Republikańscy senatorowie mają mu za złe, że ich nie ostrzegł. Jeszcze przed świętami Marco Rubio przekonywał w Kongresie, że „nie będzie zmiany reżimu w Wenezueli”. W niedzielę tłumaczył się, że administracja po prostu nie chciała ryzykować przecieku. Dzień wcześniej, 3 stycznia, po serii ataków na strategiczne punkty Caracas amerykańskie siły specjalne, dowiezione na miejsce helikopterami, schwytały prezydenta Wenezueli Nicolása Maduro i jego żonę prawdopodobnie w prezydenckiej rezydencji i wywiozły z kraju. Maduro jest już w Nowym Jorku, gdzie czeka go proces m.in. za narkoterroryzm. To spełnienie politycznych marzeń 54-letniego Rubio, a przynajmniej ich pierwszej części.
Czytaj też: USA porywają Maduro. Ta akcja przejdzie do historii operacji specjalnych. Trump zyskał. Kto stracił?
„Jastrząb” Rubio
Syn kubańskich imigrantów, którzy dotarli na Florydę trzy lata przed rewolucją komunistyczną Fidela Castro, wychowywał się w Miami w środowisku mocno konserwatywnym, antykomunistycznym, wśród zwolenników amerykańskiego interwencjonizmu w Ameryce Łacińskiej. Rubio, który przez 14 lat był republikańskim senatorem reprezentującym Florydę, dał się poznać jako „jastrząb” w sprawach zagranicznych, niemal neokonserwatysta. Wzywał m.in. do dużo ostrzejszej polityki wobec Rosji Władimira Putina, szczególnie po rosyjskiej aneksji Krymu w 2014 r.