Pierwsze przesłuchanie Nicolasa Maduro, oskarżonego przez rząd USA o narkoterroryzm, odbyło się w poniedziałek przed sądem federalnym w Nowym Jorku. Maduro z żoną zostali porwani przez siły specjalne z rezydencji w Caracas w nocy z piątku na sobotę, przewiezieni do USA i osadzeni w nowojorskim więzieniu. Proces, którego daty rozpoczęcia jeszcze nie wyznaczono, może potrwać wiele miesięcy potrzebnych na przezwyciężenie przez aparat sprawiedliwości USA związanych ze sprawą prawnych komplikacji.
Czytaj też: USA porywają Maduro. Ta akcja przejdzie do historii operacji specjalnych. Trump zyskał. Kto stracił?
Maduro: „Zostałem porwany”
W sądzie Maduro zachowywał się wyzywająco. „Jestem prezydentem Wenezueli. Zostałem porwany”, powiedział. Na pytanie sędziego Alvina Hellersteina, czy przyznaje się do winy, odparł: „Nie, jestem niewinny”. I powtórzył: „Jestem przyzwoitym człowiekiem. Nadal jestem prezydentem mojego kraju”. A kiedy jeden z widzów na galerii powiedział mu po hiszpańsku, że „zapłaci za swoje przestępstwa”, ripostował, że odzyska wolność, choć jest na razie „jeńcem wojennym”. Za „niewinną” uważa się także jego żona Celia Flores.
Akt oskarżenia dla Maduro zawiera zarzuty współdziałania z kartelami w przemycie do USA tysięcy ton kokainy i innych narkotyków w ciągu ostatnich ponad 20 lat. Grozi mu dożywotnie więzienie. Jako oskarżony przed amerykańskim sądem będzie jednak korzystał z wszystkich praw przysługujących podsądnym, także zagranicznym, włącznie z obroną i wizytami konsula swego kraju. Wyznaczony przez sąd adwokat Maduro Barry Pollack zapowiedział wniesienie szeregu wniosków przedprocesowych kwestionujących legalność aresztowania i oskarżenia. Jak się przewiduje, będzie argumentował, że porwanie Maduro było niezgodne z prawem międzynarodowym, a sąd w USA nie ma prawa sądzić prezydenta obcego kraju, chronionego immunitetem dyplomatycznym.
Uprzedzając tę linię obrony, administracja USA ustami sekretarza stanu Marco Rubio oświadczyła, że Maduro nie jest prawomocnym prezydentem, przypominając, że przegrał wybory w 2024 r. i nie dopuścił do objęcia władzy przez zwycięskiego kandydata demokratycznej opozycji Edmunda Gonzalesa. Nazwał go „uciekinierem od amerykańskiego systemu sprawiedliwości”. Maduro został już w 2020 r. zaocznie oskarżony przez prokuraturę w USA, także o handel i przemyt narkotyków.
Czytaj też: Doktryna Trumpa. Agresja USA na Wenezuelę wywraca stolik. Caracas nie leży wcale tak daleko
Casus Maduro, casus Noriegi
Casus Maduro przypomina historię byłego dyktatora Panamy Manuela Noriegi, porwanego ze swego kraju w 1989 r. na polecenie ówczesnego prezydenta George’a H.W. Busha, przewiezionego do USA i oskarżonego przed sądem w Miami na Florydzie o przemyt narkotyków, gangsterskie metody, pranie pieniędzy i inne przestępstwa. Obrońcy używali podobnych argumentów – że jest chroniony immunitetem etc. – co mu jednak nie pomogło. Został skazany na 40 lat więzienia, po 17 latach ekstradowany do Francji, skąd deportowano go do Panamy, gdzie wylądował w więzieniu i tam zmarł w 2017 r.
Administracja Trumpa powołuje się m.in. na ten przykład, uzasadniając inwazję Wenezueli, ale krytycy przypominają o istotnych różnicach. Udział Noriegi w szmuglu narkotyków do USA, jak się okazało, nie ulegał kwestii, podczas gdy dowody na rolę Maduro w tym procederze czekają jeszcze na ich przedstawienie, do czego powinno dojść podczas procesu. Przede wszystkim jednak po schwytaniu dyktatora Panamy administracja Busha pomogła w przywróceniu tam demokracji. Trump tymczasem po schwytaniu Maduro nie wykazuje ochoty do wsparcia wenezuelskich sił demokratycznych. Powiedział, że przywódczyni opozycji Maria Corina Machado „nie cieszy się respektem” w społeczeństwie, nie ma wystarczającego poparcia – i oświadczył, że za partnera i szefa władz kraju uznaje... wiceprezydentkę Delci Rodriguez, z nadania Maduro sprawującą ten urząd od 2018, twardogłową przedstawicielkę dyktatorskiego reżimu w Caracas.
Trump zagroził jej, że jeśli nie będzie powolna życzeniom USA, spotka ją los „gorszy niż Maduro”. Rodriguez, która zaraz po aresztowaniu Maduro powiedziała, że „nadal jest on prezydentem”, po groźbie Trumpa spuściła z tonu. Wydała pojednawcze oświadczenie sugerujące gotowość do negocjacji.
Czytaj też: USA porywają Maduro. Ta akcja przejdzie do historii operacji specjalnych. Trump zyskał. Kto stracił?
Reżim nie upadł
Plany Trumpa i jego ekipy co do Wenezueli nie są jasne. Wypowiedź prezydenta, że USA „będą rządzić” tym krajem, niewiele znaczą, bo nie wiadomo, jak to będzie wyglądało, skoro administracja zarzeka się jednocześnie, że nie wyśle wojsk lądowych, a ten sam reżim, tyle że bez Maduro, nadal w Caracas urzęduje. Z wypowiedzi Trumpa wynika jednak niedwuznacznie, że zależy mu najbardziej na przejęciu kontroli nad wenezuelskimi złożami ropy: namawia amerykańskie koncerny na powrót do Wenezueli i odbudowę zdewastowanej infrastruktury. Demokracja i prawa człowieka w tym kraju go nie obchodzą.
I prawdopodobnie obawia się, że powrót do władzy Machado albo innych szeroko popieranych demokratycznych przywódców wcale mu się nie opłaca. Laureatka pokojowego Nobla jest poważną polityczką i patriotką, trudniej ją będzie nakłonić do dzielenia się zyskami z eksploatacji ropy z Ameryką niż słabnący autorytarny reżim, który boi się armii i wywiadu. Lepiej mieć do czynienia z takim reżimem lub jakimś marionetkowym rządem niż z rządem wybranym przez naród.
Wenezuela poszła na pierwszy ogień, bo najłatwiej ją powiązać z plagą narkotyków w USA – chociaż większość pochodzi z innych krajów, przede wszystkim z Meksyku. Trump straszy teraz Meksyk, Kolumbię i Kubę. Operacji „Maduro” raczej nie powtórzy z wielkim Meksykiem, ale Kolumbia może się już obawiać, gdyż rządzi tam lewicowa ekipa wrogo nastawiona do trumpistów.
A Kuba? Sekretarz stanu Marco Rubio liczył, że upadek reżimu w Wenezueli, od lat wspierającej Kubę tanią ropą, spowoduje także upadek totalitarnych rządów castrystów w ojczyźnie jego przodków. Sęk w tym, że reżim w Caracas wcale nie upadł! Ciekawe, co sobie teraz myśli „Little Marco”, jak go Trump nazywa.