Przejdź do treści
Reklama
Reklama
Świat

Bomba w cieśninie. To nie okręty blokują Ormuz, ale irański program nuklearny

Wielki baner w Teheranie nawiązujący do cieśniny Ormuz, 2 maja 2026 r. Wielki baner w Teheranie nawiązujący do cieśniny Ormuz, 2 maja 2026 r. Fatemeh Bahrami / Anadolu/ABACA / Forum
Blokada Ormuzu jest środkiem do celu dla obu stron konfliktu. Amerykanie zakładają, że przyduszony Iran zgodzi się zakończyć swój program nuklearny i w ten sposób Trump będzie mógł ogłosić zwycięstwo. Iran próbuje rozdzielić obie sprawy, czyli najpierw odblokowanie Ormuzu, a później negocjacje nuklearne.

Od poniedziałku w Ormuzie trwa operacja „Projekt Wolność”. W jej ramach, jak twierdzi prezydent Donald Trump, amerykańskie okręty mają bezpiecznie „przeprowadzać” statki handlowe przez cieśninę. Oferta dotyczy ponad 900 jednostek, które nie mogą wypłynąć z Zatoki Perskiej, bo dotychczas obawiały się irańskich ataków. Akcja zyskała wymiar humanitarny, bo marynarzom na tych statkach zaczyna brakować wody i żywności.

Ale do wtorku, 5 maja, „Projekt Wolność” niewiele zmienił. W ciągu pierwszej doby dochodziło do wymiany ognia. Irańczycy twierdzą, że trafili jeden z amerykańskich okrętów. Amerykanie przekonują, że zatopili co najmniej sześć irańskich kutrów. W efekcie kapitanowie uwięzionych statków postanowili nie ryzykować i poziom ruchu w Ormuzie jest taki, jak przed „Projektem Wolność”, czyli znikomy.

Dwie blokady Ormuzu

Przypomnijmy, że na Ormuzie założone są dwie blokady. Pierwsza, irańska, została wprowadzona w odpowiedzi na amerykańsko-irańskie ataki rozpoczęte 28 lutego. Irańska blokada, obok ataków na kraje Zatoki Perskiej, w zamyśle Teheranu miała powstrzymać amerykańsko-izraelską agresję. Założenie było takie, że zamknięcie cieśniny, przez którą w spokojnych czasach przepływa co piąta baryłka transportowanej na świecie ropy naftowej, doprowadzi do zwyżki globalnych cen tego surowca i wywołana w ten sposób groźba kryzysu gospodarczego wymusi na agresorach odwrót.

Druga blokada Ormuzu, założona dwa tygodnie temu przez Amerykanów, to efekt myślenia „albo wszyscy, albo nikt”. Waszyngton uznał, że jeśli Iran przepuszcza „przyjazne” jednostki (najczęściej zatankowane ropą dla Chińczyków) przez cieśninę i w ten sposób wciąż zarabia na eksporcie, to trzeba odciąć go od tego źródła dochodów. W ten sposób „zagłodzony” finansowo reżim będzie musiał ustąpić.

W tym sensie blokada Ormuzu jest środkiem do celu dla obu stron konfliktu. Amerykanie zakładają, że przyduszony Iran zgodzi się zakończyć swój program nuklearny i w ten sposób Trump będzie mógł ogłosić zwycięstwo. Z kolei Iran próbuje rozdzielić obie sprawy, czyli najpierw odblokowanie Ormuzu, a później negocjacje nuklearne. W przypadku Irańczyków to „później” może jednak oznaczać „nigdy”. Szczególnie jeśli Amerykanie spakują się i odpłyną.

Irański program nuklearny

Irański program nuklearny ma już dziś rangę symbolu, głównie za sprawą obecnego prezydenta USA. Ów program był przywoływany jako powód obu wojen wytoczonych Iranowi przez Stany Zjednoczone i Izrael – w czerwcu ubiegłego roku oraz tej obecnej. W obu przypadkach Amerykanie rozmawiali z Irańczykami w sprawie atomu, po czym – bez zakończenia rozmów – atakowali ich.

