztabu Generalnego Sił Zbrojnych, wyolbrzymia rosyjskie sukcesy taktyczne i zawyża zdobycze terenowe. W ten sposób tworzy fałszywe wrażenie, że linie frontu w Ukrainie są na skraju załamania. Dwa dni temu odwiedził dowództwo Południowego Zgrupowania Wojsk i stwierdził, że w pierwszych dwóch tygodniach marca 2026 r. siły rosyjskie zajęły 12 miejscowości. Tymczasem wszystko wskazuje na to, że były ich tylko dwie.

Rosja ma sześć zgrupowań wojsk, każde z nich składa się z kilku armii i samodzielnych korpusów. Są to: zgrupowanie „Północ” (wzdłuż północnej granicy Ukrainy), „Zachód” (na północ od Dońca), „Południe” (na kierunku Słowiańska), „Centralne” (rejon Torećka–Pokrowska), „Wschód” (front południowy) oraz „Dniepr” (nad Dnieprem i w obwodzie zaporoskim). Wszystko wskazuje, że kolejne natarcie nastąpi na kierunku zgrupowania „Południe” – tam też pojawił się Gierasimow.

Sekretarz Rady Bezpieczeństwa Rosji Siergiej Szojgu przyznał, że ukraińska kampania uderzeń dronowych w rosyjski przemysł obronny i infrastrukturę krytyczną jest coraz skuteczniejsza. Stwierdził 17 marca, że liczba takich ataków wzrosła w 2025 r. niemal czterokrotnie – z 6,2 tys. do 23 tys. Dodał, że Ukraina zyskała zdolność atakowania celów aż po Ural, który znajduje się już w „strefie bezpośredniego zagrożenia”. Według Szojgu tempo rozwoju nowych broni i metod ataku jest tak szybkie, że „żaden region Rosji nie może czuć się bezpieczny”, a sytuacja na Bliskim Wschodzie zwiększa ryzyko ataków terrorystycznych na infrastrukturę krytyczną.

Dlaczego w odwrocie?

Większą część 2025 r. ukraińskiej piechocie, toczącej najcięższe walki, pasują słowa smutnej piosenki „Wybaczcie piechocie” Bułata Okudżawy: „My zawsze w pochodzie / I tylko to jedno nas budzi ze snu / Dlaczego w odwrocie? / Gdy wiosna nad ziemią szaleje od bzu…”. Trwał czwarty rok wojny. Po jesiennych sukcesach pierwszego roku i nieudanej próbie z lata 2023 r. na frontach zapanował zastój. Rosjanie prowadzili nieustanne ataki nękające, mające zwiększać straty i stopniowo wykruszać zdolność oporu wojsk ukraińskich.

Wraz z przedłużającą się wojną szanse na przeżycie na froncie malały. Nie było też widoków na zakończenie wojny. Dziś pojawiła się pewna nadzieja, ale nie dzięki sławetnym negocjacjom takich tuzów dyplomacji jak Steve Witkoff, które nie przyniosą nic dobrego. A już na pewno nie trwałego pokoju akceptowalnego dla Ukrainy.

W oczach przeciętnego ukraińskiego żołnierza, jego rodziny i mieszkańców kraju nad Dnieprem widoków na szybki koniec wojny wciąż nie ma. Trzyma ich wola, by nie dać się zniewolić przez państwo, w którym nie da się zbudować nic sensownego, a zwykły człowiek jest traktowany jak niewolnik. Walczą więc nie tyle dla siebie, co dla swoich dzieci i wnuków. Dlatego opór nie słabnie, choć na froncie pojawiają się kolejne roczniki zmobilizowanych, mniej chętnych do walki. A jednak, jeśli nie zdezerterują, walczą z poświęceniem – bo poza dezerterami walczą tu dziś niemal sami bohaterowie.

Już piąty rok trwają uporczywe rosyjskie ataki. Kosztowały Rosję blisko pół miliona zabitych i zapewne podobną liczbę trwale okaleczonych. Na froncie walczy ok. 700 tys. żołnierzy. To mniej niż w czasie II wojny światowej, gdy po stronie sowieckiej było 5–7 mln walczących, a straty sięgnęły 11,7 mln zabitych, ale dzisiejsza Rosja jest mniejsza i słabsza gospodarczo niż ZSRR.

