Trump w Chinach. To ma być kolejny test jego przywództwa, ale „tremendous guy” Xi się nie ugnie
We wtorek Donald Trump udał się z kilkudniową wizytą do Chin. Od dawna planowane spotkanie amerykańskiego prezydenta z chińskim prezydentem Xi Jinpingiem ma zahamować eskalację napięć między oboma supermocarstwami i zapewnić stabilizację w ich stosunkach. Biały Dom chciał, by wizyta skupiała się na relacjach ekonomicznych i dążeniach do zmniejszania współzależności obu gospodarek. Tematykę szczytu może jednak zdominować wojna USA z Iranem.
Test przywództwa Trumpa
Trump miał nadzieję, że przyjedzie do Pekinu jako zwycięzca tego konfliktu, bo po bombardowaniach Iran miał zgodzić się na bezwarunkową kapitulację. Tymczasem wojna weszła w fazę impasu, a skuteczny opór Iranu – kraju wielokrotnie mniejszego i słabszego od USA – podważa wizerunek Ameryki jako hegemonicznego supermocarstwa i prestiż samego Trumpa. W Waszyngtonie komentuje się, że szczyt będzie przede wszystkim kolejnym testem przywództwa Trumpa, którego polityka osłabiła pozycję Ameryki w konfrontacji z Chinami.
Trump będzie próbował przekonać Xi do wywarcia presji na Iran, aby zgodził się na amerykańskie warunki zawarcia pokoju. Na plan USA w tej sprawie Teheran odpowiedział swoimi propozycjami, odrzuconymi przez prezydenta jako „nie do przyjęcia”. Trump liczy, że Pekin skłoni reżim irański przynajmniej do odblokowania cieśniny Ormuz, przez którą przepływa 20 proc. światowych zasobów ropy naftowej i której zamknięcie wywołało zwyżkę cen tego surowca, a w efekcie podwyżkę cen benzyny w USA.
Chiny importują z Iranu i innych krajów Bliskiego Wschodu około połowy swojej ropy, transportowana jest ona głównie przez Ormuz. Trump argumentuje więc, że to Chinom powinno bardziej zależeć na otwarciu cieśniny, bo udział bliskowschodniej ropy w zużyciu USA jest znacznie mniejszy.
Zamknięcie cieśniny i cała wojna z Iranem nie leżą więc w interesie Chin. Pekin opowiada się za dyplomatycznym rozwiązaniem konfliktu, wspiera Pakistan w roli mediatora między stronami, ale krytykuje USA za inwazję i nie jest skłonny do wywierania nacisku na reżim w Teheranie. Od dawna popiera prawo Iranu do rozbudowy arsenału rakietowego i pracy nad jego programem atomowym, choć tylko do celów pokojowych. Długofalowa strategia sprzymierzonych z Rosją Chin nie przewiduje pomocy dla Ameryki w wydobywaniu się z kłopotów wywołanych polityką jej prezydenta.
Czytaj też: Gra w ceny ropy. Ameryka chce od razu załatwić wszystkie sprawy, z nuklearną włącznie
Chiny liczą na ustępstwa
Trump zdaje się wciąż naiwnie wierzyć w siłę swojej osobistej perswazji w relacjach z Xi Jinpingiem. Przed podróżą mówił o nim, że to „wspaniały facet”, i powtarzał, że jest z nim w jak najlepszych stosunkach. Chiński prezydent jest oczywiście obojętny na tego rodzaju podchody i komplementy. Ponieważ także jemu zależy na zakończeniu wojny z Iranem, może wysłuchiwać argumentów Trumpa, ale jeśli miałby mu pójść na rękę, będzie oczekiwał czegoś w zamian. A konkretnie – amerykańskich ustępstw w sprawie Tajwanu, który Chiny uważają za swoją prowincję, nielegalnie odłączoną od macierzy, więc twierdzą, że mają prawo odzyskać go siłą.
Pekinowi od dawna doskwiera dozbrajanie Tajwanu przez USA, które zgodnie z ustawą Kongresu zobowiązującą do tego wszystkich prezydentów sprzedają mu najnowocześniejszą broń. Trump nie deklaruje gotowości do obrony wyspy przed chińską agresją, co czynił jeszcze jego poprzednik Joe Biden. Pod koniec zeszłego roku zatwierdził jednak sprzedaż Tajwanowi broni o wartości 11 mld dol. i ma wkrótce dać placet na sprzedaż kolejnego pakietu na 14 mld dol. Xi nalega na zwłokę w tych dostawach albo ich redukcję. Naciska też na zmianę retoryki Trumpa, który mówi, że „nie popiera” niepodległości Tajwanu – Chińczycy chcą, by oświadczył, że aktywnie się temu „sprzeciwia”.
Biały Dom zapewnia, że prezydent nie zgodzi się na takie koncesje, i mimo jego „nieobliczalności” należy temu wierzyć. Antychińskie lobby w Waszyngtonie jest wystarczająco silne. Stawką jest w końcu obrona roli USA w rejonie zachodniego Pacyfiku, gdzie od prezydentury Baracka Obamy zapewnia się kraje wschodniej Azji, że USA będą powstrzymywały ewentualne ekspansjonistyczne dążenia Chin. Tymczasem Państwo Środka systematycznie zwiększa swój arsenał broni nuklearnej – posiada już 600 głowic tego rodzaju – i ignoruje sugestie Trumpa, by zawrzeć z USA układ o kontroli zbrojeń atomowych, podobny do wygasłego w lutym układu START z Rosją.
Tuzin bossów u boku
Wszystko to oznacza, że o ile w rozmowach za zamkniętymi drzwiami wojna z Iranem zajmie Trumpowi i Xi prawdopodobnie najwięcej czasu, o tyle publiczne wystąpienia obu prezydentów zdominuje najpewniej tematyka ekonomiczna. Ponieważ rozbieżności w kwestiach bezpieczeństwa są nie do usunięcia, Biały Dom stara się obniżyć oczekiwania wobec tej wizyty, sugerując, że chodzi o poprawę stosunków z Chinami, które w powszechnej opinii w roli supermocarstwa-rywala zastąpiły sowiecką Rosję.
Wprowadzane lub zapowiadane przez prezydenta USA w ubiegłym roku podwyższone taryfy celne na import artykułów z Chin doprowadziły oba kraje na skraj wojny handlowej. Trump wycofał się z najbardziej drastycznych podwyżek, kiedy zorientował się, że eskalacja taryf i odwetowe posunięcia Pekinu nie opłacają się amerykańskiej gospodarce i mogą wywołać groźne konsekwencje polityczne. Na obecnym szczycie prezydenci będą starali się zapewniać, że relacje ekonomiczne ich państw stabilizują się i poprawiają zgodnie z interesem obu stron.
Trump przybywa do Pekinu w towarzystwie swojego sekretarza skarbu Scotta Bessenta i przedstawiciela handlowego Jamiesona Greera, którzy będą głównymi partnerami rozmów. W podróż zabrał również około tuzina bossów największych amerykańskich korporacji, na czele z szefem Tesli i Space X Elonem Muskiem, dyrektorem Apple′a Timem Cookiem, prezesami banków Citi i Goldman Sachs oraz szefami Blackstone, Boeinga i BlackRock.