W obu też przypadkach ataki były poprzedzone deklaracjami najwyższych przedstawicieli amerykańskiego wywiadu, w tym Tulsi Gabbard, że Iran nie stanowi bezpośredniego zagrożenia dla USA i nie buduje bomby atomowej. Co ciekawe, prezydent Trump tłumacząc atak z 28 lutego odwrócił sformułowanie Gabbard i mówi właśnie o „bezpośrednim zagrożeniu” ze strony Iranu.

Tu słów parę o irańskim programie nuklearnym. Został zapoczątkowany jeszcze w latach 50. przez szacha Mohammada Rezę Pahlawiego. Rozwijany przy francuskim, a później amerykańskim wsparciu, po rewolucji 1979 r. trafił w ręce nowego reżimu. Do dziś kolejni jego przedstawiciele przekonują, że program ten ma cele wyłącznie cywilne – ma zapewnić Iranowi energię elektryczną oraz służyć rozwojowi medycyny.

W tej sprawie islamski Iran kilkakrotnie mijał się z prawdą. Jeszcze w latach 80. tamtejsze władze szukały wsparcia Pakistanu i Chin w budowie bomby, która mogłaby zakończyć krwawą wojnę z Irakiem. W latach 90., według dokumentów zdobytych przez izraelski wywiad, Iran przeznaczył konkretne środki na budowę pięciu głowic atomowych i przetestowanie technologii.

Broń atomowa sprzeczna z islamem

W 2003 r. reżim się cofnął, gdy irańska opozycja ujawniła dokumenty potwierdzające informacje Izraelczyków. Ówczesny Najwyższy Przywódca Ali Chamenei wydał coś w rodzaju fatwy, wyroku opartego na interpretacji Koranu, że broń atomowa jest sprzeczna z islamem i jako taka nie może być rozwijana w Iranie. Eksperci przywoływali wówczas inne powody – kilka miesięcy wcześniej Amerykanie obalili iracki reżim Saddama Husajna, głównego wroga Iranu. Poza tym amerykańscy żołnierze stacjonowali zarówno przy zachodniej, jak i wschodniej granicy Iranu z Afganistanem.

Mimo fatwy irański program nuklearny rozrastał się o kolejne ośrodki badawcze i coraz bardziej niepokoił Zachód. Gdy więc w 2013 r. prezydentem Iranu został umiarkowany Hasan Rohani, administracja Baracka Obamy natychmiast nawiązała kontakty z Teheranem, by po dwóch latach negocjacji – wraz z pięcioma innymi mocarstwami – podpisać z nim umowę nuklearną JCPOA.

Umowa w swojej istocie sprowadzała się do wymiany: radykalne ograniczenie programu nuklearnego, kontrolowane przez międzynarodowych inspektorów, w zamian za zniesienie większości sankcji nałożonych na Iran. Wzbogacony już uran, który w przyszłości mógł posłużyć do budowy kilku bomb, został wywieziony z Iranu do Rosji i przez cztery lata praktycznie nic nuklearnego nie działo się w Iranie.

Przyszedł jednak Trump i w 2018 r. zerwał umowę, uznając, że może wynegocjować o wiele lepszą. Głównym jego zarzutem był fakt, że JCPOA została podpisana na 15 lat, po których Iran teoretycznie mógłby wrócić do bomby. Teheran jeszcze przez rok po zerwaniu umowy jednostronnie wywiązywał się z przestrzegania jej zapisów. Aż wrócił do wzbogacania uranu.

Czytaj też: Jak wygląda układ sił politycznych w Iranie

Ile czasu do bomby?

I tu pojawiają się najważniejsze wątpliwości co do irańskich intencji. Jeśli uran potrzebny był Iranowi tylko do celów cywilnych (prąd, medycyna), to niepotrzebnie wzbogacał go (to proces bardzo drogi i czasochłonny) do poziomu najpierw 20 proc., a ostatecznie 60 proc. Aby uran mógł być wykorzystany w bombie, musi być wzbogacony do poziomu 90 proc., ale wzbogacanie „przyspiesza” – znacznie szybciej wzrasta z 60 do 90 proc., niż z 5 do 20 proc. W tym pierwszym przypadku ocenia się, że do bombowego poziomu Iran mógł dojść w tydzień, a np. z 20 do 60 proc. – w miesiąc.