Wydawałoby się, że Rosjanie dominują na polu walki. Mają więcej żołnierzy i wciąż nie ogłosili pełnej mobilizacji – poza częściowym wcieleniem 300 tys. ludzi jesienią 2022 r. Do dziś polegają głównie na „kontraktnikach”, czyli ochotnikach walczących dla pieniędzy. Tyle że mimo rosnących stawek chętnych jest coraz mniej.

Rosjanie sami się do tego przyczynili: dowódcy traktują żołnierzy jak bydło, a kto raz trafi do wojska, praktycznie z niego nie wychodzi. Po zakończeniu kontraktów zmusza się ich do podpisywania nowych, a jeśli odmówią, i tak są zatrzymywani w armii – już jako „zmobilizowani” i z niższym żołdem. Informacje o tym krążą w społeczeństwie, głównie przez Telegram, więc chętnych ubywa. Do tego słabnąca gospodarka ogranicza produkcję uzbrojenia i amunicji.

W samej Ukrainie też nie jest wesoło. Gospodarka, obciążona wojną, jest podtrzymywana pomocą sojuszników, a możliwości mobilizacyjne stopniowo się wyczerpują. Zasoby obu stron pozwalają jeszcze prowadzić wojnę co najmniej rok, ale nie wiadomo, jak długo starczy woli do dalszych poświęceń.

Przez cały 2024 r. i większą część 2025 ukraińskie wojska powoli, ale nieuchronnie traciły teren. Co prawda w żółwim tempie, ale jednak spychano je z kolejnych pozycji obronnych – po kilka kilometrów kwadratowych dziennie, kilkanaście czy kilkadziesiąt tygodniowo. Niewiele, ale wyczerpana ukraińska piechota, zadając straty wrogowi, musiała cofać się na drugie i trzecie linie obrony, a za sobą budować kolejne.

To nieustanne cofanie się bardzo źle wpływało na morale wojsk ukraińskich i przygnębiało społeczeństwo. Istniały bowiem obawy, że te niewielkie wycofania będą się stopniowo zamieniać w większe, że żołnierze coraz chętniej będą porzucać zajmowane pozycje, a Rosjanie zajmować coraz większe tereny. I do pewnego stopnia już się to działo – nie pomogła utrata Awdijiwki, Torećka, Czasiw Jaru, a w końcu Pokrowska i Myrnohradu.

Doszło do tego, że zdarzały się przypadki wycofywania się bez stawienia twardego oporu – w ten sposób ukraińskie wojska opuściły Siewiersk, a jesienią 2025 r. zaczął pękać front pod Hulajpolem. W rejonie Wielikiej Nowosiłki rosyjskie wojska posuwały się tam na północ coraz szybciej.

Zimowy zryw

Zaczęło się od błędu Rosjan pod Kupiańskiem, na północno-wschodnim odcinku linii frontu. Przekroczyli rzekę Oskil na północ od miasta i uchwycili przyczółek, który stopniowo poszerzali. Z niego wyprowadzili natarcie na sam Kupiańsk, posuwając się zachodnim brzegiem rzeki. Udało im się wejść do miasta głębokim, ale wąskim klinem. I wtedy zaskoczył ich kontratak ukraiński – na północ od miasta i w nim samym. Ukraińcy dotarli do Oskila, odcinając w mieście resztki dwóch rosyjskich batalionów.

Nieco wcześniej, w listopadzie 2025 r., coś podobnego wydarzyło się pod Dobropilią, dalej na południe, ale tam sukces był wyraźnie mniejszy. Mimo zapowiedzi na wyrost nie udało się odciąć większych sił przeciwnika – do niewoli trafiło przypuszczalnie tylko kilkadziesiąt osób, reszta wycofała się lub zginęła w walkach.

