Trump na wojnie z Wenezuelą. Głównym celem jest ropa, a w tym szaleństwie jest metoda
„USA będą rządzić w Wenezueli” po schwytaniu i uwięzieniu jej prezydenta Nicolása Maduro – powiedział Donald Trump na konferencji prasowej w Mar-a-Lago na Florydzie. Głównym celem sensacyjnej operacji porwania Maduro i jego żony oraz planowanej okupacji jego kraju – wynika z oświadczeń amerykańskiego prezydenta – jest nie tyle przywrócenie tam demokracji, ile przejęcie przez USA kontroli nad gigantycznymi złożami wenezuelskiej ropy naftowej. Akcja administracji Trumpa, przecząca jego wcześniejszym zapewnieniom, że nie planuje „zmiany reżimu” w Wenezueli, może mieć na razie trudne do przewidzenia, ale poważne implikacje na arenie międzynarodowej. Demokratyczna opozycja w USA ostrzega, że nie będą one korzystne dla Ameryki.
Czytaj też: USA porywają Maduro. Ta akcja przejdzie do historii operacji specjalnych. Trump zyskał. Kto stracił?
Zarzuty dla Maduro
Pierwszą godzinę konferencji w Mar-a-Lago zabrał opis operacji porwania Maduro z jego rezydencji zaprezentowany przez Trumpa, sekretarza Departamentu Wojny Pete’a Hegsetha, przewodniczącego Kolegium Szefów Sztabów gen. Dana Caine i sekretarza stanu Marca Rubio. Trump określił ją jako „największą operację” tego rodzaju „od drugiej wojny światowej” i zaznaczył, że w jej trakcie nie zginął ani jeden amerykański żołnierz. Prezydent i jego współpracownicy nie podali wielu szczegółów poza informacją, że w operacji brało udział ponad 150 samolotów i helikopterów. Maduro został schwytany przez siły specjalne po długich przygotowaniach z kluczowym udziałem amerykańskiego wywiadu.
Początkowym uzasadnieniem akcji było oskarżenie Maduro o kierowanie siecią terroryzmu i przemytu narkotyków do USA. Prezydentowi Wenezueli postawiono takie zarzuty już w 2020 r., wnosząc akt oskarżenia przeciw niemu w amerykańskim sądzie, który stwierdzał, że jest szefem szmuglującego do USA kokainę gangu Cartel de los Soles. Po schwytaniu i przewiezieniu na pokład jednego z kilkudziesięciu amerykańskich okrętów wojennych stacjonujących od kilku tygodni na Morzu Karaibskim prezydent Wenezueli ma być przetransportowany do Nowego Jorku, gdzie – jak zapowiedział Trump – czeka go proces.
Maduro objął władzę w Wenezueli po śmierci w 2013 r. lewicowego dyktatora populisty Hugo Chaveza. Sam rządził w podobny sposób, tłumiąc opozycję przemocą. Dwukrotnie przegrał wybory, ale nie uznał porażek, zmuszając do emigracji najpierw kandydata demokratycznej koalicji Juana Guaido, a w ubiegłym roku liderkę opozycji, kandydującą laureatkę Pokojowej Nagrody Nobla Marię Corinę Machado. Był zatem prezydentem bez demokratycznej legitymacji, a poza tym doprowadził kraj do gospodarczej ruiny. PKB Wenezueli, posiadającej największe na świecie złoża ropy naftowej, spadł za jego rządów o prawie 80 proc., wpędzając w biedę miliony jej mieszkańców. Kilka milionów wyemigrowało. Przyczyniły się do tego sankcje USA za narkoprzemyt, ale tylko częściowo tłumaczą one upadek gospodarki.
Czytaj też: Jak Donald Trump walczy z kartelami narkotykowymi Ameryki Środkowej
Co dalej z Wenezuelą?
Stąd też początkową wiadomość o porwaniu Maduro uznali w USA za pozytywną nawet eksperci krytycznie oceniający politykę Trumpa. Potępiający zwykle prezydenta emerytowany admirał James Stavridis, były dowódca wojsk USA w Europie, w sobotę rano (czasu USA) wypowiedział się o operacji jego aresztowania z entuzjazmem, nazywając polityczną eliminację dyktatora „usunięciem raka”. A telewizja pokazywała radość wenezuelskich emigrantów na Florydzie.
Konferencja prasowa Trumpa i jego pretorianów skomplikowała tę optymistyczną ocenę. Oświadczenie prezydenta, że „USA będą rządzić Wenezuelą, dopóki nie nastąpi bezpieczna zmiana władzy”, wywołało lawinę pytań sprowadzających się do jednego: co dalej? Trump powtarzał zawsze, że celem Ameryki nie może być „budowanie państw”, jak jego poprzednicy w Białym Domu nazywali starania o wprowadzenie lub przywrócenie demokracji w krajach „upadłych”. Podkreślał też, kiedy pytano go o plany odnośnie do Wenezueli, że nigdy nie zgodzi się na wysłanie tam amerykańskich wojsk lądowych. Zapytany o to na konferencji odpowiedział: „Mieliśmy je tam wczoraj. To była niebezpieczna operacja, mogła się skończyć źle”. I dał jasno do zrozumienia, że amerykańskie wojska tam są – i pozostaną.
