Przejdź do treści
Reklama
Reklama
Świat

Świat reaguje na pojmanie Maduro. Europa została ostrzeżona, prawo dżungli zastąpiło dyplomację

Zdjęcie pojmanego Nicolasa Maduro na pokładzie USS Iwo Jima ujawnione przez Donalda Trumpa Zdjęcie pojmanego Nicolasa Maduro na pokładzie USS Iwo Jima ujawnione przez Donalda Trumpa Donald J. Trump / Truth Social / mat. pr.
Na szczególną uwagę zasługują nie rytualne i niewiele znaczące głosy potępienia ze strony reżimów w Teheranie czy Moskwie, ale komentarze europejskich analityków i dyplomatów wskazujących, że działania Trumpa prowadzą do globalnej prawnej anarchii.

Przed największym dylematem stanęli w sobotę przywódcy unijnych instytucji. Jak w mediach społecznościowych zauważył prof. Alberto Alemanno, wykładowca prawa na uczelni HEC Paris i aktywny krytyk niektórych działań obecnej Komisji Europejskiej, z tej sytuacji nie ma dla Brukseli dobrego wyjścia. Otwarty sprzeciw wobec działań Donalda Trumpa i wytknięcie mu, że porwanie Nicolása Maduro i wymuszenie zmiany władzy w Caracas są sprzeczne z prawem międzynarodowym, mogłoby doprowadzić do załamania się stosunków transatlantyckich, na co Unia w obliczu rosyjskiej agresji nie może sobie pozwolić. Z kolei aprobata dla ataku oznaczałaby jego legitymizację, co uczyniłoby Unię współodpowiedzialną osłabiania systemu międzynarodowego, którego chciałaby być ostatnią opoką. Dlatego, pisze Alemanno, Ursula von der Leyen i Antonio Costa wybrali na razie milczenie, co jednak uznać należy za cichą akceptację operacji Delta Force w Caracas.

Co powie Bruksela?

Głos w mediach społecznościowych zabrała wyłącznie Kaja Kallas. Szefowa unijnej dyplomacji wezwała do „umiaru” oraz „do przestrzegania zapisów prawa międzynarodowego i Karty Narodów Zjednoczonych”. Przypomniała też jednak, że Maduro nie był pełnoprawnym prezydentem Wenezueli, bo nie wygrał ubiegłorocznych wyborów – i w tym akurat się nie myliła. Kallas wybrała powściągliwość, ograniczyła się do oczywistości, ale chyba jednak wyszła z twarzą. Ewidentnie taki głos ze strony Brukseli był też Amerykanom potrzeby do zwiększenia własnej wiarygodności. Nie było przecież przypadku w tym, że w czasie konferencji prasowej w Mar-a-Lago słowa „o braku legitymizacji w oczach Unii Europejskiej” przytoczył amerykański sekretarz stanu Marco Rubio.

Znacznie bardziej alarmistyczny w swojej ocenie sytuacji jest Mujtaba Rachman, dyrektor londyńskiego biura Eurasia Group, jednej z największych firm doradztwa strategicznego na świecie. On z kolei twierdzi, że „prawdopodobnie nielegalna operacja Trumpa dowodzi, że daje on sobie prawo do położenia ręki na wszystkim, na czym mu zależy na półkuli zachodniej”. Oznacza to, twierdzi Rachman, że „Europa została ostrzeżona” w kwestii Grenlandii. Amerykański prezydent wielokrotnie mówił publicznie, że chciałby dokonać aneksji tego terytorium, krytykując przy tym Danię za rzekome zaniedbania w kwestii inwestycji i bezpieczeństwa wyspy. Biorąc pod uwagę jego zachowanie w Wenezueli, gdzie zignorował nie tylko nieformalne, ale też skodyfikowane normy prawa międzynarodowego, nie można wykluczyć, że byłby gotowy te same normy pogwałcić również w kontekście Grenlandii. Dlatego dyplomatyczna odpowiedź Zjednoczonej Europy będzie tak ważna w najbliższych dniach. To, co zakomunikuje Bruksela, będzie szeroko komentowane – i może zostać wykorzystane przeciwko niej.

Czytaj też: USA porywają Maduro. Ta akcja przejdzie do historii operacji specjalnych. Trump zyskał. Kto stracił?

Czy Trump miał prawo?

Z kolei Noah Barkin, analityk Niemieckiego Instytutu Spraw Międzynarodowych i Rhodium Group, zwraca uwagę, że operacja w Caracas „jest zdumiewająca nawet jak na Trumpa”. Zauważa, że z punktu widzenia amerykańskiej polityki wewnętrznej to wydarzenie absolutnie bez precedensu, ponieważ prezydent „operuje w realiach nieograniczonej władzy, co umożliwiają mu Republikanie w Kongresie oraz Sąd Najwyższy”. Zdaniem Barkina „należy sobie zadać pytanie, czy istnieją właściwie jakiekolwiek ograniczenia tej władzy” – ich ewentualny brak będzie miał bardzo poważne konsekwencje dla tradycyjnych sojuszników USA w Azji i Europie. „Ameryka ma długą historię ślepoty na niezamierzone konsekwencje swoich własnych działań. Wenezuelę należy dopisać do listy takich przypadków” – konkluduje niemiecki analityk, sugerując w ten sposób, że usunięcie Maduro może doprowadzić do jeszcze większej destabilizacji całego regionu.