Pod Kupiańskiem w okrążeniu znalazło się więcej rosyjskich żołnierzy i nie było im łatwo się przebić. Dzięki zaopatrywaniu przez drony walczyli od początku grudnia do początku lutego. Większość zginęła, pozostałych – też niewielu – wzięto do niewoli. Najgorsze dla Rosjan było to, że zdobycie Kupiańska zameldowano Władimirowi Putinowi i ogłoszono publicznie. Tymczasem po oczyszczeniu miasta z resztek rosyjskich wojsk znów jest ono w rękach ukraińskich, choć Rosjanie nadal nacierają od północy.

Najdłużej trwała ofensywa na południu – pod Hulajpolem i Wieliką Nowosiłką. Była to seria lokalnych natarć z niewielkimi postępami, rozpoczęta na początku lutego 2026 r. Trudno o dokładne daty, bo informacje o tych walkach są skąpe i opóźnione. Początkowo wyglądało to na dwa oddzielne ataki: w rejonie Hulajpola – na północ od miasta i w kierunku wschodnim – oraz dalej na wschód, pod Wieliką Nowosiłką, gdzie linia frontu skręca na południe.

W miarę cofania się wojsk rosyjskich okazało się, że oba ukraińskie zgrupowania zbliżają się do siebie, odcinając róg rosyjskiego zgrupowania na północ od Hulajpola. Rosjanie nie czekali, aż zostaną zamknięci – oskrzydlane jednostki wycofywały się, póki mogły. Nie bronili terenu za wszelką cenę, ograniczając straty kosztem oddawania przestrzeni.

Oczywiście te ukraińskie kontrataki nie sprawią, że Rosjanie stracą swoje zdobycze. Ale to jeden z trzech elementów ukraińskiej strategii. Pierwszy to uderzenia w rosyjską gospodarkę i zaplecze – uporczywa wojna dronowa w głębi Rosji, wymierzona głównie w infrastrukturę paliwową. Drugi to ciągły opór i zadawanie strat, coraz trudniejszych do uzupełnienia, przez co rosyjskie wojsko powoli słabnie. Trzeci to kontrofensywy na średnią skalę, które odbierają Rosjanom inicjatywę i zmuszają ich do przerzutów sił z innych kierunków. A to z kolei burzy ich plany.

Wszystkie te działania są skierowane do otoczenia Putina na Kremlu. Ukraina liczy, że ich cierpliwość wobec rosyjskiego prezydenta będzie się wyczerpywać. Że zamiast sukcesów będą widzieć straty – i coraz mniej powodów, by go popierać. Im dłużej to potrwa, tym większe będzie rozczarowanie. Już dziś w rosyjskiej Dumie deputowani podnoszą temat możliwej mobilizacji – raczej wbrew woli Putina, który wie, że to ostateczność. Bo ogłoszenie mobilizacji oznacza brak odwrotu: albo dalsza eskalacja, albo długie lata oczekiwania na kolejną okazję.

Ukraina liczy, że zmusi to Putina do zawieszenia broni, by uporządkować sprawy wewnętrzne, albo że sam straci władzę. A jego następcy – jak to często bywa – mogą pójść jeszcze dalej, rozpętując konflikt z Zachodem, którego Rosja nie jest w stanie wygrać. I to jest właśnie ukraińska nadzieja. Jeśli Kijów wytrzyma, to jeszcze w tym roku w Rosji może narastać kryzys. Putin może stanąć przed pytaniem: co dalej? I to może być moment rozstrzygający.

Reklama

Warte przeczytania

Czytaj także

null
Społeczeństwo

Czynsze grozy. Są takie bloki, które zamieniły się w miejsca walk. Podwyżki, straszenie sądem, finansowa panika

Wspólnoty mieszkaniowe zaczęły masowo powstawać w Polsce 30 lat temu. Były jak powiew wolności: małe środowiska rządzące się przejrzystymi, demokratycznymi zasadami. Dziś to tylko wspomnienie. Demokracja wynaturzona, zarząd jak dyktatura, kontroli państwa brak.

Marcin Kołodziejczyk
06.03.2026
Reklama