Zadziwiająca wolta Trumpa jest pozornie sprzeczna z hasłem jego obozu America First, sugerującym wyrzeczenie się zamorskich interwencji wojskowych USA w celu obalania nieprzyjaznych rządów. Pamiętajmy jednak, że rzecz dzieje się w Ameryce Łacińskiej – chodzi więc o „dyplomację kanonierek” tylko na zachodniej półkuli – zgodnie z doktryną Monroego przewidującą, że to wyłączna strefa wpływów USA, i zaakceptowaną przez prezydenta jako właściwa dyrektywa strategiczna. Niezależnie jednak od kwestii doktrynalnych, dla Trumpa nigdy niezbyt istotnych, ważne jest na razie przede wszystkim to, że USA zdecydowały się w Wenezueli na zmianę reżimu i okupację kraju do czasu, aż uda się tam u steru umieścić ekipę rządzącą korzystną dla amerykańskich interesów.
I tu znowu niespodzianka! Jako pożądanego kandydata na nowego prezydenta w Caracas Trump nie wymienił wybranego w 2024 r. na prezydenta, ale niedopuszczonego do rządzenia, Edmunda Gonzalesa Urrutii. A o przywódczyni demokratycznej opozycji Marii Corinie Machado powiedział wręcz, że „nie ma ona wystarczającego poparcia” – co latynoscy działacze z emigracji w USA przyjęli z oburzeniem. Okazuje się, że jako partnera i legalnego prezydenta Trump uznaje... aktualną wiceprezydentkę Wenezueli Delcy Rodriguez, powołaną niedawno na to stanowisko przez samego Maduro.
Czytaj też: Amerykanie zaatakowali port w Wenezueli. Czy to początek długiej kampanii?
Ekwilibrystyka Trumpa
W tym szaleństwie jest metoda. Waszyngton Trumpa chce prawdopodobnie uniknąć w ten sposób błędu popełnionego przez administrację prezydenta George’a W. Busha w okupowanym przez wojska amerykańskie Iraku po inwazji na ten kraj w 2003 r. Zdecydowano się tam na rozwiązanie reżimowej partii Baas i wojsk reżimu Saddama Husajna, co okazało się kolosalnym błędem, bo setki tysięcy bezrobotnych żołnierzy stały się trzonem ruchu oporu przeciw Amerykanom i bazą rekrutacji Państwa Islamskiego. W Wenezueli, jak się zdaje, trumpiści stawiają na „płynny” transfer władzy w ramach tego samego, socjalistycznego obozu, w każdym razie w pierwszym etapie. Jak to pójdzie dalej, nie wiadomo. Wiceprezydent Delcy Rodriguez oświadczyła na razie, że domaga się „natychmiastowego uwolnienia” swego szefa Maduro...
Trump dokonuje więc politycznej ekwilibrystyki, ale najbardziej niepokojące są jego deklaracje w odpowiedzi na pytania, jaki jest cel całej ryzykownej operacji. „Odbudujemy przemysł naftowy Wenezueli, który Maduro ukradł. W Wenezueli będą amerykańskie firmy naftowe”, oznajmił na konferencji. Trump zapowiedział, że przejęcie przez USA kontroli nad wenezuelskim sektorem naftowym przywróci krajowi dobrobyt, ale dodał też, że z eksploatacji wenezuelskiej ropy ogromne zyski czerpać będą także naftowe koncerny amerykańskie. I mówił chwilami o wenezuelskich złożach ropy tak, jakby były one własnością Stanów Zjednoczonych. Zapowiadając, że profity im się należą jako swego rodzaju reparacje za szkody wyrządzone przez import do USA wenezuelskich narkotyków.
Czytaj też: Trump idzie po Wenezuelę? Ta wojna ma dużo większe znaczenie, niż Europie się wydaje
Bez zgody Kongresu
Demokraci głośno potępiają Trumpa za akcję porwania Maduro i plany zmiany reżimu w Wenezueli bez upoważnienia Kongresu. Od lat 70. ubiegłego stulecia ustawy wymagają od prezydentów uprzedniej konsultacji i zgody federalnej legislatury na rozpoczęcie wojny z obcym państwem, ale w praktyce wymóg ten istnieje głównie na papierze. Poprzednicy Trumpa w Białym Domu, i to nie tylko republikańscy, ignorowali go, powołując się na wyższe racje bezpieczeństwa narodowego USA. Podobnie Trump i jego ekipa. Sekretarz stanu Rubio, pytany na konferencji, dlaczego nie starano się o upoważnienie Kongresu, odpowiedział, że „nie był to ten typ operacji, o którym należy uprzedzać wcześniej Kongres”. A kropkę nad i postawił prezydent, mówiąc: „Kongres ma tendencję do przecieków (do mediów)”.
Nie jest więc najważniejsze, w jakim trybie podjęto decyzję o inwazji na Wenezuelę, a to, jaki jest jej główny cel i jak określa go Trump. Najwyraźniej nie chodzi mu o przywrócenie tam demokracji. Być może wydobycie się Wenezueli z ekonomicznej zapaści. Celem jednak naczelnym wydaje się ropa, z której eksploatacji kolosalne zyski mają w przyszłości czerpać amerykańskie koncerny.
Rosja i Chiny, jak można było przewidywać, chórem potępiają amerykańską operację, jako akt agresji sprzeczny z prawem międzynarodowym. Można by się tym nie przejmować, gdyby nie retoryka Trumpa. Dostarcza ona znakomitego materiału propagandowego dla Kremla i Pekinu. „Czyż Putin nie uzna operacji porwania Maduro za inspirację dla podobnej akcji w celu unieszkodliwienia Zełenskiego? Albo Xi Jinping – do akcji porwania prezydenta Tajwanu?” – zapytał retorycznie David Sanger z „New York Timesa”.
Tak to jest, gdy politykę zasad i wartości zastępuje się polityką siły – taką, jaką znają autokraci tego świata.