Chamenei zabity, strach pozostał. Przed Iranem może nie różowa przyszłość, a kolejna zapaść
Na łamach magazynu „Foreign Policy” Barbara Slavin stwierdza, że Ali Chamenei był w pewnym sensie typowym rewolucyjnym przywódcą drugiego pokolenia. Nie miał może wielkiej charyzmy poprzednika, ale jego rolą było zakotwiczenie religijnego fundamentalizmu w porewolucyjnym państwie i społeczeństwie. Slavin dodaje, że Chamenei nie uchodził za specjalnie wybitnego, a na pewno nie za najlepszego kandydata do roli twórcy Islamskiej Republiki. Okazał się jednak sprytnym, sprawnym biurokratą. Znał zakamarki systemu, sam go zresztą współtworzył.
Był też, pisze Slavin, klasycznym oligarchą: zgromadził olbrzymią fortunę, miał wiele prywatnych nieruchomości. Jak przystało na przywódcę zarządzającego ustrojem kleptokratycznym – wiedział, jak rozdzielać przywileje, by utrzymać się u władzy. Czyścił więc reformatorów i przeciwników. Slavin porównuje te metody do pierwszych sekretarzy komunistycznej partii Związku Radzieckiego.
Co więcej, i dziś wydaje się to szczególnie ciekawe, był wyczulony na pojawienie się kogoś, kogo roboczo można by nazwać „ajatollahem Gorbaczowem”. Czyli młodego, otwartego na świat technokraty zdolnego zmienić Islamską Republikę od środka. Wszystkich kandydatów do tej roli natychmiast eliminował. Tak stworzył system, którego nie da się utrzymać bez represji.
Groźny sam dla siebie
Jak pisze z kolei Eva Hartog w Politico, śmierć Chameneiego to dowód, że „przyjaźń Putina ma swoje granice, a Iran właśnie się o tym przekonał”. Opisuje przy tym cały łańcuch wydarzeń niekorzystnych dla sojuszników Kremla. Baszar al-Assad w Syrii, Nicolás Maduro w Wenezueli, teraz Chamenei – Moskwa nie przyszła im z pomocą.
Hartog podkreśla, że w krytycznym momencie wsparcie Rosjan okazało się „czysto symboliczne”. Przez lata Rosja korzystała z wenezuelskiej ropy, irańskich dronów, a Syrii używała do destabilizowania Europy i Bliskiego Wschodu. Co ważne, upadek ajatollahów w Teheranie najpewniej jeszcze usztywni Putina i jego pozycję negocjacyjną. Hartog, cytując Władimira Pasutkowa, politologa z University College London, tłumaczy, że Putin wykorzysta przypadek irański do przekonywania rodzimych sceptyków, że wojna w Ukrainie jest jak najbardziej zasadna. Atak Trumpa na Teheran dowodzi rzekomo, że Zachód jest imperialistyczny z natury, chce zagarniać inne kraje i kultury. To, co wydarzyło się nad irańskim niebem, mogłoby przydarzyć się Rosjanom – więc należało uderzyć wyprzedzająco, tak jak to zrobili w lutym 2022 r. w Ukrainie.
Szeroki tekst poświęcony śmierci ajatollaha na łamach „New York Timesa” opublikował Karim Sadjadpour z Carnegie Endowement for International Peace, jeden z najważniejszych mieszkających w USA ekspertów zajmujących się Islamską Republiką. Sadjadpour opisuje Chameneiego jako „człowieka, który zniszczył Iran”. Stawia tezę, że podstawową zasadą jego władzy był opór – wobec wszystkiego, co nie było spójne z autorytarną, fundamentalistyczną doktryną. „Chamenei odmawiał ewolucji, nie dostosował się. Przez niego Iran stracił pół wieku swojej historii. Gdy jego sąsiedzi z Zatoki Perskiej stawali się gigantami rynków finansowych i nowych technologii, ajatollah marnował bogactwo kraju na awanturnictwo i program nuklearny, który przyniósł tylko izolację na arenie międzynarodowej” – pisze Sadjadpour.
Z kolei Graeme Wood, reporter „The Atlantic” zajmujący się tematami bliskowschodnimi, zwraca uwagę na stopniową erozję poparcia dla Chameneiego i jego reżimu, a to, co najbardziej jego zdaniem zdumiewa, to „całkowity brak skutecznego przywództwa”. „Chamenei nie był w stanie stworzyć państwa, za które inni byliby gotowi walczyć, a nawet umierać” – pisze Wood.
Wskazuje przy tym, że Amerykanie i Izraelczycy w ostatnim czasie osiągnęli niewyobrażalne sukcesy wywiadowcze: bez problemu zlokalizowali nie tylko Chameneiego, ale też innych ważnych członków jego administracji. I stawia tezę, że Chamenei, kleptokrata poruszający się po kraju w karawanie kuloodpornych samochodów, patrzący na niego zza przyciemnianych szyb, po prostu był strasznie nielubiany. Niewykluczone, że ktoś go wydał, zdradził, sprzedał. Miał wielu wrogów, choć, konkluduje Wood, „największe zagrożenie stanowił sam dla siebie”, bo nie był w stanie wznieść wokół siebie muru społecznego poparcia.
Ameryka bez planu
Ciekawie wydarzenia w Iranie z amerykańskiej perspektywy interpretuje Paul Poast z University of Chicago i Council on Global Affairs. Wskazuje, że na razie strategia USA dla Iranu opiera się na nadziei – a to „żadna strategia”. „Pierwszym krokiem była wielka kampania wojskowa. Drugim krokiem jest nie wiadomo co, a trzecim ma być pozyskanie przyjaznego, bogatego w ropę sojusznika na Bliskim Wschodzie” – pisze Poast, choć nie wiadomo, jak miałoby do tego dojść. USA nie mają planu na Iran, nie widać ruchów, które miałyby zapewnić tu stabilne przekazanie władzy. Niewykluczone, że Iran stoi teraz u progu eksplozji chaosu i niestabilności, a to nie daje nadziei na szybkie rozwiązanie konfliktu. Przeciwnie, zwiększa prawdopodobieństwo rozlania się go na kraje ościenne.
Europejska odsłona serwisu Politico poświęca sporo uwagi naszemu kawałkowi świata. Ursula von der Leyen i Kaja Kallas wzywają do umiaru i powściągliwości w konflikcie. Polskie i niemieckie władze przyznają, że otrzymały szczątkowe informacje o planach ataku, ale już np. Francuzom Waszyngton nie powiedział nic. Nie mówiąc o tym, że wielu bliskich sojuszników Trumpa, jak podkreśla Politico, wykorzystało atak na Teheran do wypomnienia Europejczykom ich rzekomej słabości i geopolitycznej indolencji. Tej krytyce przewodzi zwłaszcza republikański senator Lindsey Graham, przyjaciel i współpracownik prezydenta. Jak napisał, nie jest w stanie pojąć bierności Europy względem Iranu.
Nie da się ukryć, że śmierć Chameneiego prawdopodobnie kończy okres w historii Iranu zapoczątkowany rewolucją w 1979 r. Ale nie wiadomo, co dalej. Być może objawi się lider, może władzę przejmie Gwardia Rewolucyjna. Albo reżim upadnie, a Iran czeka zapaść państwowości – jak w Libii, Syrii, Afganistanie, Iraku.