Gdy więc doszło do pierwszego amerykańsko-izraelskiego ataku w czerwcu ub.r., eksperci oceniali, że Iran – gdyby chciał (kluczowe sformułowanie) – mógłby zbudować bombę w trzy do sześciu miesięcy (nie chodzi tu tylko o wzbogacanie uranu, ale też o minimalizację samej głowicy – aby można ją było umieścić np. w pocisku balistycznym). Po czerwcowych atakach, które trwały 12 dni, prezydent Trump oświadczył, że irański program nuklearny został całkowicie zniszczony, ale eksperci uznali, że czas „do bomby” wydłużył się Iranowi do 12 miesięcy.

Skąd ta różnica? Tu wchodzimy w spekulacje. Czerwcowe ataki prawdopodobnie zniszczyły większość irańskich instalacji do wzbogacania uranu (Trump), ale nie mogły zlikwidować wzbogaconego już uranu (eksperci). Tak jak nie mogły tego zrobić ataki dokonane po 28 lutego tego roku. Ocenia się, że Iran nadal posiada ok. 400-440 kilogramów uranu wzbogaconego do 60 proc., co może wystarczyć na 10 bomb. Dodatkowo jest on przechowywany w niewielkich zbiornikach, które łatwo mogą być rozproszone lub „zniknąć” w mgle wojny.

Czytaj też: A więc rozejm. Co zyskał Trump, a co Iran

Ostatnia polisa ubezpieczeniowa

O te 400 kilogramów wzbogaconego uranu toczy się spór. W Waszyngtonie pojawił się nawet pomysł, żeby „porwać” ten ładunek przy użyciu sił specjalnych, ale na razie z niego zrezygnowano. Wróciła natomiast idea wymuszenia na Iranie przekazania uranu za granicę, najpewniej do Rosji – był to jeden z głównych tematów amerykańsko-irańskich rozmów w Pakistanie.

I tu wracamy do blokady cieśniny Ormuz. Amerykanie są przekonani, że wymuszą na Irańczykach wyrzeczenie się programu nuklearnego, odcinając ich od zysków, które płyną do nich przez Ormuz od importerów irańskiej ropy. Irańczycy z kolei uważają, że wzbogacony uran to ich ostatnia polisa ubezpieczeniowa – jeśli z niego zrezygnują, nic nie powstrzyma Amerykanów i Izraelczyków przed kolejnymi atakami. Próbują więc odblokować cieśninę, odkładając negocjacje nuklearne na „święty nigdy”.

I w tym właśnie sensie program nuklearny zyskał wymiar symboliczny – stał się nieco pustym hasłem, na które wszyscy się powołują, przekonując, że rozwiązanie tego problemu zakończy spór. Nie zakończy. Na tak dużym kraju jak Iran nie da się wymusić rezygnacji z programu nuklearnego, co jasno pokazują ostatnie dwie dekady. Ani ataki lotnicze, ani nawet armia inspektorów nie dadzą pewności, że gdzieś w głębokich tunelach Irańczycy nie będą wzbogacać uranu.

Jedynym rozwiązaniem jest sprawić, aby Iran nie chciał wzbogacać uranu czy budować bomby. W tym kierunku działała umowa JCPOA – nagradzała, a nie karała. A tych, którzy przywołają tu argumenty moralne, że nie można nagradzać przestępcy, warto zapytać o efekty. Czy w wyniku obecnej amerykańsko-izraelskiej agresji irański reżim na poziomie politycznych kalkulacji jest bliżej bomby czy dalej?

Reklama

Warte przeczytania

Czytaj także

null
Społeczeństwo

Praca jest bez sensu! Dlaczego Polki i Polacy jej nie lubią? Czas połączyć wszystkie kropki

Praca zajmuje nam większą część życia. I nie da się jej oddzielić od całej reszty. Dominująca część z nas swojego zajęcia nie lubi, wielu nie widzi w nim sensu, większość czmycha w zawodowy niebyt, gdy tylko osiągnie wiek emerytalny. Podpowiadamy, jak to zmienić.

Martyna Bunda, Ewa Wilk
01.05.2026
Reklama