Dla zrozumienia złożoności całej sytuacji kluczowa jest też kwestia prawna, a dokładniej – ewentualna legalność (lub jej brak) operacji w Caracas. Bardzo złożoną analizę tła prawnego przeprowadził na łamach portalu Just Security prof. Ryan Goodman, prawnik i politolog, wykładowca New York University i były prawnik Departamentu Obrony USA w latach 2015–16. Zauważa, że rzekomą podstawą prawną przedstawianą przez obecną administrację do uzasadnienia porwania Maduro jest kontrowersyjne memorandum z 1989 r., sugerujące, że prezydent USA nie musi kierować się postanowieniami Karty Narodów Zjednoczonych w sprawach dotyczących bezpieczeństwa wewnętrznego. W tym miejscu przypomnieć należy logikę, którą od początku eskalacji wokół Wenezueli we wrześniu ubiegłego roku stosują Amerykanie. Maduro uznają za szefa gangu narkotykowego, a jego reżim za tożsamy z kartelem Tren de Aragua. Temu ostatniemu natomiast przypisali odpowiedzialność za przemyt opioidów do USA, co rocznie kosztuje życie 80–100 tys. obywateli tego kraju.

Jeśli przyjąć te założenia, można uznać, że porwanie Maduro w Wenezueli to faktycznie wewnętrzna sprawa Stanów Zjednoczonych. Problem w tym, że są one mocno teoretyczne, naciągane i trudne do udowodnienia. Goodman zauważa też, że memorandum z 1989 r. jest prawną abstrakcją, bo nigdy nie zostało użyte w praktyce jako podstawa do jakiegokolwiek wyroku. Nie mówiąc już o tym, że nawet ów 22-stronicowy dokument w żadnym punkcie nie stwierdza, że działania prezydenta USA nie stanowiłyby w takim przypadku naruszenia prawa międzynarodowego. „Regulacje międzynarodowe mają znaczenie” – przypomina Goodman, stwierdzając na koniec, że argumenty prawne obecnej administracji „nie wytrzymują poważnej analizy”.

Czytaj też: Amerykanie zaatakowali port w Wenezueli. Czy to początek długiej kampanii?

Pole minowe dla UE

Konflikt wokół Wenezueli jako pole minowe dla Unii Europejskiej to wątek powtarzający się w wypowiedziach wielu ekspertów – zwłaszcza że reakcje poszczególnych polityków Starego Kontynentu na operację w Caracas są niespójne i chaotyczne. Premier Wielkiej Brytanii Keir Starmer pisze o konieczności „ustalenia wszystkich faktów i koordynacji działań z sojusznikami”, podczas gdy prezydent Francji Emmanuel Macron, dotychczas raczej krytyczny wobec niektórych przynajmniej działań Trumpa, mocno go chwali za usunięcie bezprawnego przywódcy, jakim jego zdaniem był Maduro. Gra też jednocześnie we własną grę, pisząc, że „Francja rozmawia z własnymi sojusznikami w regionie”, próbując w ten sposób przypomnieć Amerykanom i całemu światu, że Francja ma przecież posiadłości zamorskie w Ameryce Łacińskiej, a Gujana Francuska znajduje się relatywnie niedaleko od wenezuelskich granic.

O ironio, bardziej sceptyczny wobec amerykańskiej administracji wydaje się Jordan Bardella, lider francuskiego Zjednoczenia Narodowego, a więc partii skrajnie prawicowej, krytycznej wobec Macrona, choć niekoniecznie przepadającej też za Trumpem. Jak podkreśla Leslie Vinjamuri, szefowa Chicago Council on Global Affairs, dla Europy komunikacja w sprawie Wenezueli będzie kluczowa dla utrzymania względnie pozytywnych stosunków z Białym Domem. Z kolei jej poprzednik na tym stanowisku, dzisiaj wykładający na Harvardzie Ivo Daalder przypomina, że „od 2001 r. Stany Zjednoczone pokazały wybitną zdolność do usuwania reżimów, ale niekoniecznie radzą sobie z instalowaniem w to miejsce nowych, stabilnych władz”.

Czytaj też: Jak Donald Trump walczy z kartelami narkotykowymi Ameryki Środkowej

Prawo dżungli

Atak na Caracas potępili już ci, którzy potępić go musieli, także ze względu na wiarygodność we własnych społeczeństwach. Władze w Pekinie, Moskwie i Teheranie nazwały porwanie Maduro bezprawnym naruszeniem porządku i legislacji międzynarodowych, co akurat w ich przypadku jest monstrualną hipokryzją. Krytyka pojawia się też wewnętrznie, z ust niektórych polityków Partii Demokratycznej, choćby słynnego senatora i byłego kosmonauty Marka Kelly′ego. Nie zmienia to jednak faktu, że Trump właśnie wcielił w życie dotychczas mocno teoretyczną doktrynę o absolutnej dominacji USA na półkuli zachodniej.

Nie można w tej chwili wykluczyć niczego, łącznie z eskalacją przeciwko rządom innych krajów. Marco Rubio mówił o Kubie, ale przecież lewicowe rządy i problemy z gangami narkotykowymi mają też Kolumbia i Meksyk. Nawet Kanada była już przez Trumpa oskarżana o bycie źródłem nielegalnie przemycanych do USA opioidów. Porywając Maduro z jego rezydencji, Amerykanie udowodnili, że w stosunkach międzynarodowych nie ma dzisiaj zasad. Dyplomację zastąpiło prawo dżungli i niestety wszyscy muszą się do tego dostosować.

Reklama

Warte przeczytania

Czytaj także

null
Społeczeństwo

Tradwife wraca. To więcej niż wybór stylu życia z przeszłości. „Trudno tu nie widzieć hipokryzji”

Ruch tradwife to nie tylko kontrowersyjny powrót do roli kobiety wyłącznie jako żony i matki, ubranej w skromne sukienki retro i fartuszki. Pastelowe influencerki tworzą sielankową przestrzeń do propagowania radykalnych, ultrakonserwatywnych ideologii. A przy okazji zarabiają. Często lepiej niż ich mężowie.

Agnieszka Sowa
16.12.2025
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną